Tag Archives: literatura

„Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami”

Un ange cornu avec des ailes de tôle Michel TremblayPierwszym powieściowym bohaterem, z którym w pełni się utożsamiłem (do tego stopnia, że się od tego rozchorowałem), był Robert z Dzieci kapitana Granta. To była jedna z najważniejszych książek końca mojego dzieciństwa i wciąż bardzo dokładnie pamiętam okoliczności, w których ją czytałem.

Robert Grant miał tyle lat, co ja (dwanaście), lecz w przeciwieństwie do mnie prowadził tak barwne życie, że po kilku stronach nie byłem pewien, czy go uwielbiam czy, z czystej zazdrości, nienawidzę.

Jego ojciec, szkocki marynarz pływający na statkach dalekomorskich, dwa lata wcześniej (był rok 1864) rozbił się gdzieś w okolicach 37. równoleżnika i wpadł w ręce tubylców, udało mu się jednak wrzucić do morza wiadomość w butelce. Zmoczony i rozmazany list odnalazł w brzuchu rekina inny szkocki marynarz, lord Glenarvan, a Robert Grant (co za szczęściarz!), wraz z lordem i jego młodą żoną, swoją siostrą Mary oraz francuskim geografem Paganelem, który pomylił statki, wyruszył w świat na pokładzie „Duncana”, żeby odnaleźć ojca. Czy to nie fart, jak na dwunastolatka?

Trzy tomy Dzieci kapitana Granta pożyczyłem z miejskiej biblioteki i nie rozstawałem się z nimi, nawet śpiąc: ten, który akurat czytałem, wkładałem sobie pod głowę, żeby móc we śnie wdychać jego zapach, dwa pozostałe zaś, leżące gdzieś na kołdrze, podążały w nocy śladem mojego ciała, tak że czułem ich pokrzepiającą obecność między udami, pod stopami czy w zagłębieniu lędźwi. Nadal sypiam z książkami, które czytam, rzadko odkładam je na szafkę nocną, ale z żadną inną nie spędziłem tak upojnych nocy jak z Dziećmi kapitana Granta.

Czytałem o przygodach Roberta tak długo, jak się tylko dało (dopóki mama nie przyszła wykręcić mi żarówki w nocnej lampce), a później przez większą część nocy śniłem o Atlantyku, Cieśninie Magellana, chilijskich krajobrazach i andyjskich Kordylierach… Na swoim łóżku, niczym na statku, ochoczo opuszczałem pokój przy rue Cartier i pędziłem ku 37. równoleżnikowi, by szukać początków Prądu Zatokowego.

Razem z Robertem stawałem się wilkiem morskim, uczyłem się dosiadać wspaniałego argentyńskiego konia czarnej maści od Thalcave’a (pięknego, półnagiego Patagończyka, którego opis na stronie 95 wprawił mnie w takie pomieszanie), przechodziłem w bród río de Raque i río de Tubal, wspinałem się po porfirowych ścianach zwanych quebradas, na próżno szukałem ojca w głębi sekwojowych lasów i na ośnieżonych górskich szczytach. O Robercie mówiono, że rośnie i szybko dojrzewa, że staje się mężczyzną. Ja, cały w okruszkach po herbatnikach albo ciasteczkach imbirowych, czytałem i, jak na złość, byłem wciąż tym samym małym chłopcem, który zazdrościł mu jego niezwykłych losów.

Pamiętam szczególnie jeden fragment, przez który nie spałem całą noc i dostałem gorączki, a nazajutrz rano nie mogłem wstać i pójść do szkoły, ku wielkiemu utrapieniu mojej mamy, która domyślała się, że to Dzieci kapitana Granta są przyczyną tej niezdrowej ekscytacji. Przeżyłem wtedy jedną z najpiękniejszych przygód w moim życiu…

Mniej więcej w połowie pierwszego tomu powieści zapada decyzja, że mężczyźni będą szukać kapitana Granta na piechotę w Chile i w Argentynie, kobiety zaś przepłyną na „Duncanie” Cieśninę Magellana i zaczekają na nich u wybrzeży Atlantyku. Z jednej strony żal mi było zostawiać Mary i lady Glenarvan, z drugiej zaś myśl o przemierzeniu pieszo Ameryki Południowej wydała mi się niezwykle ekscytująca.

Górskie krajobrazy, które napotykali po drodze Robert i jego towarzysze, robiły na mnie kolosalne wrażenie: przecież dotychczas znałem jedynie Mont Royal – nic nieznaczące wzgórze, miejsce niedzielnego wypoczynku wystrojonych odświętnie Montrealczyków, którego sylwetkę widziałem ze swojego balkonu w głębi rue Mont-Royal. Za to andyjskie Kordyliery! Lodowce, potoki spadające z wysokości kilkuset metrów (w moim kanadyjskim wydaniu encyklopedii Larousse’a wyczytałem, że jeden metr to trzy stopy i trzy cale), zawieszone nad przepaścią kamienne płaskowyże, burze wiatrowe i deszczowe zrywające się niespodziewanie i cichnące tak nagle, że trudno było uwierzyć, że w ogóle przeszły, różowe wschody i pomarańczowe zachody słońca! Posiłki złożone z suszonego mięsa, wszelkiego rodzaju roślin strączkowych doprawionych papryką, świeżo upolowanej dziczyzny, wody z górskich potoków i równinnych strumieni, od których ślinka napływała mi do ust, stanowiły jakże miłą odmianę po nieśmiertelnych tłuczonych ziemniakach i obowiązkowym zielonym groszku nr 1! I po tym wszystkim miałbym znów jeść pâté chinois*?

Wreszcie doszedłem do rozdziału, który wprawił mnie dosłownie w stan lewitacji. Na wysokości dwunastu tysięcy stóp nad ziemią członkowie ekspedycji zatrzymali się na noc na oblodzonym płaskowyżu zawieszonym nad ogromną doliną, którą w następnych dniach mieli przedostać się ku argentyńskiej pampie. Noc minęła spokojnie, wszyscy zasnęli, wyczerpani, lecz zadowoleni. O świcie zbudził ich straszliwy huk. Cytuję samego Juliusza Verne’a:

W wyniku właściwego Kordylierom zjawiska przemieszczał się i zsuwał ku nizinie cały, szeroki na kilka mil, masyw.

– Trzęsienie ziemi! – wykrzyknął Paganel.

Płaskowyż, na którym się schronili, zaczął zjeżdżać w dół! Byłem razem z nimi, spadałem razem z nimi, ośnieżone szczyty wirowały mi przed oczami, góry same zmieniały kształt, dopiero co rozjaśnione świtem niebo chybotało się jak wtedy, gdy na „Duncanie” przepływałem Cieśninę Magellana, namiot plątał mi się pod nogami, broń, drewno na opał, sprzęty do gotowania, żar z niedogaszonego ogniska przelatywały tuż obok mnie, jechałem gigantyczną górską kolejką, która uwoziła mnie nieuchronnie w dół doliny, mknąłem na spotkanie śmierci, a właściwie już leżałem bez życia – zagrzebany w pościeli, z rozszerzonymi ze strachu oczami, z walącym jak oszalałe sercem.

Najgorsze, że na początku następnego rozdziału, kiedy już przeszło trzęsienie ziemi i wszyscy zaczęli pomału wracać do siebie, okazało się, że Robert zniknął! Czarna rozpacz zapanowała w Chile i w rozkopanym łóżku przy rue Cartier. Członkowie ekspedycji szukali chłopca przez trzy dni, a ja z napięcia przestałem oddychać. Robert Grant nie mógł umrzeć, JA nie mogłem umrzeć! Historia nie mogła się toczyć dalej beze mnie, zostało jeszcze trzysta stron, to ja byłem jej bohaterem, to ja straciłem ojca i wyruszyłem ze Szkocji w świat, żeby go odszukać, to ja wyrastałem na mężczyznę pośród Patagończyków i marynarzy dalekomorskich! Juliusz Verne, mój ulubiony pisarz wszystkich epok i narodowości, nie mógł mi tego zrobić!

W końcu jednak nadeszło wybawienie. Obraz ten, jeden z najbardziej sugestywnych, które pamiętam z dzieciństwa, przywołuję jeszcze teraz, czterdzieści lat później, gdy zdarza mi się cierpieć w nocy na bezsenność, bo wiem, że pozwoli mi usnąć, bez względu na to, jakie strapienie nie daje mi spać. Po trzech dniach życia w obawie, że nigdy nie odnajdzie zaginionego chłopca, lord Glenarvan spostrzega na horyzoncie, het, daleko na niebie, jakiś punkt… Punkt staje się coraz większy… To ogromny andyjski kondor trzymający w szponach Roberta Granta! Na ilustracji widać było chłopca zaczepionego za ubranie, zwisającego w bezwolnej pozie Chrystusa z Piety Michała Anioła. Przez trzy dni leciałem niesiony przez kondora! Z emocji gwałtownie zamknąłem książkę i przytuliłem do siebie. Próbowałem odtworzyć w wyobraźni te trzy doby, zobaczyć z lotu ptaka rozpościerające się pode mną andyjskie Kordyliery, gniazdo uwite na niedostępnej granitowej iglicy, poczuć ponownie głód, pragnienie, ale i zachwyt, że przez chwilę byłem dzieckiem wielkiego kondora.

Kondora zabito, Robert Grant odzyskał świadomość, a ja dalej wisiałem trzymany za podarte ubranie w ptasich szponach. Nie chciałem wracać na ziemię, chciałem zostać tam, na dachu świata, chociaż do następnego dnia. Gasząc lampkę nocną, miałem nadzieję, że przyśni mi się porywisty wiatr i szum ogromnych, jedwabistych skrzydeł.

Un ange cornu avec des ailes de tôle (Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami), Michel Tremblay, Léméac / Actes Sud, 1994. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.


*Pâté chinois („chińska zapiekanka”) – tradycyjne danie kuchni quebeckiej złożone z zapieczonych warstw mielonego mięsa wołowego, kukurydzy i ziemniaczanego purée.

 

„Dziennik pisarza w piżamie”

« Journal d’un écrivain en pyjama » | Dany Laferrière„Są obrazy, które trzymają czytelnika za kark i wtykają mu nos w książkę, tak że wydaje mu się, że czyta nie książkę, lecz samego pisarza. Widzi się wtedy opatulonego w pelisę, spędzającego całe dnie w łóżku Prousta. Hemingwaya ze strzelbą myśliwską albo z wielkim kubańskim cygarem na łodzi rybackiej. Staruszka Millera grającego w ping-ponga ze striptizerkami. Gertrudę Stein (z drapieżną szczęką i szeroko rozstawionymi nogami) patrzącą rozmówcy prosto w oczy i mówiącą mu, że nie cierpi jego powieści. Mishimę, któremu kochanek odcina głowę. Güntera Grassa i suty wąs, nadający mu wygląd półgłówka. Roześmianego Jamesa Baldwina w objęciach Marlona Brando. Wirginię Woolf i jej śmiertelnie znużone spojrzenie. Borgesa siedzącego samotnie w hotelowym korytarzu z laską ślepca między nogami. Tołstoja w chłopskim kaftanie. Nieznanego (jak żołnierza) pisarza… w piżamie.”

 

Journal d’un écrivain en pyjama (Dziennik pisarza z piżamie), Danny Laferrière, Mémoire d’encrier, 2013. Przekład z francuskiego: Monika Szymaniak.

 

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Zapisz

Stéphanie Janicot: Sto leczniczych powieści

Cent romans de première urgenceTy go kochasz, a on ciebie nie

Objawy

Jesteś zakochana, myślisz tylko o nim. Godzinami wyczekujesz pod telefonem. Na jego widok cała drżysz. Dziesiątki razy śniło ci się, że wychodzisz za niego za mąż. To mężczyzna twojego życia. Problem w tym, że on o tym nie wie lub niewiele go to obchodzi. Nie wpadaj w panikę. Twoje schorzenie jest dość powszechne.

Środki zaradcze

Literatura dostarcza wielu wspaniałych przykładów na to, że twoja przypadłość to jedna z „rzeczy na świecie najlepiej podzielonych”. Ale uwaga: możliwych jest kilka wariantów. Ty go kochasz, a on ciebie nie (i właśnie dlatego go kochasz). Albo: ty go kochasz, a on ciebie chyba nie. Albo: kochasz go i jesteś święcie przekonana, że on ciebie nie (tymczasem nie masz racji). Każdy z tych wariantów wymaga co prawda dłuższego omówienia, ale trudno: warto poświęcić na to trochę czasu, bo problem jest naprawdę ważki. Nie miej mi przy tym za złe, drogi czytelniku, że przyjmę kobiecy punkt widzenia – dokonaj po prostu transpozycji odpowiedniej dla swojego rodzaju. Niechaj ten jeden raz płeć żeńska weźmie górę nad męską.

  • Kochasz mężczyznę, który cię nie kocha

A nawet wybrałaś go (nieświadomie) właśnie z tego powodu. Opowiem ci historię, która doskonale ilustruje ową ludzką skłonność do zadurzania się w kimś, kto nie odrywa oczu od kogoś innego. W skrócie brzmi ona tak: Rhett kocha Scarlett, która kocha Ashley’a, który kocha Melanię. Zgadłaś! To oczywiście oś fabuły Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Najciekawsza jest sytuacja Scarlett. Dlaczego? Bo Scarlett upiera się, że zdobędzie mężczyznę, który zupełnie do niej nie pasuje, tylko dlatego, że ten kocha inną. Panowie są bardziej konsekwentni. Rhett ma wszelkie powody ku temu, żeby kochać Scarlett: są do siebie podobni. Tak samo Ashley: Melania jest dla niego stworzona, a do tego odwzajemnia jego uczucie. Tak więc obdarzona ognistym temperamentem i wyzuta z moralnych skrupułów Scarlett próbuje uwieść prawego do granic nudności Ashley’a (imiona bohaterów są zresztą nieprzypadkowe: „ash” to po angielsku „popiół”, a „scarlett” – „szkarłat”). Czytelnik jako zewnętrzny obserwator widzi doskonale, że upór Scarlett jest bezcelowy. I tak nigdy nie stworzyłaby z Ashley’em udanego związku. Jednak jak my wszystkie jest tak skoncentrowana na spotykającym ją miłosnym zawodzie, że nie dopuszcza tego do świadomości. Jeśli jesteś zatem w tym samym położeniu co Scarlett i zabrnęłaś w ślepy zaułek, zakochując się w kimś, kto nie jest dla ciebie, uważaj: możesz zmarnować życie i przegapić przystojnego Rhetta, który byłby dla ciebie jak znalazł. Skąd masz wiedzieć, spytasz, że dotyczy cię ten wariant, a nie kolejny, o wiele bardziej optymistyczny? Zasięgając opinii wokół siebie, spisując na kartce cechy jego i swoje albo robiąc jeszcze coś innego – a bo ja wiem? Nie dostarczę ci testu, który pozwoliłyby sprawdzić, czy kierujesz swoje uczucia do właściwej osoby. Mogę cię tylko przestrzec. Jeśli naprawdę cię nie kocha, nie trać na niego czasu. Przeczytaj (po raz pierwszy lub kolejny) Przeminęło z wiatrem i zacznij rozglądać się za kimś innym.

  • Kochasz go i sama już nie wiesz, czy on ciebie też

Tobie zaś, duszo dręczona niepewnością pierwszych miłosnych porywów, doradzam lekturę całej, jednakowo dobroczynnej, twórczości Jane Austen. Odniesiesz bowiem równy pożytek, czytając każdą z sześciu największych powieści tej angielskiej autorki, posiadającej niezwykły wprost talent do wydawania za mąż swoich młodych bohaterek (mimo tego, że sama przez całe życie była niezamężna). W twoim przypadku przydadzą się zwłaszcza trzy pozycje. Na początek oczywiście Mansfield Park. Młoda, uboga dziewczyna zostaje przygarnięta przez zamożnego wuja. Zakochuje się w jednym ze swoich kuzynów, Edmundzie. Czuje się niegodna jego miłości i nie wierzy, że ich związek mógłby dojść do skutku, zwłaszcza że jego rodzice liczą dla niego na dobry (czytaj: bogaty) ożenek. Śledzącemu liczne perypetie miłosne tej pary czytelnikowi rzeczywiście trudno uwierzyć, że szala zwycięstwa w końcu przechyli się na stronę Fanny. A jednak! Tak miło jest czytać historie, które źle się zaczynają i dobrze kończą. Nie wahaj się więc sięgnąć następnie (po raz pierwszy lub kolejny) po Dumę i uprzedzenie, gdzie inteligentna, lecz uboga i przekonana o własnej pospolitości dziewczyna nie śmie nawet marzyć, że uda jej się zdobyć mężczyznę przystojnego, bogatego i inteligentnego (czyli pana Darcy’ego, jednego z najbardziej ujmujących bohaterów powieści). A jednak! Na koniec zaś możesz przejść do moich ulubionych Perswazji, w których to Anna – już nie dziewczyna, lecz młoda kobieta – spotyka po latach drogiego sercu mężczyznę, któremu w młodości odmówiła ręki. Ona wciąż jest wolna. On szuka żony. Ona myśli, że on żywi do niej urazę. On sprawia wrażenie, że interesuje się inną. Szanse na to, że się zejdą po latach, wydają się nikłe. A jednak! Ach, droga zakochana czytelniczko, doprawdy możesz się zabrać do lektury książek Jane Austen z zamkniętymi oczami. (Choć to, przyznaję, raczej mało praktyczne.)

Przeciwwskazania

Jeśli dotyczy cię pierwszy z wymienionych wariantów, obawiam się, że lektura Jane Austen zamiast sprowadzić cię na ziemię tylko przedłuży u ciebie stan błogiego rozmarzenia. Dlatego najpierw postaw właściwą diagnozę, a dopiero potem zacznij autoterapię. Wiadomo przecież, że lecząc jedną chorobę, można utrwalić, a nawet wywołać, drugą.

  • Kochasz go i myślisz, że on ciebie nie

Znajdujesz więc sobie innego i wszystko zaprzepaszczasz, podczas gdy on, jak się okazuje, jednak cię kochał. Głupie, co? Aby uniknąć tego rodzaju błędów, przestudiuj fragment Wojny i pokoju Lwa Tołstoja. Lektury całości nie mam odwagi ci zaproponować, bo odparłabyś pewnie, nie bez racji zresztą, że opisy bitew napoleońskich nijak nie mogą ulżyć twemu miłosnemu cierpieniu, chociaż… Cóż, pozwól, że przedstawię ci młodziutką, porywczą Nataszę. Natasza kocha się w księciu Andrieju, z którym w końcu szczęściem się zaręcza. Mają się pobrać następnego roku, kiedy książę wróci z wojny. Natasza jest młoda. Liczy dni i godziny. Książę nie pisze. Wmawia więc sobie, że o niej zapomniał. Z żalu, przez lekkomyślność, a być może tylko z winy swojego młodego wieku, daje się zbałamucić Anatolowi, mężczyźnie frywolnego usposobienia. Ich ucieczka wywołuje skandal. Książę Andriej zaś, uosobienie stałości i wierności, zrywa zaręczyny. Natasza wypłakuje oczy. Traci miłość swojego życia, bo zabrakło jej wiary i wytrwałości. Jest dokładnym przeciwieństwem Scarlett: zbyt szybko porzuca nadzieję, że jej marzenia się ziszczą.

I jak tu być mądrą? Mieć nadzieję czy może sobie odpuścić? Jeśli nie masz nikogo, kto by ci doradził, wypróbuj wszystkie trzy czytelnicze tropy i przekonaj się sama, która z bohaterek jest ci najbliższa. Przynajmniej zamiast ślęczeć przy telefonie i błagać, żeby zadzwonił, zajmiesz się czytaniem.

Cent romans de première urgence pour (presque) tout soigner [Sto leczniczych powieści na (prawie) wszystkie bolączki], Stéphanie Janicot, Albin Michel, 2008. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.