Tag Archives: lata 2010

„Dziennik pisarza w piżamie”

« Journal d’un écrivain en pyjama » | Dany LaferrièreSą obrazy, które trzymają czytelnika za kark i wtykają mu nos w książkę, tak że wydaje mu się, że czyta nie książkę, lecz samego pisarza. Widzi się wtedy opatulonego w pelisę, spędzającego całe dnie w łóżku Prousta. Hemingwaya ze strzelbą myśliwską albo z wielkim kubańskim cygarem na łodzi rybackiej. Staruszka Millera grającego w ping-ponga ze striptizerkami. Gertrudę Stein (z drapieżną szczęką i szeroko rozstawionymi nogami) patrzącą rozmówcy prosto w oczy i mówiącą mu, że nie cierpi jego powieści. Mishimę, któremu kochanek odcina głowę. Güntera Grassa i suty wąs, nadający mu wygląd półgłówka. Roześmianego Jamesa Baldwina w objęciach Marlona Brando. Wirginię Woolf i jej śmiertelnie znużone spojrzenie. Borgesa siedzącego samotnie w hotelowym korytarzu z laską ślepca między nogami. Tołstoja w chłopskim kaftanie. Nieznanego (jak żołnierza) pisarza… w piżamie.


Dziennik pisarza z piżamie (Journal d’un écrivain en pyjama), Danny Laferrière, Mémoire d’encrier, 2013. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„O sztuce zanudzania opowieściami o swoich podróżach”

« De l'art d'ennuyer en racontant ses voyages » | Matthias DebureauxUpierdliwy, kto jak Ulisses zwiedził piękne kraje. Na kilku snujących barwne opowieści złotoustych, iluż przypada bowiem nudziarzy i natrętów! Iluż było mitomańskich Kartagińczyków, bajdurzących niestrudzenie o swoich wypadach na słoniach! Iluż trącających się rogami i roniących miód pitny Wikingów, rozpamiętujących z lubością swoje gwałty pod rozgwieżdżonym niebem! Iluż rycerzy, umiejących zepsuć najwspanialszą ucztę swoimi przydługimi monologami o wyprawach krzyżowych i autorskich metodach zarzynania Saracenów! Iluż powracających z Santiago de Compostela pielgrzymów, obnażających z dumą swoje umęczone stopy! Czy ktoś pomyślał, jakie męki cierpieli towarzysze niewoli Marca Polo, bombardowani jak dzień długi opowieściami o jego przejściach na jedwabnym szlaku? Czy ktoś się zastanowił, jaki koszmar przeżywały żony marynarzy żeglujących z Krzysztofem Kolumbem? W kółko to samo ględzenie przez całe życie!

W XIX wieku sytuację pogorszyły dodatkowo popularyzacja podróży dla przyjemności i narodziny turystyki. Przestano odkrywać, zaczęto zwiedzać. Romantyczne mieszczuchy ruszyły w Wielki Objazd. Obznajomieni z Orientem, Florencją czy brzegami Nilu zaczęli nagle nabierać w oczach modnej socjety szlachetnego, głębokiego blasku. Podróż do Włoch stała się wizytówką człowieka wrażliwego i „smarem” ułatwiającym kontakty społeczne. Kimże jest jednak podróżnik? „Człowiekiem, który szuka drugiego do rozmowy na drugim końcu świata” – odpowiada Jules Barbey d’Aurevilly.

Już w 1890 roku autor brytyjskiego podręcznika dobrych manier przestrzegał szanującego się dżentelmena: „Jeśli podróżowałeś, nie trąb o tym na każdym kroku. Podróżować może każdy, kto tylko ma trochę pieniędzy i wolnego czasu”. Kilka lat później wędrująca po świecie Vita Sackville-West określiła podróże mianem najprymitywniejszej z rozrywek. Powieściopisarka Colette twierdziła, że potrzebują ich jedynie ludzie o ubogiej wyobraźni. Montherlant zaś, który sam sporo jeździł, uznawał je za pensjonarskie fanaberie.

Każdy, kto musiał kiedyś dotrwać do końca szczegółowej relacji z wyprawy we dwoje do Jakucji, zna ten ból. Po powrocie do kraju upojony majestatem przyrody i magią spotkań globtroter ma tylko jeden cel: zamęczyć nas swoimi anegdotami, refleksjami i mądrościami. Będzie odmalowywał słowami najpiękniejsze, najodleglejsze raje. Czyli: nudy na pudy. Arsenał podróżnika jest niewyczerpany. A antidotum na podróżnicze nudziarstwo niestety brak. Wracającemu z dalekich wojaży delikwentowi należałoby zafundować przymusową kwarantannę. Co najmniej dwanaście godzin w komorze wytrzeźwień. Lecz cóż. Nawet wtedy, po dobrych paru miesiącach, ba, latach, znów zebrałoby mu się na wspominki. Pamięć o podróżniczej odysei jest bowiem jak wieczny ogień: nigdy nie gaśnie.


O sztuce zanudzania opowieściami o swoich podróżach (De l’art d’ennuyer en racontant ses voyages), Matthias Debureaux, Allary Éditions, 2015. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Leksykon dla miłośników Marcela Prousta”

Dictionnaire amoureux de Marcel ProustAstma

Owa przypadłość oddechowa – „święta choroba”, którą lekarze zwali niegdyś meditatio mortis, czyli przygotowaniem do śmierci – była w życiu Marcela Prousta wielkim problemem, choć przez przekorę wobec Sainte-Beuvea (a może przesądność?) narrator W poszukiwaniu straconego czasu cierpi na nią jedynie w umiarkowanym stopniu. Poza marginalnymi wyjątkami (bohaterami opowiadań Obojętny i Koniec zazdrości) w całym dziele Prousta pojawia się zaledwie jedna jawnie dychawiczna postać: ciężarna dziewczyna kuchenna z Combray, którą Swann z powodu jej „energicznej i pospolitej” twarzy porównuje do Caritas Giotta. Czyżby nieszczęsna dusiła się jak pisarz, który powołał ją do życia, i została obdarowana chorobą swojego stwórcy, by zasugerować niejakie podobieństwo między pisaniem i rodzeniem dzieci? Tak przynajmniej twierdzono…

A poważniej: tak obecna w korespondencji Marcela astma, którą on sam za lekarzem swojej babki nazywał „mentalną albuminurią”, była dla niego przede wszystkim wyrokiem losu: tak już musi być, zdaje się mówić dręczony bezsennością i napadami duszności Marcel, bo lepiej niż ktokolwiek inny wie, że „prosić swoje ciało o litość to jakby dyskutować z żarłaczem ludojadem”.

Rzecz jasna Proust nie jest jedynym astmatykiem w literaturze; jest jednak na pewno tym, który instynktownie najlepiej uchwycił związek między „brakiem tchu” a uczuciem emocjonalnego braku czy opuszczenia. Jeszcze zanim dopadła go zgraja freudystów, sam odgadł, że niewydolność oddechowa, której pierwsze objawy zbiegły się w czasie z wejściem w wiek szkolny jego brata, była dla niego swoistym sposobem na przywołanie „mamy”, na sprawdzenie, czy nadal jest dla niej najważniejszy, na wyproszenie od niej kolejnego wieczornego pocałunku („Wolę już mieć napady i być ci miłym, niż być ci niemiłym i ich nie mieć”). W każdym razie astma tak niepodzielnie rządziła życiem Marcela i narzucała mu tyle nawyków, że aż kusi, by powiedzieć o nim to, co on sam powiedział o krewnej Roberta de Flersa: „Lecząc się, wprawiała się w tak ciężką chorobę, że pewnie lepiej by dla niej było, gdyby po prostu zdecydowała się cieszyć dobrym zdrowiem”. Nie zapominajmy jednak, że dziś astmę leczy się skuteczniej kortykosterydami niż psychoanalizą, co niejako dezaktualizuje rozwlekłe, swoją drogą niezwykle zabawne, edypalne interpretacje ataków nękających Prousta.

Ciekawsza i trudniejsza do rozwikłania jest stale powracająca kwestia związku między astmą Marcela a jego stylem pisania. Nie sięgając nawet do głośnej pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku dysputy między Reném Étiembleem i Georgesem Rivanneem (czyli gramatykiem, który nie miał pojęcia o medycynie, i lekarzem, który nic nie rozumiał z gramatyki), można z pewnością stwierdzić, że Proust, który ma krótki oddech, buduje długie zdania. I że braknie mu tchu, lecz nie natchnienia. Liczne, przerywające tok jego wypowiedzi „ale” i „bądź” wskazują, że swoją weną twórczą chce sięgać dalej, niczym tonący pływak, który reszkami sił zagarnia wodę, próbując dotrzeć do nieosiągalnego brzegu.

Czy płynie stąd wniosek, że pisarz, który z trudem oddycha, wymaga od języka rozmachu i swobody, na które nie pozwalają mu płuca? Niewykluczone. Czy wobec tego należałoby uznać, że pisarze o płucach jak dzwon, dajmy na to Hemingway czy Maupassant, programowo piszą krótkimi zdaniami (akurat w przypadku tych dwóch teza ta byłaby niedaleka od prawdy)? Rzecz do zbadania…

Tak czy owak, nie ma nic bardziej poruszającego niż zmagania Marcela z chorobą. I nic bardziej dojmującego niż jego kolejne medyczne eksperymenty: z perełkami azotynu amylu, pigułkami Trousseau, jodkami, belladonną, eukaliptusem, adrenaliną wdychaną za pomocą gumowej gruszki. Albo niż wyłaniająca się w trakcie lektury jego korespondencji mapa oddechowa, która kształtuje jego wyobrażenie przestrzeni jeszcze bardziej niż dwie strony Combray („Gdzie można spotkać więcej astmatyków: wokół Parku Monceau czy przy Dworcu Świętego Łazarza?”, „Jak się oddycha przy rue de Rivoli?”, „Czy wiosną jest wskazana podróż pociągiem?” itp.).

W rzeczywistości astma (i związana z nią pamięć immunologiczna) wyczuliła Prousta na świat zewnętrzny. Zmusiła go do podejrzliwego analizowania zapachów i kuchennych woni oraz rozpoznawania zwiastujących je drobinek i odgłosów. W tym sensie astma była dla Marcela (tak jak zazdrość, z której wzięła swój początek) dobroczynną muzą, cudowną szkołą odczuwania i dociekania, a przez to – pisania powieści. Trzeźwo myślący, mający brata i ojca lekarza, wertujący uczone rozprawy o oskrzelach i pyłkach kwiatowych Proust zastanawiał się nawet czasem, czy astma nie uchroniła go przed groźniejszymi – a do tego o wiele nudniejszymi – dolegliwościami.


Leksykon dla miłośników Marcela Prousta (Dictionnaire amoureux de Marcel Proust), Jean-Paul Enthoven, Raphaël Enthoven, Plon / Grasset, 2013.

„Dorastanie”

Grandir Sophie FontanelLudzie pytają, jak się mam, a ja odpowiadam, jak się ma moja matka. Siedzę w kawiarni przy place de la Bastille z przyjacielem, który mnie rozumie. To mężczyzna o wielkiej inteligencji, choć to nie inteligencja jest chyba tutaj najważniejsza. Kilka lat temu jego dziecko było o krok od śmierci. To raczej stąd bierze się jego empatia: z faktu, że kiedyś przestraszył się utraty miłości, że drżał o życie inne niż swoje. Uczy filozofii. Opowiadam mu o swojej matce, a on z nieskończoną czułością spuszcza oczy i cytuje Jankélévitcha, dla którego starość i śmierć była „usunięciem nieusuwalnego”.

Słysząc, jak w ten sposób nazywa ściskającą mnie za gardło niezgodę, odkrywam przed nim to, co taję przed innymi znajomymi. Że nie wiem, czy wytrzymam. Że wieczorem jestem cała połamana. Wszystko mnie boli, nawet paznokcie. Moje ciało ma teraz tyle lat, co moja matka i ja łącznie: sto trzydzieści sześć. Rano nie mogę zrobić kroku, tak kruche mam nogi – jak wszystkie kolosy, jak wszyscy ci, którzy mierzą siły na zamiary. Muszę przecież być bohaterką, skoro chcę oddalić śmierć. Mówię mu, że z ciężkim sercem patrzę, jak moja matka staje się dzieckiem – dzieckiem, któremu się tłumaczy, którym trzeba pokierować, które się karmi, pieści i przewija. I że, szczęście w nieszczęściu, mogę z nią teraz zrobić wszystko. Wszystko, tylko nie przywrócić jej siły. Ja, która nie mam dzieci, powtarzam w kółko: „Ona jest jak dziecko… zupełnie jak dziecko”. On zaś, który ma dziecko i niemal je stracił, wyjaśnia: „Nie. To nie to samo. Widzisz, przy dziecku twoim zadaniem jest wydobyć je z zależności. To więcej niż zadanie: to misja. Chociaż nie, czekaj… To nawet więcej niż misja: to przeznaczenie. Dziecko to ktoś, kogo czynisz samodzielnym. Dziecko cię opuści, żeby żyć. Dziecko ma szanse, żeby żyć – nawet jeśli jest chore, nawet jeśli kiepsko sobie radzi. Możesz w to wierzyć. Do końca możesz myśleć, że jeśli tylko wyzdrowieje, będzie uratowane, że jeśli tylko zda maturę, będzie uratowane, że jeśli tylko nauczy się budować więzi, będzie uratowane. A twoja mama? Dokąd ją prowadzisz? To ty wychodzisz z zależności, nie ona. Do końca będziesz dzieckiem, które ona usamodzielnia. Jako matka. Nie buntuj się, pozwól jej na to, bo ona w ten sposób dopełnia twojego wychowania”.


Dorastanie (Grandir), Sophie Fontanel, Robert Laffont, 2010. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Pracownia naprawiania życia”

Pan Mike

Pracownia naprawiania życia Valérie Tong CuongŻyło się więc pomalutku, o ile w ogóle można tak powiedzieć, bo życie na ulicy ma jednak pewne niedogodności (niepogoda, łupanie w krzyżu od siedzenia przez cały dzień trzydzieści-czterdzieści centymetrów nad ziemią albo od dreptania w miejscu na stojaka), w sumie jednak nie można było narzekać, najeść się można było lepiej niż w wojsku, i to wszystkiego: jogurtów, serów, wędlin, warzyw i innych wiktuałów, które wyrzucano co wieczór ze sklepu jeszcze w opakowaniu (błogosławione niech będą daty przydatności do spożycia!).

Kosze ze śmieciami wyjeżdżały z supermarketu o dziewiętnastej. Wiara zaczynała się schodzić już od osiemnastej trzydzieści. Rumuni, emeryci, młodziaki z psami, biedota i matki żywicielki rodziny. Chochlik ustawiał się tuż za drzwiami, żeby mieć pewność, że się obsłuży pierwszy. Mężczyźni stali wzdłuż chodnika z rękami w kieszeniach. Kobiety zbijały się w małe grupki i, korzystając z okazji, wymieniały się najnowszymi wieściami i grzecznościowymi całusami, jednocześnie kątem oka czujnie obserwując drzwi. Gdy tylko pojawiały się kontenery, kończyły się przyjaźnie: wiara się cisnęła, rozpychała łokciami, zębami i pazurami walczyła o co lepsze kąski. Ja spokojnie czekałem. Stali bywalcy przynosili mi swoje zdobycze: „To dla pana, panie Mike, niech pan bierze, panie Mike”. Zawsze najprzedniejszy towar. Cóż, takie są korzyści, kiedy się ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i posturę Rocky’ego Balboi, to budzi szacunek, ale uwaga, niewiele z tego zawdzięczałem naturze, może wzrost, ale na resztę zapracowałem sam: ciężary, pompki w seriach po sześćdziesiąt, podciąganie na drążku, marsze forsowne przy trzydziestu ośmiu stopniach w cieniu, w kamaszach z odklejonymi podeszwami, z piętnastoma kilogramami sprzętu na grzbiecie – bo tylko tak zostaje się szefem, a nie macając kury w kurniku.

Rzecz jasna, przez te osiem miesięcy nieco straciłem na prezencji. Browar zmiękczył mi kaloryfer i przygiął kręgosłup. Ale prawdziwy kapitan nie przestaje być kapitanem, nawet kiedy idzie na dno razem z innymi rozbitkami. A ofiar losu, trzeba przyznać, było wokół pełno, marniały ludziska w oczach. Dajmy na to Bretończyk: chłop sprowadził się po wakacjach wręcz kwitnący, a już na Boże Narodzenie rodzona matka by go nie poznała. Albo Artysta, co to rysował kredą na chodniku, mizerota: w dwa miesiące rozłożyła go na łopatki paskudna grypa. A Moko, repatriant z Algierii? Zawsze w wytartym zielonym lodenowym płaszczu i kaszkiecie w kratkę, z co do włoska przystrzyżonymi kosmykami zachodzącymi na policzki, był prosty jak struna, kiedy się u nas pojawił, aż po którejś bani zaliczył glebę, wylądował na pogotowiu i tyle go widziano. Więc i tak trzymałem się całkiem nieźle. Najtrudniej było nie myśleć. Móżdżenie rozpirza człowieka gorzej niż mina przeciwpancerna. Dlatego tyle nawijałem. Z przechodniami, z Chochlikiem, z ochroniarzami z supermarketu, ze streetworkerami, z mieszkańcami domu. Ci ostatni za mną nie przepadali, przechodzili pośpiesznie, żeby jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć o moim istnieniu, albo szeptali między sobą zniesmaczeni, mijając się na klatce: – I co? On wciąż tu jest? Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszystko można zrozumieć, ale są przecież jakieś granice, ten zapach, brud, no i alkohol, musimy myśleć o dzieciach, co to dla nich za przykład, do tego to piwsko! Gdyby chociaż nie pił i siedział cicho, ale nie, musi wtrącić swoje trzy grosze za każdym razem, kiedy ktoś przechodzi! On chyba nie wie, co to jest własność prywatna! Są przecież miejsca dla takich jak on! W tej bramie jest mu za wygodnie, ot, cały problem!


Pracownia naprawiania życia (L’atelier des miracles), Valérie Tong Cuong, Amber, 2014. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.