„Gwiazdka Wicusia Wincenta”

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Do pięciu wilków morskich, które co wieczór spotykały się przy aperitifie na tarasie kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie i opowiadały sobie straszne historie, dołączał czasami szósty osobnik. Wyglądał na jeszcze starszego wilka morskiego niż Zinzin (który miał za sobą dwadzieścia lat żeglugi kabotażowej w Chinach), Dorat (który niegdyś pływał jako kapitan na statkach dalekomorskich), Bagatelle (który ożenił się z Syjamką), Chanlieu (ten nicpoń Chanlieu, który swojego czasu szerzył dobrodziejstwa cywilizacji wśród tubylców w dorzeczu Nigru i Konga na zachodzie Afryki) czy kapitan Michał Alban (który zagustował w ludzkim mięsie jak bohaterowie jego historii, którzy niczym rozbitkowie z „Meduzy” spędzili kilka tygodni na tratwie, wzajemnie się podjadając, i wrócili do domów bez rąk i nóg).

Jan Józef Filibert Damour, czyli „pan” Damour, który całe życie przepracował w biurze Towarzystwa Dalekowschodnich Przewozów Pocztowych, o portach na Pacyfiku mówił, jakby to było La Varenne-Saint-Hilaire albo L’Isle-Adam. Tymczasem nigdy nie postawił stopy na pokładzie, a z Paryża wyjechał po raz pierwszy, dopiero gdy przeszedł na emeryturę. Jego ogorzała, czerstwa twarz, rozwichrzony zarost, krótka, poczerniała gliniana fajka i charakterystyczny rozkołysany chód, świadczący o tym, że nie straszna mu żadna fala, sprawiały jednak, że na jego widok każdy wołał: „O, ten to przepłynął kawałek świata!”.

Również nasze morskie wygi dały się więc nabrać i przyjęły go do swego grona, kiedy pewnego dnia podszedł do ich stolika, uchylił baskijskiego beretu z antenką i grzecznie spytał, czy może się przysiąść. Przychodził także później, a oni dopiero po kilku miesiącach zorientowali się, że Jan Józef, który przedstawił się jako kapitan i którego odtąd będą nazywać już tylko „panem” Damourem, nigdy w życiu nie podróżował.

Ten szczwany lis tak szczegółowo opowiadał o najdalszych zakątkach świata, z taką pewnością wytykał nieścisłości innym i tak doskonale znał mniej lub bardziej tragiczne dzieje różnych statków od ich narodzin aż do śmierci, że przez długi czas nie mieli się do czego przyczepić. Za to w dniu, w którym prawda wyszła w końcu na jaw — to dopiero mieli używanie! Jak można się było spodziewać, kpili z niego niemiłosiernie. Mogli się wreszcie na nim odegrać. Nie rozumieli tylko, jakim cudem po trzydziestu latach siedzenia za biurkiem dorobił się takiej marynarskiej gęby.

— Jak nic charakteryzuje się przed wyjściem z domu — orzekł kapitan Alban.

— Ani chybi — przytaknął Zinzin. — Założę się, że smaruje się pastą do butów…

Przez jakiś czas się nie pokazywał. Gdy wrócił, przyprowadził ze sobą dwudziestoletniego młodzieńca, który w przeciwieństwie do niego rzeczywiście pływał. Chłopak nie wydawał się zresztą szczególnie dumny z tego faktu. Miał anemiczną cerę i przyznawał otwarcie, że za każdym razem dopada go choroba morska.

— To mój przybrany syn, młody Wincenty Wincent. Prawdziwy marynarz! — oświadczył z dumą pan Damour.

Gdy Wincenty Wincent był w Tulonie, pana Damoura rozpierała radość: szedł wtedy nabrzeżem starego portu, kolebiąc się jeszcze mocniej niż zwykle, jakby nagle złapał wiatr w żagle.

Pewnego dnia zjawił się pijany jak bela.

— Nieźle tobą zarzuca… — skomentował ten nicpoń Chanlieu. — Gdzieżeś ty bywał, Janie Józefie?

— Byłem w Marsylii. Wsadziłem dzieciaka na statek — odpowiedział pan Damour mocno wzruszonym głosem i zaczął szlochać.

— Skoro tobie tak trudno się z nim rozstawać, a i jemu nie pali się na morze… — zaczął ostrożnie kapitan Alban. — Są przecież inne piękne zawody…

— O nie! — oświadczył tamten kategorycznie, głośno przełykając ślinę.

Nikt z obecnych mu nie zaprzeczył — wszyscy byli tego samego zdania.

— Poza tym — dodał pan Damour — nie chcę, żeby się potem z niego wyśmiewano, jak z jego przybranego ojca… Biedny dzieciak!

I znowu zaczął płakać tak rzewnie, jak to tylko potrafi pijany mężczyzna, który ma wielkie zmartwienie.

— Dalej, opowiedz lepiej, jak to naprawdę było. Ten dzieciak to twój prawdziwy syn, co? — powiedział Bagatelle, który lubił romantyczne historie.

— Nie! — ryknął tamten przez łzy. — To nie ja jestem jego ojcem! Jego ojciec został zamordowany!

— Biedny dzieciak… — odezwał się Zinzin, żeby cokolwiek powiedzieć.

— No biedny, biedny! Bo wiecie… jego matka…

— Co jego matka?

— Jego matka też została zamordowana!

— O do licha! — zaklął Bagatelle.

— To dopiero straszna historia! — wykrzyknął Zinzin.

— Straszniejsza od tych, które od was słyszałem… — czknął pan Damour.

— To się dopiero okaże! — odpowiedział kapitan Dorat. — Na czym jak na czym, ale na strasznych historiach to się tutaj znamy…

— Na pewno nie jest straszniejsza od historii Michała — orzekł Zinzin.

— A ja wam mówię, że jest! Tylko nic nikomu nie mówcie! To tajemnica… — czknął znowu tamten.

— Przestań płakać i opowiadaj — zachęcił kapitan Alban. — Od razu ci się zrobi lepiej.

— Wielkie mi co! — prychnął pogardliwie Chanlieu. — Że komuś zamordowano rodziców… Takie rzeczy zdarzają się codziennie! Ja nie widzę w tym nic strasznego! Kim byli mordercy?

Pan Damour otarł łzy chustką w kratę i odpowiedział:

— Nie było morderców.

— Jak to? Zostali zamordowani i nie było morderców…?

— To właśnie było najstraszniejsze… — westchnął pan Damour.


Szczegółowe informacje o książce

Tytuł: Gwiazdka Wicusia Wincenta
Tytuł oryginału francuskiego: Le Noël du petit Vincent-Vincent
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3758

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-9-8
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 18
Wielkość pliku: 527 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-0-5
Wielkość pliku: 215 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE