Tag Archives: literatura XX wieku

„Straszna oberża”

„Straszna oberża”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

— Co do kobiet — powiedział Chanlieu — to nie życzę wam takiej podróży poślubnej jak ta, którą odbyłem ze swoją pierwszą żoną. Dość powiedzieć, że oboje ledwo uszliśmy z życiem… Opowiem wam wszystko, jak było, od razu, bez zbędnych ceregieli.

Po powrocie z Sajgonu poprosiłem Towarzystwo Przewozów Morskich1 o urlop. Wykorzystałem go, żeby wreszcie ożenić się z maleńką Marią Łucją z Mourillonu2, która od czasu, gdy zmarł jej ojciec na Madagaskarze, mieszkała z dziadkiem.

W podróż poślubną wybraliśmy się do Szwajcarii. To był mój pomysł. Tak naprawdę jestem mieszczuchem i szczurem lądowym i nie znoszę przygód. Jeśli przez dwadzieścia lat pływałem jako kapitan na statkach dalekomorskich, to tylko dlatego, że taka była tradycja w mojej rodzinie i tego chcieli ojciec i matka. Ja od początku dostawałem od tego choroby morskiej.

No więc znaleźliśmy się w Szwajcarii, zupełnie jak za czasów Töpffera3. Moja młoda żona i ja. Zakochani po uszy. Znacie Solurę?

— Ja tam ożeniłem się na Borneo! — zachichotał Dorat, największy żartowniś spośród starych wilków morskich, które opowiadały sobie straszne historie przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie.

— No tak… A więc Solura to, można by rzec, stolica romańskiej Szwajcarii. To właściwie jedna długa, cicha ulica, gdzie najmniejszy nawet podmuch wiatru znad góry Weissenstein wprawia w ruch kołyszące się na drążkach obrazkowe szyldy.

Należąca do Jury góra Weissenstein mierzy ponad tysiąc trzysta metrów i leży na północny zachód od miasta. Błądzący tamtejszymi leśnymi wąwozami i ścieżkami turysta dociera w końcu na wysokość, powyżej której w drodze na szczyt nie ma już nic prócz pewnej oberży, która w tamtym czasie cieszyła się bardzo złą sławą.

Dwa lata przed naszym przyjazdem miejscowe władze znalazły w sąsiedniej studni i pobliskiej jaskini tuzin szkieletów i nieco rzeczy osobistych podróżnych, którzy w owej oberży znaleźli zgubną, ostatnią w życiu gościnę. Śledczy i biegli ustalili, że zbrodnie popełnili właściciele oberży, Weisbachowie (pamiętacie może tę sprawę, w swoim czasie pisały o niej wszystkie gazety). Ta odrażająca para tak skutecznie zastraszyła okolicznych mieszkańców, że trzymali gęby na kłódkę nawet po ich śmierci. Kilku starych górali już wcześniej domyślało się wielu rzeczy, jednak Jan Weisbach wystarczająco jasno dał im do zrozumienia, że nie lubi, żeby się mieszano w jego sprawy. Weisbachowie zmarli w spokoju, jako bogaci i szanowani ludzie. W końcu zmarł także Daniel, ich chłopak do wszystkiego.

Kiedy sprawa wyszła na jaw, prowadzący dochodzenie zaczęli rozpytywać wokół. W końcu udało im się skłonić do mówienia byłych sąsiadów, a także pewną starą kobietę z wolem na szyi, którą Weisbachowie groźbą przymusili do służby. Dzięki temu odtworzyli wiele — należących już wówczas do przeszłości — dramatycznych historii. Przerażające okoliczności zbrodni wskazywały, że Weisbachów cechowała nie tylko nienasycona żądza zysku, lecz także rzadko spotykana skłonność do sadyzmu i okrucieństwa.

W hotelowych jadalniach w Solurze nie mówiono rzecz jasna o niczym innym. Podróżni czekający na dyliżans, którym mieli wjechać na górę Weissenstein, by po zmroku dotrzeć na szczyt i przenocować w hotelu wsławionym pobytem Napoleona, a następnego dnia zjechać na francuską stronę Bramą Burgundzką, zakładali od razu, że w połowie podjazdu zatrzymają się na kieliszeczek czegoś mocniejszego w „krwawej oberży” — jak ją teraz nazywano ze względu na sprawę Weisbachów i kolor, na który była wymalowana. Był to niejako obowiązkowy punkt programu. W czasie gdy konduktor dyliżansu poił konie, turyści popijali trunki przy kontuarze i gawędzili z nowymi właścicielami.

Ówcześni oberżyści prowadzili interes od roku. Ich poprzednicy, bezpośredni następcy Weisbachów, wynieśli się, gdy tylko sprawa nabrała rozgłosu. Twierdzili, że zostali zrujnowani. Schefferowie byli sprytniejsi: wymyślili sobie, że na głupocie ciekawskich można zarobić. Zważywszy na to, co słyszało się w okolicy, ich rachuby były całkiem słuszne. Wszyscy przejeżdżający przez Solurę cudzoziemcy chcieli zobaczyć „krwawą oberżę”. Niektórzy pozwalali sobie nawet na luksus i zatrzymywali się tam na nocleg.

W dniu, w którym po zjedzeniu wyśmienitej kolacji i wypiciu butelki przedniego reńskiego wina wsiedliśmy z Marią Łucją do dyliżansu, była wspaniała pogoda. Byliśmy przekonani, że czeka nas miła przejażdżka, a w międzyczasie, jako dodatkowa atrakcja, emocjonująca przygoda jak z powieści w odcinkach.


1 Towarzystwo Przewozów Morskich (fr. Compagnie des messageries maritimes) — założone w 1851 roku francuskie przedsiębiorstwo żeglugi morskiej oferujące przewozy pasażerów, towarów i przesyłek pocztowych. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą; w XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)

3 Rodolphe Töpffer (1799-1846) — szwajcarski pedagog, pisarz, polityk i autor historyjek rysunkowych. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Straszna oberża
Tytuł oryginału francuskiego: L’auberge épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1925
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 6410

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 24
Wielkość pliku: 525 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-4-3
Wielkość pliku: 204 KB

Cena: 5 zł (w tym 5% VAT)

„Nasza Olimpia”

„Nasza Olimpia”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Stare wilki morskie, które co wieczór spotykały się przy aperitifie w kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie, nigdy jeszcze nie widziały Zinzina w takim stanie. Oczy wychodziły mu z orbit i był blady jak śmierć. Ledwo opadł na krzesło, wszyscy otoczyli go i zasypali pytaniami.

— Co ci jest, Zinzinie? Co ci się stało, staruszku? — dopytywał kapitan Alban.

Zinzin potrząsnął głową na znak, że nie może jeszcze wydusić z siebie słowa. Wreszcie przetarł ręką czoło i wykrztusił:

— Wracam od komisarza policji. Przydarzyła mi się straszna historia…

— Opowiadaj, póki świeża! To będzie dla nas miła odmiana… — zachęcił Gobert.

— O, moja historia wcale nie jest nowa… — żachnął się ponuro Zinzin.

— I wciąż jeszcze robi na tobie takie wrażenie?

— Zaraz się dowiecie, dlaczego… — odparł jeszcze posępniej Zinzin. — To historia, w którą wplątałem się za młodu, i przez którą omal się nie przeniosłem na łono Abrahama. Słowo Zinzina! To cud, że nie wącham teraz kwiatków od spodu. Sprawa tamtego przeklętego ożenku w owym czasie wywołała sporo zamieszania. Skończyło się przed sądem przysięgłych…

— Kolejna historia o ożenku? — prychnął ten nicpoń Chanlieu. — Jest ich na pęczki! Ja sam znam chyba z dziesięć…

— A ja tylko tę jedną… — jęknął Zinzin. — Mogę wam za to zaręczyć, że jest straszniejsza, niż wszystkie historie Chanlieu razem wzięte!

Znów głośno westchnął, splunął i zapalił fajkę.

— Nigdy wam o niej nie wspominałem, bo to, co się wtedy wydarzyło, przechodzi wszelkie wyobrażenie… Dziś jednak nie wytrzymam i opowiem wszystko… Niech to diabli!… Niech to wszyscy diabli!…

— Co? Co, Zinzin?

— To naprawdę straszna historia… — sapnął Zinzin.

— Akurat! — sarknął Chanlieu.

Zinzin rzucił ku niemu mordercze spojrzenie.

— Musicie wiedzieć, że tylko raz w życiu byłem zakochany — właśnie wtedy. Nigdy przedtem ani później nie spotkałem podobnej dziewczyny. Miała na imię Olimpia. O jej rękę staraliśmy się we dwunastu…

— Oho! Wesoło się zaczyna… — zadrwił Chanlieu.

— Dwunastu — nie żartuję! Za chwilę wymienię wszystkich po kolei. I  mam na myśli tylko tych, którzy się oświadczyli… W całym departamencie nie było chyba mężczyzny, który nie chciałby zostać jej mężem…

Nie była bogata, ale pochodziła z dobrej rodziny. Co do urody… O kochani! Miała wtedy dokładnie piętnaście i pół wiosny. Okolica słynęła z pięknych dziewcząt: do sporego, przyjemnego miasteczka, w którym mieszkała, przyjeżdżano w niedziele ze stolicy regionu, by popatrzeć na wychodzące z kościoła młódki. Żadna jednak nie była godna rozwiązać jej rzemyka u sandała. To było prawdziwe zjawisko! Jak wam to wytłumaczyć… Byliście w Cagnes1? Widzieliście portrety młodych dziewcząt Renoira? Tamte dziewczęta nie są prawdziwe. To istoty utkane z koloru i światła. Tak właśnie wyglądała nasza Olimpia. Jak płatek róży, na którym igrają promienie słońca… I  była prawdziwa! Marzenie, nie dziewczyna! A jakie to marzenie miało oczy i usta! Ogromne, niesamowicie czyste oczy dziecka i usta kobiety! Przecudne usta z krwi i ciała… Nasza Olimpia… Bogini pocałunków, która zstąpiła na ziemię… Wszyscy kochaliśmy ją do szaleństwa.

Po śmierci rodziców została Olimpii tylko babka, która ją uwielbiała. Zabrała ją z pensji i powierzyła opiece Palmiry — starej piastunki, która ulegała wszystkim jej kaprysom.


1 Cagnes — miejscowość we francuskim departamencie Alpes-Maritimes, gdzie w latach 1908-1919 mieszkał i tworzył Pierre-Auguste Renoir i gdzie powstało poświęcone temu malarzowi muzeum. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Nasza Olimpia
Tytuł oryginału francuskiego: Not’Olympe
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 7425

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-1-2
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 28
Wielkość pliku: 493 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-2-9
Wielkość pliku: 205 KB

Cena: 5 zł (w tym 5% VAT)

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Do pięciu wilków morskich, które co wieczór spotykały się przy aperitifie na tarasie kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie i opowiadały sobie straszne historie, dołączał czasami szósty osobnik. Wyglądał na jeszcze starszego wilka morskiego niż Zinzin (który miał za sobą dwadzieścia lat żeglugi kabotażowej w Chinach), Dorat (który niegdyś pływał jako kapitan na statkach dalekomorskich), Bagatelle (który ożenił się z Syjamką), Chanlieu (ten nicpoń Chanlieu, który swojego czasu szerzył dobrodziejstwa cywilizacji wśród tubylców w dorzeczu Nigru i Konga na zachodzie Afryki) czy kapitan Michał Alban (który zagustował w ludzkim mięsie jak bohaterowie jego historii, którzy niczym rozbitkowie z „Meduzy” spędzili kilka tygodni na tratwie, wzajemnie się podjadając, i wrócili do domów bez rąk i nóg).

Jan Józef Filibert Damour, czyli „pan” Damour, który całe życie przepracował w biurze Towarzystwa Dalekowschodnich Przewozów Pocztowych, o portach na Pacyfiku mówił, jakby to było La Varenne-Saint-Hilaire albo L’Isle-Adam. Tymczasem nigdy nie postawił stopy na pokładzie, a z Paryża wyjechał po raz pierwszy, dopiero gdy przeszedł na emeryturę. Jego ogorzała, czerstwa twarz, rozwichrzony zarost, krótka, poczerniała gliniana fajka i charakterystyczny rozkołysany chód, świadczący o tym, że nie straszna mu żadna fala, sprawiały jednak, że na jego widok każdy wołał: „O, ten to przepłynął kawałek świata!”.

Również nasze morskie wygi dały się więc nabrać i przyjęły go do swego grona, kiedy pewnego dnia podszedł do ich stolika, uchylił baskijskiego beretu z antenką i grzecznie spytał, czy może się przysiąść. Przychodził także później, a oni dopiero po kilku miesiącach zorientowali się, że Jan Józef, który przedstawił się jako kapitan i którego odtąd będą nazywać już tylko „panem” Damourem, nigdy w życiu nie podróżował.

Ten szczwany lis tak szczegółowo opowiadał o najdalszych zakątkach świata, z taką pewnością wytykał nieścisłości innym i tak doskonale znał mniej lub bardziej tragiczne dzieje różnych statków od ich narodzin aż do śmierci, że przez długi czas nie mieli się do czego przyczepić. Za to w dniu, w którym prawda wyszła w końcu na jaw — to dopiero mieli używanie! Jak można się było spodziewać, kpili z niego niemiłosiernie. Mogli się wreszcie na nim odegrać. Nie rozumieli tylko, jakim cudem po trzydziestu latach siedzenia za biurkiem dorobił się takiej marynarskiej gęby.

— Jak nic charakteryzuje się przed wyjściem z domu — orzekł kapitan Alban.

— Ani chybi — przytaknął Zinzin. — Założę się, że smaruje się pastą do butów…

Przez jakiś czas się nie pokazywał. Gdy wrócił, przyprowadził ze sobą dwudziestoletniego młodzieńca, który w przeciwieństwie do niego rzeczywiście pływał. Chłopak nie wydawał się zresztą szczególnie dumny z tego faktu. Miał anemiczną cerę i przyznawał otwarcie, że za każdym razem dopada go choroba morska.

— To mój przybrany syn, młody Wincenty Wincent. Prawdziwy marynarz! — oświadczył z dumą pan Damour.

Gdy Wincenty Wincent był w Tulonie, pana Damoura rozpierała radość: szedł wtedy nabrzeżem starego portu, kolebiąc się jeszcze mocniej niż zwykle, jakby nagle złapał wiatr w żagle.

Pewnego dnia zjawił się pijany jak bela.

— Nieźle tobą zarzuca… — skomentował ten nicpoń Chanlieu. — Gdzieżeś ty bywał, Janie Józefie?

— Byłem w Marsylii. Wsadziłem dzieciaka na statek — odpowiedział pan Damour mocno wzruszonym głosem i zaczął szlochać.

— Skoro tobie tak trudno się z nim rozstawać, a i jemu nie pali się na morze… — zaczął ostrożnie kapitan Alban. — Są przecież inne piękne zawody…

— O nie! — oświadczył tamten kategorycznie, głośno przełykając ślinę.

Nikt z obecnych mu nie zaprzeczył — wszyscy byli tego samego zdania.

— Poza tym — dodał pan Damour — nie chcę, żeby się potem z niego wyśmiewano, jak z jego przybranego ojca… Biedny dzieciak!

I znowu zaczął płakać tak rzewnie, jak to tylko potrafi pijany mężczyzna, który ma wielkie zmartwienie.

— Dalej, opowiedz lepiej, jak to naprawdę było. Ten dzieciak to twój prawdziwy syn, co? — powiedział Bagatelle, który lubił romantyczne historie.

— Nie! — ryknął tamten przez łzy. — To nie ja jestem jego ojcem! Jego ojciec został zamordowany!

— Biedny dzieciak… — odezwał się Zinzin, żeby cokolwiek powiedzieć.

— No biedny, biedny! Bo wiecie… jego matka…

— Co jego matka?

— Jego matka też została zamordowana!

— O do licha! — zaklął Bagatelle.

— To dopiero straszna historia! — wykrzyknął Zinzin.

— Straszniejsza od tych, które od was słyszałem… — czknął pan Damour.

— To się dopiero okaże! — odpowiedział kapitan Dorat. — Na czym jak na czym, ale na strasznych historiach to się tutaj znamy…

— Na pewno nie jest straszniejsza od historii Michała — orzekł Zinzin.

— A ja wam mówię, że jest! Tylko nic nikomu nie mówcie! To tajemnica… — czknął znowu tamten.

— Przestań płakać i opowiadaj — zachęcił kapitan Alban. — Od razu ci się zrobi lepiej.

— Wielkie mi co! — prychnął pogardliwie Chanlieu. — Że komuś zamordowano rodziców… Takie rzeczy zdarzają się codziennie! Ja nie widzę w tym nic strasznego! Kim byli mordercy?

Pan Damour otarł łzy chustką w kratę i odpowiedział:

— Nie było morderców.

— Jak to? Zostali zamordowani i nie było morderców…?

— To właśnie było najstraszniejsze… — westchnął pan Damour.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Gwiazdka Wicusia Wincenta
Tytuł oryginału francuskiego: Le Noël du petit Vincent-Vincent
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3758

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-9-8
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 18
Wielkość pliku: 527 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-0-5
Wielkość pliku: 215 KB

Cena: 5 zł (w tym 5% VAT)