Category Archives: literatura francuska

„Wiosenną porą”

„Wiosenną porą” Guy de Maupassant„Kiedy przychodzą pierwsze pogodne dni, kiedy ziemia budzi się i znów zazielenia, kiedy ciepłe, wonne powietrze pieści nam skórę, wpada do piersi i zdaje się docierać do samego serca, nachodzi nas niejasne pragnienie szczęścia, chce nam się biegać, chodzić bez celu, szukać przygód, upajać wiosną.

Jako że zima była tego roku bardzo surowa, owa potrzeba rozkwitu zaszumiała mi w maju w głowie jak alkohol, wezbrała w żyłach jak roślinne soki.

Pewnego ranka obudziłem się i zobaczyłem przez okno nad dachami sąsiednich domów wielką połać błękitnego, rozświetlonego słońcem nieba. W wiszących w oknach klatkach zdzierały gardła kanarki; na wszystkich piętrach podśpiewywały pokojówki; z ulicy dobiegał wesoły gwar. Wyszedłem z domu w radosnym nastroju, sam nie wiedząc dokąd.

Przechodnie uśmiechali się. Wszystko tchnęło szczęściem w ciepłych promieniach powracającej wiosny. Miasto zdawała się owiewać miłosna bryza. Przechadzające się w porannych toaletach młode kobiety miały jakby skrytą czułość w oczach i większą niż zazwyczaj miękkość w ruchach, czym wprawiały moje serce w drżenie.

Nie wiedząc jak ani dlaczego, znalazłem się nagle nad brzegiem Sekwany. Odpływały stąd spacerowe parostatki do Suresnes, a mnie naszła nagle wielka ochota, żeby pohasać po lesie.

Na pokładzie pełno było pasażerów (pierwsze wiosenne słońce wyciągnie cię z domu, czy tego chcesz, czy nie), z których każdy kręcił się, chodził w tę i we w tę, gawędził z sąsiadem.

Mnie trafiła się akurat sąsiadeczka: najwyraźniej robotnica, uosobienie paryskiego wdzięku, o ślicznej blond główce z loczkami na skroniach. Jej włosy wyglądały jak wijące się światło, opadały na uszy, biegły na kark, tańczyły na wietrze, by na samym końcu zamienić się w puch tak miękki, lekki i jasny, że ledwo go było widać, budzący nieodpartą chęć, by go bez końca całować.”


Chcesz czytać dalej? Kup e-book!

Tytuł: Wiosenną porą (fr. Au printemps)
Autor: Guy de Maupassant
Przekład z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.02.2016
Gatunek: nowela
Liczba słów: 1839
ISBN EPUB: 978-83-944335-0-5 (121 KB)
ISBN MOBI: 978-83-944335-1-2 (507 KB)
ISBN PDF: 978-83-944335-2-9 (693 KB)
Cena: 4,00 zł

O książce:
Nowela Guy de Maupassanta z 1881 roku, opublikowana po raz pierwszy w zbiorze La Maison Tellier. Ironiczna przestroga przed niebezpieczeństwami wiosny i miłości. Akcja rozgrywa się w piękny majowy dzień, w podparyskiej scenerii, na płynącym po Sekwanie wycieczkowym parostatku.

O autorze:
Guy de Maupassant (1850-1893). Francuski pisarz, autor około 300 nowel i 6 powieści. Związany z Gustave’em Flaubertem i Émile’em Zolą, jeden z czołowych przedstawicieli XIX-wiecznego francuskiego naturalizmu i realizmu. Uznawany za mistrza krótkiej formy.

„W stronę Swanna”: Caritas

Caritas, Giotto di Bondone„Dziewczyna kuchenna była osobą prawną, trwałą instytucją, której niezmienne kompetencje nadawały rodzaj ciągłości i tożsamości mimo kolejnych przejściowych form, w których się przejawiała, nigdy bowiem ta sama nie zostawała u nas przez dwa lata z rzędu. Tamtego roku, kiedy jedliśmy tyle szparagów, dziewczyną kuchenną, do której zazwyczaj należało ich „skrobanie”, było biedne chorowite stworzenie, będące w dość zaawansowanej ciąży już, gdy przyjechaliśmy na Wielkanoc, tak że dziwiliśmy się nawet, że Franciszka obarcza ją tyloma sprawunkami i obowiązkami, zaczynała bowiem z trudem nieść przed sobą tajemniczy, z każdym dniem pełniejszy kosz, którego imponujący kształt rysował się pod jej luźnymi fartuchami. Przypominały one suknie okrywające niektóre z alegorycznych postaci Giotta na podarowanych mi przez Swanna fotografiach. To właśnie on zwrócił nam uwagę na to podobieństwo i, dopytując nas o dziewczynę kuchenną, mawiał: „Jakże się miewa Miłość Giotta?”. Zresztą i ona sama, biedaczka, pogrubiała od ciąży aż po buzię, aż po opadające prosto kwadratowe policzki, była w istocie dosyć podobna do krzepkich i męskich w typie panien, czy raczej matron, personifikujących cnoty w kaplicy Arena. Uświadamiam sobie teraz, że padewskie alegorie cnót i grzechów przypominały ją w jeszcze inny sposób. Tak samo jak owa dziewczyna zyskiwała na wizerunku przez naddany symbol, który dźwigała przy brzuchu niczym zwykłe, ciążące brzemię, nie wydając się rozumieć jego znaczenia i nie zdradzając niczym w swoim wyrazie twarzy jego urody i istoty, tak samo, nie wyglądając na tego świadomą, uosabiała chrześcijańską cnotę miłości znana mi z reprodukcji wiszącej na ścianie w moim pokoju do nauki w Combray mocarna gospodyni ukazana w Arenie pod napisem „Caritas” – nie dając nijak do zrozumienia, że jakakolwiek myśl o miłości Boga i bliźniego mogła kiedykolwiek odmalować się na jej dziarskiej, pospolitej twarzy. Za sprawą twórczej wizji malarza depcze ona ziemskie bogactwa – czyniąc to jednak zupełnie tak, jakby ugniatała stopami winogrona, by wycisnąć z nich sok, czy raczej weszła na worki, by dodać sobie wzrostu – i wręcza, a właściwie  p o d a j e, Bogu swoje płonące serce jak kucharka przez piwniczny lufcik komuś, kto o niego prosi przez okno na parterze, korkociąg.”

W poszukiwaniu straconego czasu (À la recherche du temps perdu), W stronę Swanna (Du côté de chez Swann), Marcel Proust, 1913. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

Enthoven: Leksykon dla miłośników Marcela Prousta

Dictionnaire amoureux de Marcel ProustAstma

Owa przypadłość oddechowa – „święta choroba”, którą lekarze zwali niegdyś meditatio mortis, czyli przygotowaniem do śmierci – była w życiu Marcela Prousta wielkim problemem, choć przez przekorę wobec Sainte-Beuvea (a może przesądność?) narrator W poszukiwaniu straconego czasu cierpi na nią jedynie w umiarkowanym stopniu. Poza marginalnymi wyjątkami (bohaterami opowiadań Obojętny i Koniec zazdrości) w całym dziele Prousta pojawia się zaledwie jedna jawnie dychawiczna postać: ciężarna dziewczyna kuchenna z Combray, którą Swann z powodu jej „energicznej i pospolitej” twarzy porównuje do Caritas Giotta. Czyżby nieszczęsna dusiła się jak pisarz, który powołał ją do życia, i została obdarowana chorobą swojego stwórcy, by zasugerować niejakie podobieństwo między pisaniem i rodzeniem dzieci? Tak przynajmniej twierdzono…

A poważniej: tak obecna w korespondencji Marcela astma, którą on sam za lekarzem swojej babki nazywał „mentalną albuminurią”, była dla niego przede wszystkim wyrokiem losu: tak już musi być, zdaje się mówić dręczony bezsennością i napadami duszności Marcel, bo lepiej niż ktokolwiek inny wie, że „prosić swoje ciało o litość to jakby dyskutować z żarłaczem ludojadem”.

Rzecz jasna Proust nie jest jedynym astmatykiem w literaturze; jest jednak na pewno tym, który instynktownie najlepiej uchwycił związek między „brakiem tchu” a uczuciem emocjonalnego braku czy opuszczenia. Jeszcze zanim dopadła go zgraja freudystów, sam odgadł, że niewydolność oddechowa, której pierwsze objawy zbiegły się w czasie z wejściem w wiek szkolny jego brata, była dla niego swoistym sposobem na przywołanie „mamy”, na sprawdzenie, czy nadal jest dla niej najważniejszy, na wyproszenie od niej kolejnego wieczornego pocałunku („Wolę już mieć napady i być ci miłym, niż być ci niemiłym i ich nie mieć”). W każdym razie astma tak niepodzielnie rządziła życiem Marcela i narzucała mu tyle nawyków, że aż kusi, by powiedzieć o nim to, co on sam powiedział o krewnej Roberta de Flersa: „Lecząc się, wprawiała się w tak ciężką chorobę, że pewnie lepiej by dla niej było, gdyby po prostu zdecydowała się cieszyć dobrym zdrowiem”. Nie zapominajmy jednak, że dziś astmę leczy się skuteczniej kortykosterydami niż psychoanalizą, co niejako dezaktualizuje rozwlekłe, swoją drogą niezwykle zabawne, edypalne interpretacje ataków nękających Prousta.

Ciekawsza i trudniejsza do rozwikłania jest stale powracająca kwestia związku między astmą Marcela a jego stylem pisania. Nie sięgając nawet do głośnej pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku dysputy między Reném Étiembleem i Georgesem Rivanneem (czyli gramatykiem, który nie miał pojęcia o medycynie, i lekarzem, który nic nie rozumiał z gramatyki), można z pewnością stwierdzić, że Proust, który ma krótki oddech, buduje długie zdania. I że braknie mu tchu, lecz nie natchnienia. Liczne, przerywające tok jego wypowiedzi „ale” i „bądź” wskazują, że swoją weną twórczą chce sięgać dalej, niczym tonący pływak, który reszkami sił zagarnia wodę, próbując dotrzeć do nieosiągalnego brzegu.

Czy płynie stąd wniosek, że pisarz, który z trudem oddycha, wymaga od języka rozmachu i swobody, na które nie pozwalają mu płuca? Niewykluczone. Czy wobec tego należałoby uznać, że pisarze o płucach jak dzwon, dajmy na to Hemingway czy Maupassant, programowo piszą krótkimi zdaniami (akurat w przypadku tych dwóch teza ta byłaby niedaleka od prawdy)? Rzecz do zbadania…

Tak czy owak, nie ma nic bardziej poruszającego niż zmagania Marcela z chorobą. I nic bardziej dojmującego niż jego kolejne medyczne eksperymenty: z perełkami azotynu amylu, pigułkami Trousseau, jodkami, belladonną, eukaliptusem, adrenaliną wdychaną za pomocą gumowej gruszki. Albo niż wyłaniająca się w trakcie lektury jego korespondencji mapa oddechowa, która kształtuje jego wyobrażenie przestrzeni jeszcze bardziej niż dwie strony Combray („Gdzie można spotkać więcej astmatyków: wokół Parku Monceau czy przy Dworcu Świętego Łazarza?”, „Jak się oddycha przy rue de Rivoli?”, „Czy wiosną jest wskazana podróż pociągiem?” itp.).

W rzeczywistości astma (i związana z nią pamięć immunologiczna) wyczuliła Prousta na świat zewnętrzny. Zmusiła go do podejrzliwego analizowania zapachów i kuchennych woni oraz rozpoznawania zwiastujących je drobinek i odgłosów. W tym sensie astma była dla Marcela (tak jak zazdrość, z której wzięła swój początek) dobroczynną muzą, cudowną szkołą odczuwania i dociekania, a przez to – pisania powieści. Trzeźwo myślący, mający brata i ojca lekarza, wertujący uczone rozprawy o oskrzelach i pyłkach kwiatowych Proust zastanawiał się nawet czasem, czy astma nie uchroniła go przed groźniejszymi – a do tego o wiele nudniejszymi – dolegliwościami.

Dictionnaire amoureux de Marcel Proust [Leksykon dla miłośników Marcela Prousta], Jean-Paul Enthoven, Raphaël Enthoven, Plon / Grasset, 2013.