Tag Archives: lata 2000

„Proust–Visconti”

« Proust–Visconti : histoire d'une affinité élective »Wielu z nas próbowało sobie wyobrazić, co znalazłoby wyraz w innym filmie widmie: niezrealizowanej przez Luchina Viscontiego ekranizacji W poszukiwaniu straconego czasu, podzielając zdanie Antoine’a Compagnona, że „reżyser Zmysłów, Geparda i Niewinnych (nakręconych na podstawie powieści Gabriela d’Annunzia) prawdopodobnie lepiej poradziłby sobie z niejednoznacznością rozpiętego między dwoma stuleciami dzieła Marcela Prousta2 niż twórcy filmowi, którzy podjęli się tego ryzykownego przedsięwzięcia. Fascynację tę tłumaczy częściowo obsada filmu, która zapowiadała się niezwykle spektakularnie. Barona de Charlusa miał zagrać Marlon Brando (wybór, który nie dziwił nikogo, kto znał geniusz tego aktora lub widział, jak w Gepardzie przypominający kowboja Burt Lancaster zamienia się w sycylijskiego księcia). Narratorem byłby Alain Delon, księżną de Guermantes – Silvana Mangano, a Franciszką – Simone Signoret. Wiele emocji wzbudziła pogłoska o niespodziewanym powrocie na ekrany legendy kina Grety Garbo, która miała się wcielić w rolę królowej Neapolu, największej z arystokratek sportretowanych w powieści (Garbo rzeczywiście zgodziła się wystąpić w filmie, wycofała się jednak po tym, jak Visconti przedwcześnie i z wielkim hukiem podał ten fakt do publicznej wiadomości). O atrakcyjności niezrealizowanego projektu Luchina Viscontiego stanowi jednak nie tyle plejada gwiazd, które po raz pierwszy spotkałyby się na planie filmowym, czy śmiałość wyzwania, którym byłoby bezsprzecznie napisanie scenariusza – inaczej adaptacje Volkera Schlöndorffa (Miłość Swanna) i Raúla Ruiza (Czas odnaleziony), z których każda ma znakomitą obsadę, wycyzelowany scenariusz i wystawną scenografię, oddziaływałyby równie silnie.

Tym, co sprawia, że długo jeszcze myśleć będziemy o filmie, który nigdy nie powstał, jest raczej niezwykłe podobieństwo łączące Luchina Viscontiego i Marcela Prousta. Urodzony w 1906 roku, siedem lat przed ukazaniem się W stronę Swanna, Luchino Visconti di Modrone to najprawdziwszy Guermantes – potomek rodu, który przez dwa stulecia władał Mediolanem, wzniósł tamtejszą katedrę i odegrał kluczową rolę w historii najsłynniejszej sceny operowej świata, Teatro alla Scala. „Zupełnie jak narrator W poszukiwaniu straconego czasu – pisze w wyśmienitej biografii filmowca Laurence Schifano – każdego wieczoru, a już zwłaszcza wtedy, gdy rodzice przyjmowali gości, Luchino wyczekiwał chwili, gdy usłyszy kroki swojej matki i szelest jej jedwabnej sukni na schodach […]”3.

Między życiorysami obu artystów można znaleźć zbieżności i analogie, o których nikt by dziś nie pamiętał, gdyby nie idące za nimi frapujące artystyczne pokrewieństwo. W obu biografiach pojawiają się lamperie z hotelu Ritz oraz, poznani w salonach dzielnicy Saint-Honoré, gościnna przyjaciółka artystów Misia Sert i poeta Jean Cocteau. Ciekawym zbiegiem okoliczności w Nie ma Albertyny pojawia się nawet „markiz Visconti-Venosta”4. Życie obu rozjaśniała gwiazda niezapomnianych artystek: Visconti zaprosił na deski operowe Marię Callas, Proust scalił w jedną wspaniałą postać – Bermę – Sarę Bernhardt i Réjane. Obaj przeżyli podobny dramat: tragiczną śmierć pracownika. Kiedy samolot Alfreda Agostinelliego, kierowcy, którego darzył wielkim uczuciem, rozbił się nad Morzem Śródziemnym, Prousta przytłoczył smutek i „poczucie winy, bo gdyby Alfred go nie poznał, nie dostałby tyle pieniędzy i nie nauczyłby się latać”5. Młody hrabia Visconti zaś winił się za śmierć kierowcy z rodzinnego zamku w Grazzano, który zginął w nieszczęśliwym wypadku w dniu, w którym zmusił go do wyjazdu: „Czuł się do tego stopnia odpowiedzialny, że aż do śmierci wypłacał rentę rodzinie zmarłego. […] Chciał całkowicie zatracić się w samotności i pokucie, unicestwiając wszystko, czym do tej pory był. Żadna kara nie była wystarczająca, by odkupić jego winę”6.

Lecz przecież „życiorys nie wyjaśnia wszystkiego: nie wyjaśnia geniuszu”7. Powyższe fakty miałyby jedynie anegdotyczne znaczenie, gdyby nie widoczne na pierwszy rzut oka podobieństwo charakterystycznych dla obu twórców motywów, takich jak rozpamiętywanie i mitologizowanie czasów dzieciństwa, odmalowywanie świata skazanego na zagładę, Wenecja czy wreszcie „przeklęty ród” inwertytów. Gilles Deleuze sporządza następujący spis „tematów łączących Viscontiego z Proustem”: „kryształowy świat arystokracji; jego wewnętrzny rozpad; wielkie wydarzenia historyczne widziane ze specyficznej perspektywy (sprawa Dreyfusa, I wojna światowa); spóźniona świadomość straconego czasu, pozwalająca jednak nadać sztuce jedność i odnaleźć czas; warstwy społeczne definiowane na podstawie duchowej wspólnoty, a nie pochodzenia…”8.

W 1969 roku, w rozmowie na temat swojego przyszłego filmu, Visconti opowiadał: „Interesuję się Proustem od pięćdziesięciu lat. W poszukiwaniu straconego czasu odkryłem jako bardzo młody człowiek. Pewnego dnia zobaczyłem ojca zatopionego w lekturze jakiejś właśnie sprowadzonej z Paryża książki. Było to koło roku 1920. Książka nosiła tytuł W stronę Swanna, została wydana przez Gallimarda i miała skromną, kremowobiałą okładkę z czarno-czerwonym obramowaniem. Spostrzegłszy, że dziwi mnie, co go w niej tak zainteresowało, ojciec przestał na chwilę czytać i wyznał, że za każdym razem, gdy przewraca kartkę, cierpi na myśl o tym, że ta fenomenalna powieść wkrótce się skończy.”

Trudno nie widzieć w tym, nadzwyczaj proustowskim, zdającym się wypływać z samej materii książki, wspomnieniu czegoś w rodzaju sceny pierwotnej. W późniejszym czasie doskonale znający francuski Visconti będzie zawsze zabierał ze sobą na wakacje któryś z tomów W poszukiwaniu straconego czasu. Jak pisze Jean-Yves Tadié, „biografowie często zapominają o tym, że w życiu przyszłego pisarza [tutaj zaś przyszłego filmowca] przeczytane książki mają większe znaczenie niż spotkani ludzie; rozwodzą się na temat przygodnie poznanej pani domu, słowem nie wspominając o Racinie czy Balzacu”9. Lektura W poszukiwaniu straconego czasu była bez wątpienia jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu Viscontiego; można też śmiało powiedzieć, że tworzył po części po to, by zapobiec skończeniu się tej „fenomenalnej powieści”. W jego filmach pojawiają się w różnych wcieleniach Swann i Odeta, narrator i Albertyna, Charlus i Morel; słychać sonatę Césara Francka, pierwowzór sonaty Vinteuila; widać Ryszarda Wagnera i siostrę królowej Neapolu, Elżbietę Bawarską; panie Verdurin zostają księżnymi de Guermantes i całe światy odchodzą w niebyt w trakcie jednego wytwornego przyjęcia.


2Antoine Compagnon, Proust entre deux siècles, Seuil, Paryż 1989, s. 24. (Ten cytat i wszystkie następne w moim przekładzie – przyp. tłum.)

3Laurence Schifano, Visconti, les feux de la passion, Flammarion, Paryż 1987, str. 69 (wydanie polskie: Luchino Visconti: ogień namiętności, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010, tłum. Elżbieta Radziwiłłowa).

4Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu (La recherche du temps perdu), t. IV, red. Jean-Yves Tadié, seria „Bibliothèque de la Pléiade”, Gallimard, Paryż 1987-1989, s. 216.

5Jean-Yves Tadié, Marcel Proust, seria „Biographies”, Gallimard, Paryż 1996, s. 731.

6Laurence Schifano, op. cit, s. 126-127.

7Brian Rogers i Jean-Yves Tadié, wstęp do Miłości Swanna (Un amour de Swann), W poszukiwaniu straconego czasu (La recherche du temps perdu), t. I, s. 1181.

8Gilles Deleuze, Cinéma 2. L’Image-Temps, Minuit, Paryż 1985, s. 128 (polskie wydanie: Kino, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2008, tłum. Janusz Margański).

9Jean-Yves Tadié, op. cit., s. 75.


Proust-Visconti: powinowactwo z wyboru (Proust–Visconti : l’histoire d’une affinité élective), Florence Colombani, Philippe Rey, 2006. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Sto leczniczych powieści”

Ty go kochasz, a on ciebie nie

OBJAWY

Jesteś zakochana, myślisz tylko o nim. Godzinami wyczekujesz pod telefonem. Na jego widok cała drżysz. Dziesiątki razy śniło ci się, że wychodzisz za niego za mąż. To mężczyzna twojego życia. Problem w tym, że on o tym nie wie lub niewiele go to obchodzi. Nie wpadaj w panikę. Twoje schorzenie jest dość powszechne.

ŚRODKI ZARADCZE

Literatura dostarcza wielu wspaniałych przykładów na to, że twoja przypadłość to jedna z „rzeczy na świecie najlepiej podzielonych”. Ale uwaga: możliwych jest kilka wariantów. Ty go kochasz, a on ciebie nie (i właśnie dlatego go kochasz). Albo: ty go kochasz, a on ciebie chyba nie. Albo: kochasz go i jesteś święcie przekonana, że on ciebie nie (tymczasem nie masz racji). Każdy z tych wariantów wymaga co prawda dłuższego omówienia, ale trudno: warto poświęcić na to trochę czasu, bo problem jest naprawdę ważki. Nie miej mi przy tym za złe, drogi czytelniku, że przyjmę kobiecy punkt widzenia – dokonaj po prostu transpozycji odpowiedniej dla swojego rodzaju. Niechaj ten jeden raz płeć żeńska weźmie górę nad męską.

Kochasz mężczyznę, który cię nie kocha

„Sto leczniczych powieści”, Stéphanie Janicot, Albin Michel, 2008. Okładka.

A nawet wybrałaś go (nieświadomie) właśnie z tego powodu. Opowiem ci historię, która doskonale ilustruje ową ludzką skłonność do zadurzania się w kimś, kto nie odrywa oczu od kogoś innego. W skrócie brzmi ona tak: Rhett kocha Scarlett, która kocha Ashley’a, który kocha Melanię. Zgadłaś! To oczywiście oś fabuły Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Najciekawsza jest sytuacja Scarlett. Dlaczego? Bo Scarlett upiera się, że zdobędzie mężczyznę, który zupełnie do niej nie pasuje, tylko dlatego, że ten kocha inną. Panowie są bardziej konsekwentni. Rhett ma wszelkie powody ku temu, żeby kochać Scarlett: są do siebie podobni. Tak samo Ashley: Melania jest dla niego stworzona, a do tego odwzajemnia jego uczucie. Tak więc obdarzona ognistym temperamentem i wyzuta z moralnych skrupułów Scarlett próbuje uwieść prawego do granic nudności Ashley’a (imiona bohaterów są zresztą nieprzypadkowe: „ash” to po angielsku „popiół”, a „scarlett” – „szkarłat”). Czytelnik jako zewnętrzny obserwator widzi doskonale, że upór Scarlett jest bezcelowy. I tak nigdy nie stworzyłaby z Ashley’em udanego związku. Jednak jak my wszystkie jest tak skoncentrowana na spotykającym ją miłosnym zawodzie, że nie dopuszcza tego do świadomości. Jeśli jesteś zatem w tym samym położeniu co Scarlett i zabrnęłaś w ślepy zaułek, zakochując się w kimś, kto nie jest dla ciebie, uważaj: możesz zmarnować życie i przegapić przystojnego Rhetta, który byłby dla ciebie jak znalazł. Skąd masz wiedzieć, spytasz, że dotyczy cię ten wariant, a nie kolejny, o wiele bardziej optymistyczny? Zasięgając opinii wokół siebie, spisując na kartce cechy jego i swoje albo robiąc jeszcze coś innego – a bo ja wiem? Nie dostarczę ci testu, który pozwoliłyby sprawdzić, czy kierujesz swoje uczucia do właściwej osoby. Mogę cię tylko przestrzec. Jeśli naprawdę cię nie kocha, nie trać na niego czasu. Przeczytaj (po raz pierwszy lub kolejny) Przeminęło z wiatrem i zacznij rozglądać się za kimś innym.

Kochasz go i sama już nie wiesz, czy on ciebie też

Tobie zaś, duszo dręczona niepewnością pierwszych miłosnych porywów, doradzam lekturę całej, jednakowo dobroczynnej, twórczości Jane Austen. Odniesiesz bowiem równy pożytek, czytając każdą z sześciu największych powieści tej angielskiej autorki, posiadającej niezwykły wprost talent do wydawania za mąż swoich młodych bohaterek (mimo tego, że sama przez całe życie była niezamężna). W twoim przypadku przydadzą się zwłaszcza trzy pozycje. Na początek oczywiście Mansfield Park. Młoda, uboga dziewczyna zostaje przygarnięta przez zamożnego wuja. Zakochuje się w jednym ze swoich kuzynów, Edmundzie. Czuje się niegodna jego miłości i nie wierzy, że ich związek mógłby dojść do skutku, zwłaszcza że jego rodzice liczą dla niego na dobry (czytaj: bogaty) ożenek. Śledzącemu liczne perypetie miłosne tej pary czytelnikowi rzeczywiście trudno uwierzyć, że szala zwycięstwa w końcu przechyli się na stronę Fanny. A jednak! Tak miło jest czytać historie, które źle się zaczynają i dobrze kończą. Nie wahaj się więc sięgnąć następnie (po raz pierwszy lub kolejny) po Dumę i uprzedzenie, gdzie inteligentna, lecz uboga i przekonana o własnej pospolitości dziewczyna nie śmie nawet marzyć, że uda jej się zdobyć mężczyznę przystojnego, bogatego i inteligentnego (czyli pana Darcy’ego, jednego z najbardziej ujmujących bohaterów powieści). A jednak! Na koniec zaś możesz przejść do moich ulubionych Perswazji, w których to Anna – już nie dziewczyna, lecz młoda kobieta – spotyka po latach drogiego sercu mężczyznę, któremu w młodości odmówiła ręki. Ona wciąż jest wolna. On szuka żony. Ona myśli, że on żywi do niej urazę. On sprawia wrażenie, że interesuje się inną. Szanse na to, że się zejdą po latach, wydają się nikłe. A jednak! Ach, droga zakochana czytelniczko, doprawdy możesz się zabrać do lektury książek Jane Austen z zamkniętymi oczami. (Choć to, przyznaję, raczej mało praktyczne.)

Przeciwwskazania

Jeśli dotyczy cię pierwszy z wymienionych wariantów, obawiam się, że lektura Jane Austen zamiast sprowadzić cię na ziemię tylko przedłuży u ciebie stan błogiego rozmarzenia. Dlatego najpierw postaw właściwą diagnozę, a dopiero potem zacznij autoterapię. Wiadomo przecież, że lecząc jedną chorobę, można utrwalić, a nawet wywołać, drugą.

Kochasz go i myślisz, że on ciebie nie

Znajdujesz więc sobie innego i wszystko zaprzepaszczasz, podczas gdy on, jak się okazuje, jednak cię kochał. Głupie, co? Aby uniknąć tego rodzaju błędów, przestudiuj fragment Wojny i pokoju Lwa Tołstoja. Lektury całości nie mam odwagi ci zaproponować, bo odparłabyś pewnie, nie bez racji zresztą, że opisy bitew napoleońskich nijak nie mogą ulżyć twemu miłosnemu cierpieniu, chociaż… Cóż, pozwól, że przedstawię ci młodziutką, porywczą Nataszę. Natasza kocha się w księciu Andrieju, z którym w końcu szczęściem się zaręcza. Mają się pobrać następnego roku, kiedy książę wróci z wojny. Natasza jest młoda. Liczy dni i godziny. Książę nie pisze. Wmawia więc sobie, że o niej zapomniał. Z żalu, przez lekkomyślność, a być może tylko z winy swojego młodego wieku, daje się zbałamucić Anatolowi, mężczyźnie frywolnego usposobienia. Ich ucieczka wywołuje skandal. Książę Andriej zaś, uosobienie stałości i wierności, zrywa zaręczyny. Natasza wypłakuje oczy. Traci miłość swojego życia, bo zabrakło jej wiary i wytrwałości. Jest dokładnym przeciwieństwem Scarlett: zbyt szybko porzuca nadzieję, że jej marzenia się ziszczą.

I jak tu być mądrą? Mieć nadzieję czy może sobie odpuścić? Jeśli nie masz nikogo, kto by ci doradził, wypróbuj wszystkie trzy czytelnicze tropy i przekonaj się sama, która z bohaterek jest ci najbliższa. Przynajmniej zamiast ślęczeć przy telefonie i błagać, żeby zadzwonił, zajmiesz się czytaniem.


Sto leczniczych powieści na (prawie) wszystkie bolączki (Cent romans de première urgence pour (presque) tout soigner), Stéphanie Janicot, Albin Michel, 2008. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.