Tag Archives: literatura XXI wieku

Enthoven: Leksykon dla miłośników Marcela Prousta

Dictionnaire amoureux de Marcel ProustAstma

Owa przypadłość oddechowa – „święta choroba”, którą lekarze zwali niegdyś meditatio mortis, czyli przygotowaniem do śmierci – była w życiu Marcela Prousta wielkim problemem, choć przez przekorę wobec Sainte-Beuvea (a może przesądność?) narrator W poszukiwaniu straconego czasu cierpi na nią jedynie w umiarkowanym stopniu. Poza marginalnymi wyjątkami (bohaterami opowiadań Obojętny i Koniec zazdrości) w całym dziele Prousta pojawia się zaledwie jedna jawnie dychawiczna postać: ciężarna dziewczyna kuchenna z Combray, którą Swann z powodu jej „energicznej i pospolitej” twarzy porównuje do Caritas Giotta. Czyżby nieszczęsna dusiła się jak pisarz, który powołał ją do życia, i została obdarowana chorobą swojego stwórcy, by zasugerować niejakie podobieństwo między pisaniem i rodzeniem dzieci? Tak przynajmniej twierdzono…

A poważniej: tak obecna w korespondencji Marcela astma, którą on sam za lekarzem swojej babki nazywał „mentalną albuminurią”, była dla niego przede wszystkim wyrokiem losu: tak już musi być, zdaje się mówić dręczony bezsennością i napadami duszności Marcel, bo lepiej niż ktokolwiek inny wie, że „prosić swoje ciało o litość to jakby dyskutować z żarłaczem ludojadem”.

Rzecz jasna Proust nie jest jedynym astmatykiem w literaturze; jest jednak na pewno tym, który instynktownie najlepiej uchwycił związek między „brakiem tchu” a uczuciem emocjonalnego braku czy opuszczenia. Jeszcze zanim dopadła go zgraja freudystów, sam odgadł, że niewydolność oddechowa, której pierwsze objawy zbiegły się w czasie z wejściem w wiek szkolny jego brata, była dla niego swoistym sposobem na przywołanie „mamy”, na sprawdzenie, czy nadal jest dla niej najważniejszy, na wyproszenie od niej kolejnego wieczornego pocałunku („Wolę już mieć napady i być ci miłym, niż być ci niemiłym i ich nie mieć”). W każdym razie astma tak niepodzielnie rządziła życiem Marcela i narzucała mu tyle nawyków, że aż kusi, by powiedzieć o nim to, co on sam powiedział o krewnej Roberta de Flersa: „Lecząc się, wprawiała się w tak ciężką chorobę, że pewnie lepiej by dla niej było, gdyby po prostu zdecydowała się cieszyć dobrym zdrowiem”. Nie zapominajmy jednak, że dziś astmę leczy się skuteczniej kortykosterydami niż psychoanalizą, co niejako dezaktualizuje rozwlekłe, swoją drogą niezwykle zabawne, edypalne interpretacje ataków nękających Prousta.

Ciekawsza i trudniejsza do rozwikłania jest stale powracająca kwestia związku między astmą Marcela a jego stylem pisania. Nie sięgając nawet do głośnej pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku dysputy między Reném Étiembleem i Georgesem Rivanneem (czyli gramatykiem, który nie miał pojęcia o medycynie, i lekarzem, który nic nie rozumiał z gramatyki), można z pewnością stwierdzić, że Proust, który ma krótki oddech, buduje długie zdania. I że braknie mu tchu, lecz nie natchnienia. Liczne, przerywające tok jego wypowiedzi „ale” i „bądź” wskazują, że swoją weną twórczą chce sięgać dalej, niczym tonący pływak, który reszkami sił zagarnia wodę, próbując dotrzeć do nieosiągalnego brzegu.

Czy płynie stąd wniosek, że pisarz, który z trudem oddycha, wymaga od języka rozmachu i swobody, na które nie pozwalają mu płuca? Niewykluczone. Czy wobec tego należałoby uznać, że pisarze o płucach jak dzwon, dajmy na to Hemingway czy Maupassant, programowo piszą krótkimi zdaniami (akurat w przypadku tych dwóch teza ta byłaby niedaleka od prawdy)? Rzecz do zbadania…

Tak czy owak, nie ma nic bardziej poruszającego niż zmagania Marcela z chorobą. I nic bardziej dojmującego niż jego kolejne medyczne eksperymenty: z perełkami azotynu amylu, pigułkami Trousseau, jodkami, belladonną, eukaliptusem, adrenaliną wdychaną za pomocą gumowej gruszki. Albo niż wyłaniająca się w trakcie lektury jego korespondencji mapa oddechowa, która kształtuje jego wyobrażenie przestrzeni jeszcze bardziej niż dwie strony Combray („Gdzie można spotkać więcej astmatyków: wokół Parku Monceau czy przy Dworcu Świętego Łazarza?”, „Jak się oddycha przy rue de Rivoli?”, „Czy wiosną jest wskazana podróż pociągiem?” itp.).

W rzeczywistości astma (i związana z nią pamięć immunologiczna) wyczuliła Prousta na świat zewnętrzny. Zmusiła go do podejrzliwego analizowania zapachów i kuchennych woni oraz rozpoznawania zwiastujących je drobinek i odgłosów. W tym sensie astma była dla Marcela (tak jak zazdrość, z której wzięła swój początek) dobroczynną muzą, cudowną szkołą odczuwania i dociekania, a przez to – pisania powieści. Trzeźwo myślący, mający brata i ojca lekarza, wertujący uczone rozprawy o oskrzelach i pyłkach kwiatowych Proust zastanawiał się nawet czasem, czy astma nie uchroniła go przed groźniejszymi – a do tego o wiele nudniejszymi – dolegliwościami.

Dictionnaire amoureux de Marcel Proust [Leksykon dla miłośników Marcela Prousta], Jean-Paul Enthoven, Raphaël Enthoven, Plon / Grasset, 2013.

Stéphanie Janicot: Sto leczniczych powieści

Cent romans de première urgenceTy go kochasz, a on ciebie nie

Objawy

Jesteś zakochana, myślisz tylko o nim. Godzinami wyczekujesz pod telefonem. Na jego widok cała drżysz. Dziesiątki razy śniło ci się, że wychodzisz za niego za mąż. To mężczyzna twojego życia. Problem w tym, że on o tym nie wie lub niewiele go to obchodzi. Nie wpadaj w panikę. Twoje schorzenie jest dość powszechne.

Środki zaradcze

Literatura dostarcza wielu wspaniałych przykładów na to, że twoja przypadłość to jedna z „rzeczy na świecie najlepiej podzielonych”. Ale uwaga: możliwych jest kilka wariantów. Ty go kochasz, a on ciebie nie (i właśnie dlatego go kochasz). Albo: ty go kochasz, a on ciebie chyba nie. Albo: kochasz go i jesteś święcie przekonana, że on ciebie nie (tymczasem nie masz racji). Każdy z tych wariantów wymaga co prawda dłuższego omówienia, ale trudno: warto poświęcić na to trochę czasu, bo problem jest naprawdę ważki. Nie miej mi przy tym za złe, drogi czytelniku, że przyjmę kobiecy punkt widzenia – dokonaj po prostu transpozycji odpowiedniej dla swojego rodzaju. Niechaj ten jeden raz płeć żeńska weźmie górę nad męską.

  • Kochasz mężczyznę, który cię nie kocha

A nawet wybrałaś go (nieświadomie) właśnie z tego powodu. Opowiem ci historię, która doskonale ilustruje ową ludzką skłonność do zadurzania się w kimś, kto nie odrywa oczu od kogoś innego. W skrócie brzmi ona tak: Rhett kocha Scarlett, która kocha Ashley’a, który kocha Melanię. Zgadłaś! To oczywiście oś fabuły Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Najciekawsza jest sytuacja Scarlett. Dlaczego? Bo Scarlett upiera się, że zdobędzie mężczyznę, który zupełnie do niej nie pasuje, tylko dlatego, że ten kocha inną. Panowie są bardziej konsekwentni. Rhett ma wszelkie powody ku temu, żeby kochać Scarlett: są do siebie podobni. Tak samo Ashley: Melania jest dla niego stworzona, a do tego odwzajemnia jego uczucie. Tak więc obdarzona ognistym temperamentem i wyzuta z moralnych skrupułów Scarlett próbuje uwieść prawego do granic nudności Ashley’a (imiona bohaterów są zresztą nieprzypadkowe: „ash” to po angielsku „popiół”, a „scarlett” – „szkarłat”). Czytelnik jako zewnętrzny obserwator widzi doskonale, że upór Scarlett jest bezcelowy. I tak nigdy nie stworzyłaby z Ashley’em udanego związku. Jednak jak my wszystkie jest tak skoncentrowana na spotykającym ją miłosnym zawodzie, że nie dopuszcza tego do świadomości. Jeśli jesteś zatem w tym samym położeniu co Scarlett i zabrnęłaś w ślepy zaułek, zakochując się w kimś, kto nie jest dla ciebie, uważaj: możesz zmarnować życie i przegapić przystojnego Rhetta, który byłby dla ciebie jak znalazł. Skąd masz wiedzieć, spytasz, że dotyczy cię ten wariant, a nie kolejny, o wiele bardziej optymistyczny? Zasięgając opinii wokół siebie, spisując na kartce cechy jego i swoje albo robiąc jeszcze coś innego – a bo ja wiem? Nie dostarczę ci testu, który pozwoliłyby sprawdzić, czy kierujesz swoje uczucia do właściwej osoby. Mogę cię tylko przestrzec. Jeśli naprawdę cię nie kocha, nie trać na niego czasu. Przeczytaj (po raz pierwszy lub kolejny) Przeminęło z wiatrem i zacznij rozglądać się za kimś innym.

  • Kochasz go i sama już nie wiesz, czy on ciebie też

Tobie zaś, duszo dręczona niepewnością pierwszych miłosnych porywów, doradzam lekturę całej, jednakowo dobroczynnej, twórczości Jane Austen. Odniesiesz bowiem równy pożytek, czytając każdą z sześciu największych powieści tej angielskiej autorki, posiadającej niezwykły wprost talent do wydawania za mąż swoich młodych bohaterek (mimo tego, że sama przez całe życie była niezamężna). W twoim przypadku przydadzą się zwłaszcza trzy pozycje. Na początek oczywiście Mansfield Park. Młoda, uboga dziewczyna zostaje przygarnięta przez zamożnego wuja. Zakochuje się w jednym ze swoich kuzynów, Edmundzie. Czuje się niegodna jego miłości i nie wierzy, że ich związek mógłby dojść do skutku, zwłaszcza że jego rodzice liczą dla niego na dobry (czytaj: bogaty) ożenek. Śledzącemu liczne perypetie miłosne tej pary czytelnikowi rzeczywiście trudno uwierzyć, że szala zwycięstwa w końcu przechyli się na stronę Fanny. A jednak! Tak miło jest czytać historie, które źle się zaczynają i dobrze kończą. Nie wahaj się więc sięgnąć następnie (po raz pierwszy lub kolejny) po Dumę i uprzedzenie, gdzie inteligentna, lecz uboga i przekonana o własnej pospolitości dziewczyna nie śmie nawet marzyć, że uda jej się zdobyć mężczyznę przystojnego, bogatego i inteligentnego (czyli pana Darcy’ego, jednego z najbardziej ujmujących bohaterów powieści). A jednak! Na koniec zaś możesz przejść do moich ulubionych Perswazji, w których to Anna – już nie dziewczyna, lecz młoda kobieta – spotyka po latach drogiego sercu mężczyznę, któremu w młodości odmówiła ręki. Ona wciąż jest wolna. On szuka żony. Ona myśli, że on żywi do niej urazę. On sprawia wrażenie, że interesuje się inną. Szanse na to, że się zejdą po latach, wydają się nikłe. A jednak! Ach, droga zakochana czytelniczko, doprawdy możesz się zabrać do lektury książek Jane Austen z zamkniętymi oczami. (Choć to, przyznaję, raczej mało praktyczne.)

Przeciwwskazania

Jeśli dotyczy cię pierwszy z wymienionych wariantów, obawiam się, że lektura Jane Austen zamiast sprowadzić cię na ziemię tylko przedłuży u ciebie stan błogiego rozmarzenia. Dlatego najpierw postaw właściwą diagnozę, a dopiero potem zacznij autoterapię. Wiadomo przecież, że lecząc jedną chorobę, można utrwalić, a nawet wywołać, drugą.

  • Kochasz go i myślisz, że on ciebie nie

Znajdujesz więc sobie innego i wszystko zaprzepaszczasz, podczas gdy on, jak się okazuje, jednak cię kochał. Głupie, co? Aby uniknąć tego rodzaju błędów, przestudiuj fragment Wojny i pokoju Lwa Tołstoja. Lektury całości nie mam odwagi ci zaproponować, bo odparłabyś pewnie, nie bez racji zresztą, że opisy bitew napoleońskich nijak nie mogą ulżyć twemu miłosnemu cierpieniu, chociaż… Cóż, pozwól, że przedstawię ci młodziutką, porywczą Nataszę. Natasza kocha się w księciu Andrieju, z którym w końcu szczęściem się zaręcza. Mają się pobrać następnego roku, kiedy książę wróci z wojny. Natasza jest młoda. Liczy dni i godziny. Książę nie pisze. Wmawia więc sobie, że o niej zapomniał. Z żalu, przez lekkomyślność, a być może tylko z winy swojego młodego wieku, daje się zbałamucić Anatolowi, mężczyźnie frywolnego usposobienia. Ich ucieczka wywołuje skandal. Książę Andriej zaś, uosobienie stałości i wierności, zrywa zaręczyny. Natasza wypłakuje oczy. Traci miłość swojego życia, bo zabrakło jej wiary i wytrwałości. Jest dokładnym przeciwieństwem Scarlett: zbyt szybko porzuca nadzieję, że jej marzenia się ziszczą.

I jak tu być mądrą? Mieć nadzieję czy może sobie odpuścić? Jeśli nie masz nikogo, kto by ci doradził, wypróbuj wszystkie trzy czytelnicze tropy i przekonaj się sama, która z bohaterek jest ci najbliższa. Przynajmniej zamiast ślęczeć przy telefonie i błagać, żeby zadzwonił, zajmiesz się czytaniem.

Cent romans de première urgence pour (presque) tout soigner [Sto leczniczych powieści na (prawie) wszystkie bolączki], Stéphanie Janicot, Albin Michel, 2008. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

Sophie Fontanel: Dorastanie

Grandir Sophie FontanelLudzie pytają, jak się mam, a ja odpowiadam, jak się ma moja matka. Siedzę w kawiarni przy place de la Bastille z przyjacielem, który mnie rozumie. To mężczyzna o wielkiej inteligencji, choć to nie inteligencja jest chyba tutaj najważniejsza. Kilka lat temu jego dziecko było o krok od śmierci. To raczej stąd bierze się jego empatia: z faktu, że kiedyś przestraszył się utraty miłości, że drżał o życie inne niż swoje. Uczy filozofii. Opowiadam mu o swojej matce, a on z nieskończoną czułością spuszcza oczy i cytuje Jankélévitcha, dla którego starość i śmierć była „usunięciem nieusuwalnego”.

Słysząc, jak w ten sposób nazywa ściskającą mnie za gardło niezgodę, odkrywam przed nim to, co taję przed innymi znajomymi. Że nie wiem, czy wytrzymam. Że wieczorem jestem cała połamana. Wszystko mnie boli, nawet paznokcie. Moje ciało ma teraz tyle lat, co moja matka i ja łącznie: sto trzydzieści sześć. Rano nie mogę zrobić kroku, tak kruche mam nogi – jak wszystkie kolosy, jak wszyscy ci, którzy mierzą siły na zamiary. Muszę przecież być bohaterką, skoro chcę oddalić śmierć. Mówię mu, że z ciężkim sercem patrzę, jak moja matka staje się dzieckiem – dzieckiem, któremu się tłumaczy, którym trzeba pokierować, które się karmi, pieści i przewija. I że, szczęście w nieszczęściu, mogę z nią teraz zrobić wszystko. Wszystko, tylko nie przywrócić jej siły. Ja, która nie mam dzieci, powtarzam w kółko: „Ona jest jak dziecko… zupełnie jak dziecko”. On zaś, który ma dziecko i niemal je stracił, wyjaśnia: „Nie. To nie to samo. Widzisz, przy dziecku twoim zadaniem jest wydobyć je z zależności. To więcej niż zadanie: to misja. Chociaż nie, czekaj… To nawet więcej niż misja: to przeznaczenie. Dziecko to ktoś, kogo czynisz samodzielnym. Dziecko cię opuści, żeby żyć. Dziecko ma szanse, żeby żyć – nawet jeśli jest chore, nawet jeśli kiepsko sobie radzi. Możesz w to wierzyć. Do końca możesz myśleć, że jeśli tylko wyzdrowieje, będzie uratowane, że jeśli tylko zda maturę, będzie uratowane, że jeśli tylko nauczy się budować więzi, będzie uratowane. A twoja mama? Dokąd ją prowadzisz? To ty wychodzisz z zależności, nie ona. Do końca będziesz dzieckiem, które ona usamodzielnia. Jako matka. Nie buntuj się, pozwól jej na to, bo ona w ten sposób dopełnia twojego wychowania”.

Grandir (Dorastanie), Sophie Fontanel, Robert Laffont, 2010. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.