Tag Archives: powieść

„Mandaryni”


Taksówka mijała mosty, tory, magazyny. Jechała ulicami, przy których wszystkie sklepy należały do Włochów. Zatrzymała się na rogu alei przesiąkniętej zapachem spalonego papieru, mokrej ziemi i biedy. Kierowca pokazał mi drewniany balkon wiszący na ceglanej ścianie.

— To tutaj.

Simone de Beauvoir i Nelson Algren
Simone de Beauvoir i Nelson Algren

Szłam wzdłuż płotu. Po lewej znajdowała się tawerna oznaczona czerwonym szyldem ze zgaszonymi neonami: „Schlitz”. Po prawej na wielkim plakacie idealna amerykańska rodzina wąchała ze śmiechem talerz owsianki. Ze stojącego przy drewnianych schodach kosza na śmieci ulatniał się dym. Weszłam po schodach na górę. Szklane drzwi na balkonie były zasłonięte żółtą roletą. To musiało być tutaj. Nagle poczułam się onieśmielona. Bogactwo wystawia się zawsze na widok publiczny, bieda to sprawa prywatna. Miałam wrażenie, że jeśli zapukam w szybę, popełnię jakąś niedyskrecję. Niezdecydowana patrzyłam na ceglane mury, obwieszone monotonnie kolejnymi schodami i kolejnymi szarymi balkonami. Ponad dachami dostrzegłam ogromny czerwono-biały walec zbiornika z gazem. Pod stopami miałam kwadrat gołej ziemi, na którym rosło całkiem czarne drzewo i stał mały wiatrak z niebieskimi skrzydłami. Gdy w oddali przejechał pociąg, balkon zadygotał. Zapukałam. W drzwiach pojawił się dość młody i dość wysoki mężczyzna w skórzanej, usztywniającej klatkę piersiową kurtce. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

— Znalazła pani mój dom?

— Na to wygląda.

Pośrodku żółtej kuchni mruczał czarny piecyk. Wyłożona linoleum podłoga była usłana starymi gazetami. Zauważyłam też, że nie było lodówki. Brogan niepewnym ruchem wskazał na papiery.

— Właśnie robiłem porządki.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Ale skąd. — Stał naprzeciw mnie z zakłopotaną miną. — Dlaczego nie chciała pani, żebym przyjechał po panią do hotelu?

— To straszne miejsce.

Na ustach Brogana wreszcie zamajaczył uśmiech.

— To najlepszy hotel w Chicago.

— Właśnie. Za dużo dywanów, za dużo kwiatów, za dużo ludzi, za dużo muzyki, za dużo wszystkiego.

Uśmiech Brogana sięgnął oczu.

— W takim razie proszę tutaj.

Najpierw zobaczyłam meksykański koc i żółte krzesło jak u van Gogha. Później książki, gramofon i maszynę do pisania. Musiało się dobrze mieszkać w tym mieszkaniu, które nie przypominało ani kawalerki estety, ani wzorcowego amerykańskiego domu. Powiedziałam z ożywieniem:

— Przyjemnie tutaj u pana.

— Tak pani sądzi? — Spojrzenie Brogana pytająco błądziło po ścianach. — To nieduże mieszkanie. Znów chwilę milczał, a potem powiedział pośpiesznie: — Nie chce pani zdjąć płaszcza? Co by pani powiedziała na filiżankę kawy? Mam francuskie płyty, może chciałaby pani posłuchać? Płyty Charlesa Treneta?

Czy to z powodu mruczącego piecyka, czy to dlatego, że na ozłoconej zimnym lutowym słońcem rolecie poruszał się cień czarnego drzewa, pomyślałam sobie od razu, że mogłabym przesiedzieć cały dzień na meksykańskim kocu. Nie po to jednak zadzwoniłam do Brogana, tylko po to, żeby zwiedzić Chicago. Powiedziałam stanowczo:

— Chciałabym zobaczyć Chicago, jutro rano wyjeżdżam.

— Chicago jest duże.

— To proszę mi pokazać choć fragment.

Dotknął swojej skórzanej kurtki i spytał zaniepokojony:

— Powinienem lepiej się ubrać?

— Co za pomysł! Nie znoszę sztywnych kołnierzyków!

Zaprzeczył gorąco:

— Nigdy w życiu nie nosiłem sztywnego kołnierzyka…

Po raz pierwszy nasze uśmiechy się spotkały, ale Brogan nie był jeszcze w pełni uspokojony.

— Nie zależy pani, żeby zobaczyć rzeźnie?

— Nie. Przejdźmy się po ulicach.

Ulic było dużo i wszystkie były do siebie podobne. Stały przy nich sfatygowane domki otoczone nieużytkami próbującymi udawać podmiejskie ogródki. Szliśmy też prostymi, smętnymi alejami. Wszędzie było nam zimno. Brogan z niepokojem łapał się za uszy.

— Już są całkiem sztywne, za chwilę odpadną.

Zlitowałam się nad nim.

— Chodźmy się ogrzać do jakiegoś baru.

Poszliśmy do baru. Brogan zamówił ginger ale, ja burbona. Kiedy wyszliśmy, wciąż było tak samo zimno. Poszliśmy do innego baru i zaczęliśmy rozmawiać. Po lądowaniu aliantów w Normandii spędził kilka miesięcy w obozie w Ardenach. Zadawał mi mnóstwo pytań na temat Francji, wojny, okupacji, Paryża. Ja też pytałam go o różne rzeczy. Wydawał się cały szczęśliwy, że ktoś go słucha, a jednocześnie zmieszany, że mówi o sobie. Z wahaniem wydobywał z siebie słowa, a później wypowiadał je z takim ożywieniem, że za każdym razem czułam się przez niego obdarowana. Urodził się na południu Chicago. Był synem drobnego sklepikarza finlandzkiego pochodzenia i węgierskiej żydówki. Gdy przyszedł wielki kryzys, miał dwadzieścia lat. Zjeździł całą Amerykę, chowając się w wagonach towarowych. Był komiwojażerem, pomywaczem, kelnerem, masażystą, kopaczem rowów, murarzem, a gdy zaszła potrzeba — włamywaczem. W pewnej zapadłej dziurze w Arizonie, gdzie mył kieliszki, napisał opowiadanie, które wydało mu lewicowe czasopismo. Wtedy napisał kolejne opowiadania. Po sukcesie jego pierwszej powieści wydawca zaczął mu wypłacać pensję, z której żył.

— Chciałabym przeczytać tę książkę — powiedziałam.

— Następna będzie lepsza.

— Ale ta już jest.

Brogan popatrzył na mnie skonsternowany.

— Naprawdę chce ją pani przeczytać?

— Tak, naprawdę.

Wstał i poszedł do telefonu w głębi sali. Po trzech minutach wrócił.

— Książka będzie przed kolacją u pani w hotelu.

— O! Dziękuję! — powiedziałam ciepło.

Wzruszyła mnie żywiołowość jego gestu. To właśnie sprawiło, że od razu wydał mi się sympatyczny — spontaniczność. Nie znał okrągłych frazesów ani rytualnych grzecznościowych formułek. Swoje uprzejmości improwizował i wymyślał na bieżąco, jak czułości. Z początku bawiło mnie, że mam przed sobą modelowego amerykańskiego „lewicowego pisarza–self made mana”. Teraz interesował mnie sam Brogan. Po tym, co opowiadał, widać było, że nie rości sobie wobec życia żadnych praw, a jednocześnie przez cały czas namiętnie pragnie żyć; podobało mi się to — ta mieszanka umiaru i zachłanności.

— Skąd przyszedł panu do głowy pomysł, żeby pisać? — spytałam.

— Zawsze lubiłem druk. Kiedy byłem dzieckiem, robiłem gazetę, wklejając wycinki prasowe do zeszytów.

— Musiały być też inne powody?

Zamyślił się.

— Znam masę różnych ludzi. Mam ochotę pokazać innym, jacy są naprawdę. Słyszy się tyle bzdur. — Zamilkł na chwilę. — Kiedy miałem dwadzieścia lat, zrozumiałem, że wszyscy mnie okłamują i bardzo mnie to zezłościło. Chyba dlatego zacząłem pisać i nadal to robię…

— Nadal czuje pan złość?

— W pewnym sensie — odpowiedział oględnie z niewyraźnym uśmiechem.

— Nie zajmuje się pan polityką?

— Robię niewielkie rzeczy.

W sumie był w tej samej sytuacji co Robert i Henri, jednak znosił to z egzotycznym dla nas spokojem. Pisanie i ujawnianie niesprawiedliwości społecznych w radiu, czasem na mityngach, w zupełności mu wystarczało. Powiedziano mi to już wcześniej: tutaj intelektualiści mogą żyć w spokoju, bo są całkowicie bezsilni.

— Czy ma pan wśród przyjaciół jakichś pisarzy?

— O nie! — żywo zaprzeczył. Uśmiechnął się. — Mam przyjaciół, którzy zaczęli pisać, kiedy zobaczyli, że zarabiam pieniądze, nie robiąc nic poza siedzeniem przed maszyną do pisania. Nie zostali jednak pisarzami.

— Zarobili coś na tym?

Roześmiał się szczerze.

— Jeden wystukał pięćset stron w miesiąc. Musiał słono zapłacić za ich wydanie i żona zabroniła mu próbować dalej. Wrócił do zawodu kieszonkowca.

— To dobry zawód? — spytałam.

— To zależy. W Chicago jest duża konkurencja.

— Zna pan dużo kieszonkowców?

Spojrzał na mnie żartobliwie.

— Z pół tuzina.

— A gangsterów?

Spoważniał.

— Wszyscy gangsterzy to sukinsyny.

Zaczął mi potoczyście tłumaczyć, jaką rolę gangsterzy odegrali w ostatnich latach jako łamistrajki. Potem opowiedział mi mnóstwo historii o ich relacjach z policją, politykami, biznesmenami. Mówił szybko i momentami trudno mi było go zrozumieć, ale jego opowieści były równie pasjonujące, co film z Edwardem Robinsonem. Nagle przestał mówić.

— Nie jest pani głodna?

— Owszem. Teraz gdy mi pan o tym przypomniał, czuję się bardzo głodna — odpowiedziałam. Dorzuciłam wesoło: — Zna pan masę historii.

— O! Nawet gdybym nie znał, coś bym wymyślił — odpowiedział. — Lubię patrzeć, jak pani słucha.

Była prawie ósma. Czas szybko płynął. Brogan zabrał mnie na kolację do włoskiej restauracji. Jedząc pizzę, zastanawiałam się, czemu czuję się przy nim tak swobodnie. Nic prawie o nim nie wiedziałam, a mimo to wcale nie wydawał mi się obcy. Może dlatego, że był biedny i beztrosko znosił swoją biedę. Krochmal, elegancja, dobre maniery — to wszystko stwarza dystans. Kiedy Brogan rozpinał i zapinał skórzaną kurtkę, pod którą miał wyblakły sweter, czułam obok ufną obecność ciała, któremu jest ciepło i zimno — żywego ciała. Sam pastował sobie buty. Wystarczyło na nie spojrzeć, żeby zajrzeć w jego prywatność. Kiedy po wyjściu z pizzerii złapał mnie za ramię, żebym się nie przewróciła na oblodzonej ziemi, jego ciepło od razu wydało mi się znajome.

— Chodźmy! Pokażę pani mimo wszystko kilka fragmentów Chicago — powiedział.

Poszliśmy do klubu burleski i patrzyliśmy na rozbierające się przy muzyce kobiety. Słuchaliśmy jazzu w małym czarnym lokalu z dansingiem. Piliśmy w barze przypominającym noclegownię. Brogan znał wszystkich: pianistę z wytatuowanymi nadgarstkami z klubu burleski, czarnoskórego trębacza z lokalu z dansingiem, kloszardów, czarnych i stare dziwki z baru. Zapraszał ich do naszego stolika, ciągnął za język i patrzył na mnie z uszczęśliwioną miną, bo widział, że się dobrze bawię. Kiedy znów znaleźliśmy się na ulicy, powiedziałam z ożywieniem:

— Zawdzięczam panu swój najlepszy wieczór w Ameryce.

— Jest jeszcze tyle rzeczy, które chciałbym pani pokazać! — powiedział.

Kończyła się noc. Wiedziałam, że za chwilę wstanie świt i Chicago zniknie na zawsze. Na razie jednak stalowe nadziemne metro przesłaniało nam przeżerającą niebo oblazłą z koloru plamę. Brogan trzymał mnie za ramię. Czarne łukowe przęsła wiaduktu ciągnęły się przed nami i za nami w nieskończoność. Mieliśmy wrażenie, że opasują ziemię i będziemy tak szli całą wieczność.

— Jeden dzień to mało — powiedziałam. — Będę musiała wrócić.

— Niech pani wróci — odpowiedział Brogan. Dorzucił szybko: — Nie chciałbym myśleć, że więcej pani nie zobaczę.

Doszliśmy w milczeniu na postój taksówek. Kiedy zbliżył twarz do mojej twarzy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odwrócić głowy. Poczułam jednak na ustach jego oddech.


Mandaryni (Les mandarins), Simone de Beauvoir, 1954. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.


„Jules i Jim”

« Jules et Jim » Henri-Pierre RochéByło to koło roku 1907.

Przybyły do Paryża z obcego kraju mały, okrągły Jules poprosił dużego, chudego Jima, którego ledwie znał, żeby wprowadził go na Bal des Quat’z’Arts*, a Jim zdobył dla niego legitymację i zabrał go do wypożyczalni kostiumów. Sympatia Jima do Jules’a zrodziła się w chwili, gdy Jules ostrożnie przeglądał kostiumy i wybierał dla siebie skromny strój niewolnika. Na balu, gdzie Jules stał spokojnie z wielkimi jak spodki, pełnymi rozbawienia i tkliwości oczami, jeszcze wzrosła.

Nazajutrz odbyli swoją pierwszą prawdziwą rozmowę. Jules nie miał w Paryżu przyjaciółki, a pragnął mieć. Jim miał niejedną. Poznał Jules’a z młodą muzyczką. Początki wydawały się obiecujące. Jules był przez tydzień odrobinę zakochany, ona też. Później Jules uznał ją za zbyt intelektualną, a ona jego za ironicznego i beznamiętnego.

Jules i Jim widywali się każdego dnia. Do późna w nocy uczyli się wzajemnie swojego języka i swojej literatury. Pokazywali sobie swoje wiersze i wspólnie je przekładali. Dyskutowali niespiesznie, a żaden nie miał wcześniej równie uważnego słuchacza. Wkrótce stali klienci baru zaczęli posądzać ich o swobodne obyczaje.

Jim zabierał Jules’a do uczęszczanych przez sławy kawiarni literackich. Jules zyskiwał tam sobie uznanie, co cieszyło Jima. Do jednej z takich kawiarni przychodziła dobra znajoma Jima – ładna osóbka o nonszalanckim sposobie bycia, która w Halach** trzymała się na nogach dłużej niż poeci, nawet do szóstej nad ranem. Swoimi względami obdarzała na krótko i z wysoka. We wszystkim, co robiła, zachowywała niczym nieskrępowaną swobodę i błyskotliwy, cięty dowcip. Zaczęli wychodzić we troje. Jules, którego zbijała z pantałyku, wydał się jej miły, lecz nieco ociężały umysłowo. Ona zaś wydała się Jules’owi nietuzinkowa, lecz przerażająca. Przyprowadziła swoją dobroduszną koleżankę, która dla Jules’a okazała się jednak zbyt dobroduszna.

W tej sytuacji Jim nie mógł zrobić dla Jules’a nic więcej. Wymógł na nim, aby zaczął szukać sam. Jules, być może skrępowany swoją wciąż niedoskonałą znajomością francuskiego, nadal ponosił porażki. Jim powiedział Jules’owi: „To nie kwestia języka”. I wyłożył mu pokrótce swój pogląd na sprawę.
– Równie dobrze mógłbyś mi pożyczyć swoje buty albo bokserskie rękawice – odpowiedział Jules. – I jedno i drugie jest dla mnie za duże.
Jules, wbrew opinii Jima, zaczął korzystać z usług profesjonalistek, nie znajdując w tym jednak przyjemności.

Pozostały im przekłady i rozmowy.

„Jules i Jim” (« Jules et Jim »), Henri-Pierre Roché, 1953; Gallimard, 1979. Przekład z francuskiego: Monika Szymaniak.


*Bal des Quat’z’Arts („Bal Czterech Sztuk”) – zabawa organizowana w latach 1892–1966 przez studentów architektury, malarstwa, rzeźby i grafiki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Paryżu.
**Na terenie paryskich hal targowych od połowy XIX do połowy XX wieku toczyło się intensywne życie nocne, a czynne całą dobę kawiarnie i restauracje były miejscem spotkań nie tylko handlarzy, lecz także artystów.

„W stronę Swanna”: Caritas

Caritas, Giotto di Bondone„Dziewczyna kuchenna była osobą prawną, trwałą instytucją, której niezmienne kompetencje nadawały rodzaj ciągłości i tożsamości mimo kolejnych przejściowych form, w których się przejawiała, nigdy bowiem ta sama nie zostawała u nas przez dwa lata z rzędu. Tamtego roku, kiedy jedliśmy tyle szparagów, dziewczyną kuchenną, do której zazwyczaj należało ich „skrobanie”, było biedne chorowite stworzenie, będące w dość zaawansowanej ciąży już, gdy przyjechaliśmy na Wielkanoc, tak że dziwiliśmy się nawet, że Franciszka obarcza ją tyloma sprawunkami i obowiązkami, zaczynała bowiem z trudem nieść przed sobą tajemniczy, z każdym dniem pełniejszy kosz, którego imponujący kształt rysował się pod jej luźnymi fartuchami. Przypominały one suknie okrywające niektóre z alegorycznych postaci Giotta na podarowanych mi przez Swanna fotografiach. To właśnie on zwrócił nam uwagę na to podobieństwo i, dopytując nas o dziewczynę kuchenną, mawiał: „Jakże się miewa Miłość Giotta?”. Zresztą i ona sama, biedaczka, pogrubiała od ciąży aż po buzię, aż po opadające prosto kwadratowe policzki, była w istocie dosyć podobna do krzepkich i męskich w typie panien, czy raczej matron, personifikujących cnoty w kaplicy Arena. Uświadamiam sobie teraz, że padewskie alegorie cnót i grzechów przypominały ją w jeszcze inny sposób. Tak samo jak owa dziewczyna zyskiwała na wizerunku przez naddany symbol, który dźwigała przy brzuchu niczym zwykłe, ciążące brzemię, nie wydając się rozumieć jego znaczenia i nie zdradzając niczym w swoim wyrazie twarzy jego urody i istoty, tak samo, nie wyglądając na tego świadomą, uosabiała chrześcijańską cnotę miłości znana mi z reprodukcji wiszącej na ścianie w moim pokoju do nauki w Combray mocarna gospodyni ukazana w Arenie pod napisem „Caritas” – nie dając nijak do zrozumienia, że jakakolwiek myśl o miłości Boga i bliźniego mogła kiedykolwiek odmalować się na jej dziarskiej, pospolitej twarzy. Za sprawą twórczej wizji malarza depcze ona ziemskie bogactwa – czyniąc to jednak zupełnie tak, jakby ugniatała stopami winogrona, by wycisnąć z nich sok, czy raczej weszła na worki, by dodać sobie wzrostu – i wręcza, a właściwie  p o d a j e, Bogu swoje płonące serce jak kucharka przez piwniczny lufcik komuś, kto o niego prosi przez okno na parterze, korkociąg.”

W poszukiwaniu straconego czasu (À la recherche du temps perdu), W stronę Swanna (Du côté de chez Swann), Marcel Proust, 1913. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.