Category Archives: Tłumaczenia z francuskiego

„Uczta kadłubków”

„Uczta kadłubków”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Kapitan Michał Alban miał tylko jedną rękę. Służyła mu ona do palenia fajki. Był starym wilkiem morskim. Poznałem go pewnego wieczoru wraz z czterema innymi wilkami morskimi, popijając aperitif przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie. Odtąd spotykaliśmy się regularnie przy kieliszkach i talerzykach z przekąskami, by pogawędzić, posłuchać plusku fal i popatrzeć na tańczące na wodzie łódki i zachodzące nad Tamarisem1 słońce.

Czterema pozostałymi wilkami morskimi byli: Zinzin, kapitan Dorat, Bagatelle i ten nicpoń Chanlieu. W swoim czasie przepłynęli rzecz jasna wszystkie morza i mieli mnóstwo przygód. Teraz zaś byli na emeryturze i spędzali czas, opowiadając sobie straszne historie. Tylko kapitan Alban nigdy niczego nie opowiadał. Nigdy też nie okazywał najmniejszego zdziwienia tym, co słyszał. Pozostali, poirytowani jego obojętną postawą, spytali w końcu:

— Hejże, kapitanie, nie przydarzyła się panu nigdy żadna straszna historia?

— I   owszem — odpowiedział kapitan, wyjmując fajkę z ust. — Przydarzyła. Jedna jedyna…

— To niechże ją pan opowie!

— Nie ma mowy!

— Dlaczego?

— Bo jest zbyt straszna… Nie dacie rady jej wysłuchać. Już wiele razy próbowałem ją opowiedzieć, ale zawsze wszyscy uciekali przed końcem.

Cztery wilki morskie zaczęły naigrawać się na wyprzódki. Zgodnie orzekły, że kapitan tylko szuka wymówki, żeby nic nie opowiedzieć, bo tak naprawdę nic mu się nie przydarzyło. Kapitan zmierzył ich wzrokiem. Nagle się zdecydował i odłożył fajkę na stół. Już sam ten gest, rzadko u niego spotykany, był straszny.

— Panowie — zaczął — opowiem wam, w jaki sposób straciłem rękę…

— W tamtym czasie (a było to ze dwadzieścia lat temu) miałem w Mourillonie2 niewielką willę. Dostałem ją w spadku, moja rodzina bowiem przez długi czas mieszkała w tych stronach i tutaj się urodziłem. Chętnie do niej wracałem, żeby wypocząć po dalekich rejsach. Poza tym lubiłem samą dzielnicę. Nikt mnie tutaj nie niepokoił. Moi sąsiedzi byli mało uciążliwi i rzadko ich widywałem. Byli to głównie ludzie morza i żołnierze wojsk kolonialnych. Palili sobie spokojnie opium ze swoimi przyjaciółkami i zajmowali się własnymi sprawami — jakimi nie wnikałem. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, prawda? Ja nikomu nie przeszkadzałem i chciałem jedynie, aby i mnie nie przeszkadzano.

Pewnej nocy jednak mi przeszkodzono — w spaniu. Osobliwy hałas, którego źródła nie potrafiłem określić, sprawił, że zerwałem się z łóżka na równe nogi. Miałem jak zawsze otwarte okno. Nasłuchiwałem oszołomiony. Nie mogłem dociec, skąd brał się ten nieprawdopodobny harmider. Przypominało to łoskot piorunów albo walenie w bęben, i to nie byle jaki — jakby z dwieście pałeczek waliło wściekle w drewno, zamiast w oślą skórę.

Dźwięki dochodziły z willi naprzeciwko. Od pięciu lat nikt tam nie mieszkał i jeszcze poprzedniego dnia widziałem na murze tabliczkę z napisem „Na sprzedaż”. Z okna mojej sypialni na pierwszym piętrze, patrząc ponad murem odgradzającym otaczający willę ogródek, widziałem jej wszystkie okna i drzwi, także te na parterze. Nadal były zamknięte, tak samo, jak za dnia. Tylko przez szpary w okiennicach na parterze sączyło się światło… Pomyślałem sobie, że jakieś szemrane towarzystwo wkradło się do tego opuszczonego domu na obrzeżach Mourillonu i urządza sobie całonocną libację.

Dziwne bębnienie nie ustawało. Trwało jeszcze dobrą godzinę. Tuż przed świtem drzwi willi otwarły się, a na progu stanęła najcudowniejsza istota, jaką widziałem w życiu. Miała na sobie wieczorową suknię, a w ręku z nieopisanym wdziękiem trzymała lampę, której blask oświetlał jej godne bogini ramiona. Z miłym, łagodnym uśmiechem wypowiedziała słowa, które doskonale słyszałem w nocnej ciszy:

— Do widzenia, drogi przyjacielu, do zobaczenia w przyszłym roku!

Nie miałem pojęcia, do kogo mówiła. Obok niej nie było nikogo… Czekała na progu ze swoją lampą jeszcze przez krótką chwilę, aż ogrodowa furtka sama się otworzyła i sama zamknęła. Wtedy zamknęły się także drzwi willi i nic więcej nie zobaczyłem.


1 Tamaris — w XIX wieku miejscowość kąpieliskowa, dziś dzielnica La Seyne-sur-Mer, położona nad redą Tulonu, przeciwlegle do dzielnicy Mourillon. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą. W XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Uczta kadłubków
Tytuł oryginału francuskiego: Le dîner des bustes lub Une histoire épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1911
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 5329

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 21
Wielkość pliku: 424 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-4-3
Wielkość pliku: 184 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Opowiadania z dreszczykiem”

„Opowiadania z dreszczykiem”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Opowiadania z dreszczykiem to zbiór opowiadań Gastona Leroux (1868-1927) — porównywanego do Arthura Conan Doyle’a i Edgara Allana Poe klasyka francuskiej literatury popularnej, autora takich powieści jak wielokrotnie adaptowany na potrzeby sceny i ekranu Upiór w operze czy opowiadająca o zagadce zbrodni niemożliwej Tajemnica żółtego pokoju. W skład tomu wchodzi sześć krótkich utworów prozatorskich wydanych w odcinkach we francuskiej prasie w latach 1911-1925: Uczta kadłubków (1911), Złoty topór (1912), Kobieta z aksamitką (1924), Gwiazdka Wicusia Wincenta (1924), Nasza Olimpia (1924) i Straszna oberża (1925). Dopiero w 1977 roku, pięćdziesiąt lat po śmierci autora, ukazały się one łącznie w zbiorze Histoires épouvantables (Straszne historie) nakładem wydawnictwa Nouvelles Éditions Baudinière.

Każde opowiadanie to jedna — przeżyta lub zasłyszana podczas podróży — straszna, niesamowita historia, którą opowiada swoim sceptycznym towarzyszom przy kieliszku aperitifu w kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie emerytowany wilk morski. Wszystkie historie osadzone są w malowniczej, pełnej lokalnego kolorytu scenerii: w tulońskim Mourillonie, na paryskim Montmartrze, w korsykańskim Bonifacio, w niemieckim Szwarcwaldzie czy w szwajcarskiej Jurze. Ich fabuła, łącząca w sobie elementy kryminału, sensacji, melodramatu, grozy i fantastyki (ostatecznie zjawiska nadprzyrodzone zawsze znajdują jednak racjonalne wyjaśnienie) ogniskuje się wokół frapującej, ponurej zagadki i kończy zaskakującą puentą. Misterna szkatułkowa kompozycja i wartka, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcja budzi zaciekawienie i buduje napięcie. Błyskotliwe dialogi, wyraziste postaci, barwne szczegóły i sugestywna atmosfera sprawiają, że łatwo dać się wciągnąć i ponieść opowieści. Charakterystyczny dla Gastona Leroux dramatyczny, emfatyczny styl (tekst obfituje w wykrzykniki, wielokropki i wyróżnienia) przeciwważy duża doza autoironii, dystansu i humoru (często czarnego humoru i groteski).

Opowiadania z dreszczykiem dziś już raczej nikogo nie przestraszą, a współczesnemu czytelnikowi mogą się wydać dość staroświeckie. Ich intryga jest nieprawdopodobna, a stylistyka nieco efekciarska. Nadal jednak świetnie się je czyta, bo wciągają, bawią i dostarczają rozrywki. Oczywiste jest, że Gaston Leroux lubi opowiadać i robi to wyśmienicie — z ogromną lekkością, swobodą, werwą i wprawą, ale też i z przymrużeniem oka. Jego opowiadania stanowią rodzaj błyskotliwej, literackiej zabawy w starym, dobrym stylu i z pewnością spodobają się wszystkim tym, którzy lubią słuchać strasznych historii.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Opowiadania z dreszczykiem
Tytuł oryginału francuskiego: Quelques nouvelles terrifiantes (Groupe Ebooks Libres et Gratuits)
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Data powstania: 1911-1925
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 30 306

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-5-0
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 97
Wielkość pliku: 1,57 MB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-6-7
Wielkość pliku: 265 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Mandaryni”

Simone de Beauvoir i Nelson Algren
Simone de Beauvoir i Nelson Algren

Taksówka mijała mosty, tory, magazyny. Jechała ulicami, przy których wszystkie sklepy należały do Włochów. Zatrzymała się na rogu alei przesiąkniętej zapachem spalonego papieru, mokrej ziemi i biedy. Kierowca pokazał mi drewniany balkon wiszący na ceglanej ścianie.

— To tutaj.

Szłam wzdłuż płotu. Po lewej znajdowała się tawerna oznaczona czerwonym szyldem ze zgaszonymi neonami: „Schlitz”. Po prawej na wielkim plakacie idealna amerykańska rodzina wąchała ze śmiechem talerz owsianki. Ze stojącego przy drewnianych schodach kosza na śmieci ulatniał się dym. Weszłam po schodach na górę. Szklane drzwi na balkonie były zasłonięte żółtą roletą. To musiało być tutaj. Nagle poczułam się onieśmielona. Bogactwo wystawia się zawsze na widok publiczny, bieda to sprawa prywatna. Miałam wrażenie, że jeśli zapukam w szybę, popełnię jakąś niedyskrecję. Niezdecydowana patrzyłam na ceglane mury, obwieszone monotonnie kolejnymi schodami i kolejnymi szarymi balkonami. Ponad dachami dostrzegłam ogromny czerwono-biały walec zbiornika z gazem. Pod stopami miałam kwadrat gołej ziemi, na którym rosło całkiem czarne drzewo i stał mały wiatrak z niebieskimi skrzydłami. Gdy w oddali przejechał pociąg, balkon zadygotał. Zapukałam. W drzwiach pojawił się dość młody i dość wysoki mężczyzna w skórzanej, usztywniającej klatkę piersiową kurtce. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

— Znalazła pani mój dom?

— Na to wygląda.

Pośrodku żółtej kuchni mruczał czarny piecyk. Wyłożona linoleum podłoga była usłana starymi gazetami. Zauważyłam też, że nie było lodówki. Brogan niepewnym ruchem wskazał na papiery.

— Właśnie robiłem porządki.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Ale skąd. — Stał naprzeciw mnie z zakłopotaną miną. — Dlaczego nie chciała pani, żebym przyjechał po panią do hotelu?

— To straszne miejsce.

Na ustach Brogana wreszcie zamajaczył uśmiech.

— To najlepszy hotel w Chicago.

— Właśnie. Za dużo dywanów, za dużo kwiatów, za dużo ludzi, za dużo muzyki, za dużo wszystkiego.

Uśmiech Brogana sięgnął oczu.

— W takim razie proszę tutaj.

Najpierw zobaczyłam meksykański koc i żółte krzesło jak u van Gogha. Później książki, gramofon i maszynę do pisania. Musiało się dobrze mieszkać w tym mieszkaniu, które nie przypominało ani kawalerki estety, ani wzorcowego amerykańskiego domu. Powiedziałam z ożywieniem:

— Przyjemnie tutaj u pana.

— Tak pani sądzi? — Spojrzenie Brogana pytająco błądziło po ścianach. — To nieduże mieszkanie. — Znów chwilę milczał, a potem powiedział pośpiesznie: — Nie chce pani zdjąć płaszcza? Co by pani powiedziała na filiżankę kawy? Mam francuskie płyty, może chciałaby pani posłuchać? Płyty Charlesa Treneta?

Czy to z powodu mruczącego piecyka, czy to dlatego, że na ozłoconej zimnym lutowym słońcem rolecie poruszał się cień czarnego drzewa, pomyślałam sobie od razu, że mogłabym przesiedzieć cały dzień na meksykańskim kocu. Nie po to jednak zadzwoniłam do Brogana, tylko po to, żeby zwiedzić Chicago. Powiedziałam stanowczo:

— Chciałabym zobaczyć Chicago, jutro rano wyjeżdżam.

— Chicago jest duże.

— To proszę mi pokazać choć fragment.

Dotknął swojej skórzanej kurtki i spytał zaniepokojony:

— Powinienem lepiej się ubrać?

— Co za pomysł! Nie znoszę sztywnych kołnierzyków!

Zaprzeczył gorąco:

— Nigdy w życiu nie nosiłem sztywnego kołnierzyka…

Po raz pierwszy nasze uśmiechy się spotkały, ale Brogan nie był jeszcze w pełni uspokojony.

— Nie zależy pani, żeby zobaczyć rzeźnie?

— Nie. Przejdźmy się po ulicach.

Ulic było dużo i wszystkie były do siebie podobne. Stały przy nich sfatygowane domki otoczone nieużytkami próbującymi udawać podmiejskie ogródki. Szliśmy też prostymi, smętnymi alejami. Wszędzie było nam zimno. Brogan z niepokojem łapał się za uszy.

— Już są całkiem sztywne, za chwilę odpadną.

Zlitowałam się nad nim.

— Chodźmy się ogrzać do jakiegoś baru.

Poszliśmy do baru. Brogan zamówił ginger ale, ja burbona. Kiedy wyszliśmy, wciąż było tak samo zimno. Poszliśmy do innego baru i zaczęliśmy rozmawiać.

Po lądowaniu aliantów w Normandii spędził kilka miesięcy w obozie w Ardenach. Zadawał mi mnóstwo pytań na temat Francji, wojny, okupacji, Paryża. Ja też pytałam go o różne rzeczy. Wydawał się cały szczęśliwy, że ktoś go słucha, a jednocześnie zmieszany, że mówi o sobie. Z wahaniem wydobywał z siebie słowa, a później wypowiadał je z takim ożywieniem, że za każdym razem czułam się przez niego obdarowana. Urodził się na południu Chicago. Był synem drobnego sklepikarza finlandzkiego pochodzenia i węgierskiej żydówki. Gdy przyszedł wielki kryzys, miał dwadzieścia lat. Zjeździł całą Amerykę, chowając się w wagonach towarowych. Był komiwojażerem, pomywaczem, kelnerem, masażystą, kopaczem rowów, murarzem, a gdy zaszła potrzeba — włamywaczem. W pewnej zapadłej dziurze w Arizonie, gdzie mył kieliszki, napisał opowiadanie, które wydało mu lewicowe czasopismo. Wtedy napisał kolejne opowiadania. Po sukcesie jego pierwszej powieści wydawca zaczął mu wypłacać pensję, z której żył.

— Chciałabym przeczytać tę książkę — powiedziałam.

— Następna będzie lepsza.

— Ale ta już jest.

Brogan popatrzył na mnie skonsternowany.

— Naprawdę chce ją pani przeczytać?

— Tak, naprawdę.

Wstał i poszedł do telefonu w głębi sali. Po trzech minutach wrócił.

— Książka będzie przed kolacją u pani w hotelu.

— O! Dziękuję! — powiedziałam ciepło.

Wzruszyła mnie żywiołowość jego gestu. To właśnie sprawiło, że od razu wydał mi się sympatyczny — spontaniczność. Nie znał okrągłych frazesów ani rytualnych grzecznościowych formułek. Swoje uprzejmości improwizował i wymyślał na bieżąco, jak czułości. Z początku bawiło mnie, że mam przed sobą modelowego amerykańskiego „lewicowego pisarza–self made mana”. Teraz interesował mnie sam Brogan. Po tym, co opowiadał, widać było, że nie rości sobie wobec życia żadnych praw, a jednocześnie przez cały czas namiętnie pragnie żyć; podobało mi się to — ta mieszanka umiaru i zachłanności.

— Skąd przyszedł panu do głowy pomysł, żeby pisać? — spytałam.

— Zawsze lubiłem druk. Kiedy byłem dzieckiem, robiłem gazetę, wklejając wycinki prasowe do zeszytów.

— Musiały być też inne powody?

Zamyślił się.

— Znam masę różnych ludzi. Mam ochotę pokazać innym, jacy są naprawdę. Słyszy się tyle bzdur. — Zamilkł na chwilę. — Kiedy miałem dwadzieścia lat, zrozumiałem, że wszyscy mnie okłamują i bardzo mnie to zezłościło. Chyba dlatego zacząłem pisać i nadal to robię…

— Nadal czuje pan złość?

— W pewnym sensie — odpowiedział oględnie z niewyraźnym uśmiechem.

— Nie zajmuje się pan polityką?

— Robię niewielkie rzeczy.

W sumie był w tej samej sytuacji co Robert i Henri, jednak znosił to z egzotycznym dla nas spokojem. Pisanie i ujawnianie niesprawiedliwości społecznych w radiu, czasem na mityngach, w zupełności mu wystarczało. Powiedziano mi to już wcześniej: tutaj intelektualiści mogą żyć w spokoju, bo są całkowicie bezsilni.

— Czy ma pan wśród przyjaciół jakichś pisarzy?

— O nie! — żywo zaprzeczył. Uśmiechnął się. — Mam przyjaciół, którzy zaczęli pisać, kiedy zobaczyli, że zarabiam pieniądze, nie robiąc nic poza siedzeniem przed maszyną do pisania. Nie zostali jednak pisarzami.

— Zarobili coś na tym?

Roześmiał się szczerze.

— Jeden wystukał pięćset stron w miesiąc. Musiał słono zapłacić za ich wydanie i żona zabroniła mu próbować dalej. Wrócił do zawodu kieszonkowca.

— To dobry zawód? — spytałam.

— To zależy. W Chicago jest duża konkurencja.

— Zna pan dużo kieszonkowców?

Spojrzał na mnie żartobliwie.

— Z pół tuzina.

— A gangsterów?

Spoważniał.

— Wszyscy gangsterzy to sukinsyny.

Zaczął mi potoczyście tłumaczyć, jaką rolę gangsterzy odegrali w ostatnich latach jako łamistrajki. Potem opowiedział mi mnóstwo historii o ich relacjach z policją, politykami, biznesmenami. Mówił szybko i momentami trudno mi było go zrozumieć, ale jego opowieści były równie pasjonujące, co film z Edwardem Robinsonem. Nagle przestał mówić.

— Nie jest pani głodna?

— Owszem. Teraz gdy mi pan o tym przypomniał, czuję się bardzo głodna — odpowiedziałam. Dorzuciłam wesoło: — Zna pan masę historii.

— O! Nawet gdybym nie znał, coś bym wymyślił — odpowiedział. — Lubię patrzeć, jak pani słucha.

Była prawie ósma. Czas szybko płynął. Brogan zabrał mnie na kolację do włoskiej restauracji. Jedząc pizzę, zastanawiałam się, czemu czuję się przy nim tak swobodnie. Nic prawie o nim nie wiedziałam, a mimo to wcale nie wydawał mi się obcy. Może dlatego, że był biedny i beztrosko znosił swoją biedę. Krochmal, elegancja, dobre maniery — to wszystko stwarza dystans. Kiedy Brogan rozpinał i zapinał skórzaną kurtkę, pod którą miał wyblakły sweter, czułam obok ufną obecność ciała, któremu jest ciepło i zimno — żywego ciała. Sam pastował sobie buty. Wystarczyło na nie spojrzeć, żeby zajrzeć w jego prywatność. Kiedy po wyjściu z pizzerii złapał mnie za ramię, żebym się nie przewróciła na oblodzonej ziemi, jego ciepło od razu wydało mi się znajome.

— Chodźmy! Pokażę pani mimo wszystko kilka fragmentów Chicago — powiedział.

Poszliśmy do klubu burleski i patrzyliśmy na rozbierające się przy muzyce kobiety. Słuchaliśmy jazzu w małym czarnym lokalu z dansingiem. Piliśmy w barze przypominającym noclegownię. Brogan znał wszystkich: pianistę z wytatuowanymi nadgarstkami z klubu burleski, czarnoskórego trębacza z lokalu z dansingiem, kloszardów, czarnych i stare dziwki z baru. Zapraszał ich do naszego stolika, ciągnął za język i patrzył na mnie z uszczęśliwioną miną, bo widział, że się dobrze bawię. Kiedy znów znaleźliśmy się na ulicy, powiedziałam z ożywieniem:

— Zawdzięczam panu swój najlepszy wieczór w Ameryce.

— Jest jeszcze tyle rzeczy, które chciałbym pani pokazać! — powiedział.

Kończyła się noc.

Wiedziałam, że za chwilę wstanie świt i Chicago zniknie na zawsze. Na razie jednak stalowe nadziemne metro przesłaniało nam przeżerającą niebo oblazłą z koloru plamę. Brogan trzymał mnie za ramię. Czarne łukowe przęsła wiaduktu ciągnęły się przed nami i za nami w nieskończoność. Mieliśmy wrażenie, że opasują ziemię i będziemy tak szli całą wieczność.

— Jeden dzień to mało — powiedziałam. — Będę musiała wrócić.

— Niech pani wróci — odpowiedział Brogan. Dorzucił szybko: — Nie chciałbym myśleć, że więcej pani nie zobaczę.

Doszliśmy w milczeniu na postój taksówek. Kiedy zbliżył twarz do mojej twarzy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odwrócić głowy. Poczułam jednak na ustach jego oddech.


Mandaryni (Les mandarins), Simone de Beauvoir, Gallimard, 1954. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Jules i Jim”

« Jules et Jim » Henri-Pierre RochéByło to koło roku 1907.

Przybyły do Paryża z obcego kraju mały, okrągły Jules poprosił dużego, chudego Jima, którego ledwie znał, żeby wprowadził go na Bal des Quat’z’Arts*, a Jim zdobył dla niego legitymację i zabrał go do wypożyczalni kostiumów. Sympatia Jima do Jules’a zrodziła się w chwili, gdy Jules ostrożnie przeglądał kostiumy i wybierał dla siebie skromny strój niewolnika. Na balu, gdzie Jules stał spokojnie z wielkimi jak spodki, pełnymi rozbawienia i tkliwości oczami, jeszcze wzrosła.

Nazajutrz odbyli swoją pierwszą prawdziwą rozmowę. Jules nie miał w Paryżu przyjaciółki, a pragnął mieć. Jim miał niejedną. Poznał Jules’a z młodą muzyczką. Początki wydawały się obiecujące. Jules był przez tydzień odrobinę zakochany, ona też. Później Jules uznał ją za zbyt intelektualną, a ona jego za ironicznego i beznamiętnego.

Jules i Jim widywali się każdego dnia. Do późna w nocy uczyli się wzajemnie swojego języka i swojej literatury. Pokazywali sobie swoje wiersze i wspólnie je przekładali. Dyskutowali niespiesznie, a żaden nie miał wcześniej równie uważnego słuchacza. Wkrótce stali klienci baru zaczęli posądzać ich o swobodne obyczaje.

Jim zabierał Jules’a do uczęszczanych przez sławy kawiarni literackich. Jules zyskiwał tam sobie uznanie, co cieszyło Jima. Do jednej z takich kawiarni przychodziła dobra znajoma Jima — ładna osóbka o nonszalanckim sposobie bycia, która w Halach** trzymała się na nogach dłużej niż poeci, nawet do szóstej nad ranem. Swoimi względami obdarzała na krótko i z wysoka. We wszystkim, co robiła, zachowywała niczym nieskrępowaną swobodę i błyskotliwy, cięty dowcip. Zaczęli wychodzić we troje. Jules, którego zbijała z pantałyku, wydał się jej miły, lecz nieco ociężały umysłowo. Ona zaś wydała się Jules’owi nietuzinkowa, lecz przerażająca. Przyprowadziła swoją dobroduszną koleżankę, która dla Jules’a okazała się jednak zbyt dobroduszna.

W tej sytuacji Jim nie mógł zrobić dla Jules’a nic więcej. Wymógł na nim, aby zaczął szukać sam. Jules, być może skrępowany swoją wciąż niedoskonałą znajomością francuskiego, nadal ponosił porażki. Jim powiedział Jules’owi:

— To nie kwestia języka. — I wyłożył mu pokrótce swój pogląd na sprawę.

— Równie dobrze mógłbyś mi pożyczyć swoje buty albo bokserskie rękawice — odpowiedział Jules. — I jedno i drugie jest dla mnie za duże.

Jules, wbrew opinii Jima, zaczął korzystać z usług profesjonalistek, nie znajdując w tym jednak przyjemności.

Pozostały im przekłady i rozmowy.


*Bal des Quat’z’Arts („Bal Czterech Sztuk”) — zabawa organizowana w latach 1892–1966 przez studentów architektury, malarstwa, rzeźby i grafiki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Paryżu. (Przyp. tłum.)

**Na terenie paryskich hal targowych od połowy XIX do połowy XX wieku toczyło się intensywne życie nocne, a czynne całą dobę kawiarnie i restauracje były miejscem spotkań nie tylko handlarzy, ale i artystów. (Przyp. tłum.)


Jules i Jim (Jules et Jim), Henri-Pierre Roché, Gallimard, 1953. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami”

Un ange cornu avec des ailes de tôle Michel TremblayPierwszym powieściowym bohaterem, z którym w pełni się utożsamiłem (do tego stopnia, że się od tego rozchorowałem), był Robert z Dzieci kapitana Granta. To była jedna z najważniejszych książek końca mojego dzieciństwa i wciąż bardzo dokładnie pamiętam okoliczności, w których ją czytałem.

Robert Grant miał tyle lat, co ja (dwanaście), lecz w przeciwieństwie do mnie prowadził tak barwne życie, że po kilku stronach nie byłem pewien, czy go uwielbiam czy, z czystej zazdrości, nienawidzę.

Jego ojciec, szkocki marynarz pływający na statkach dalekomorskich, dwa lata wcześniej (był rok 1864) rozbił się gdzieś w okolicach 37. równoleżnika i wpadł w ręce tubylców, udało mu się jednak wrzucić do morza wiadomość w butelce. Zmoczony i rozmazany list odnalazł w brzuchu rekina inny szkocki marynarz, lord Glenarvan, a Robert Grant (co za szczęściarz!), wraz z lordem i jego młodą żoną, swoją siostrą Mary oraz francuskim geografem Paganelem, który pomylił statki, wyruszył w świat na pokładzie „Duncana”, żeby odnaleźć ojca. Czy to nie fart, jak na dwunastolatka?

Trzy tomy Dzieci kapitana Granta pożyczyłem z miejskiej biblioteki i nie rozstawałem się z nimi, nawet śpiąc: ten, który akurat czytałem, wkładałem sobie pod głowę, żeby móc we śnie wdychać jego zapach, dwa pozostałe zaś, leżące gdzieś na kołdrze, podążały w nocy śladem mojego ciała, tak że czułem ich pokrzepiającą obecność między udami, pod stopami czy w zagłębieniu lędźwi. Nadal sypiam z książkami, które czytam, rzadko odkładam je na szafkę nocną, ale z żadną inną nie spędziłem tak upojnych nocy jak z Dziećmi kapitana Granta.

Czytałem o przygodach Roberta tak długo, jak się tylko dało (dopóki mama nie przyszła wykręcić mi żarówki w nocnej lampce), a później przez większą część nocy śniłem o Atlantyku, Cieśninie Magellana, chilijskich krajobrazach i andyjskich Kordylierach… Na swoim łóżku, niczym na statku, ochoczo opuszczałem pokój przy rue Cartier i pędziłem ku 37. równoleżnikowi, by szukać początków Prądu Zatokowego.

Razem z Robertem stawałem się wilkiem morskim, uczyłem się dosiadać wspaniałego argentyńskiego konia czarnej maści od Thalcave’a (pięknego, półnagiego Patagończyka, którego opis na stronie 95 wprawił mnie w takie pomieszanie), przechodziłem w bród río de Raque i río de Tubal, wspinałem się po porfirowych ścianach zwanych quebradas, na próżno szukałem ojca w głębi sekwojowych lasów i na ośnieżonych górskich szczytach. O Robercie mówiono, że rośnie i szybko dojrzewa, że staje się mężczyzną. Ja, cały w okruszkach po herbatnikach albo ciasteczkach imbirowych, czytałem i, jak na złość, byłem wciąż tym samym małym chłopcem, który zazdrościł mu jego niezwykłych losów.

Pamiętam szczególnie jeden fragment, przez który nie spałem całą noc i dostałem gorączki, a nazajutrz rano nie mogłem wstać i pójść do szkoły, ku wielkiemu utrapieniu mojej mamy, która domyślała się, że to Dzieci kapitana Granta są przyczyną tej niezdrowej ekscytacji. Przeżyłem wtedy jedną z najpiękniejszych przygód w moim życiu…

Mniej więcej w połowie pierwszego tomu powieści zapada decyzja, że mężczyźni będą szukać kapitana Granta na piechotę w Chile i w Argentynie, kobiety zaś przepłyną na „Duncanie” Cieśninę Magellana i zaczekają na nich u wybrzeży Atlantyku. Z jednej strony żal mi było zostawiać Mary i lady Glenarvan, z drugiej zaś myśl o przemierzeniu pieszo Ameryki Południowej wydała mi się niezwykle ekscytująca.

Górskie krajobrazy, które napotykali po drodze Robert i jego towarzysze, robiły na mnie kolosalne wrażenie: przecież dotychczas znałem jedynie Mont Royal – nic nieznaczące wzgórze, miejsce niedzielnego wypoczynku wystrojonych odświętnie Montrealczyków, którego sylwetkę widziałem ze swojego balkonu w głębi rue Mont-Royal. Za to andyjskie Kordyliery! Lodowce, potoki spadające z wysokości kilkuset metrów (w moim kanadyjskim wydaniu encyklopedii Larousse’a wyczytałem, że jeden metr to trzy stopy i trzy cale), zawieszone nad przepaścią kamienne płaskowyże, burze wiatrowe i deszczowe zrywające się niespodziewanie i cichnące tak nagle, że trudno było uwierzyć, że w ogóle przeszły, różowe wschody i pomarańczowe zachody słońca! Posiłki złożone z suszonego mięsa, wszelkiego rodzaju roślin strączkowych doprawionych papryką, świeżo upolowanej dziczyzny, wody z górskich potoków i równinnych strumieni, od których ślinka napływała mi do ust, stanowiły jakże miłą odmianę po nieśmiertelnych tłuczonych ziemniakach i obowiązkowym zielonym groszku nr 1! I po tym wszystkim miałbym znów jeść pâté chinois*?

Wreszcie doszedłem do rozdziału, który wprawił mnie dosłownie w stan lewitacji. Na wysokości dwunastu tysięcy stóp nad ziemią członkowie ekspedycji zatrzymali się na noc na oblodzonym płaskowyżu zawieszonym nad ogromną doliną, którą w następnych dniach mieli przedostać się ku argentyńskiej pampie. Noc minęła spokojnie, wszyscy zasnęli, wyczerpani, lecz zadowoleni. O świcie zbudził ich straszliwy huk. Cytuję samego Juliusza Verne’a:

W wyniku właściwego Kordylierom zjawiska przemieszczał się i zsuwał ku nizinie cały, szeroki na kilka mil, masyw.

– Trzęsienie ziemi! – wykrzyknął Paganel.

Płaskowyż, na którym się schronili, zaczął zjeżdżać w dół! Byłem razem z nimi, spadałem razem z nimi, ośnieżone szczyty wirowały mi przed oczami, góry same zmieniały kształt, dopiero co rozjaśnione świtem niebo chybotało się jak wtedy, gdy na „Duncanie” przepływałem Cieśninę Magellana, namiot plątał mi się pod nogami, broń, drewno na opał, sprzęty do gotowania, żar z niedogaszonego ogniska przelatywały tuż obok mnie, jechałem gigantyczną górską kolejką, która uwoziła mnie nieuchronnie w dół doliny, mknąłem na spotkanie śmierci, a właściwie już leżałem bez życia – zagrzebany w pościeli, z rozszerzonymi ze strachu oczami, z walącym jak oszalałe sercem.

Najgorsze, że na początku następnego rozdziału, kiedy już przeszło trzęsienie ziemi i wszyscy zaczęli pomału wracać do siebie, okazało się, że Robert zniknął! Czarna rozpacz zapanowała w Chile i w rozkopanym łóżku przy rue Cartier. Członkowie ekspedycji szukali chłopca przez trzy dni, a ja z napięcia przestałem oddychać. Robert Grant nie mógł umrzeć, JA nie mogłem umrzeć! Historia nie mogła się toczyć dalej beze mnie, zostało jeszcze trzysta stron, to ja byłem jej bohaterem, to ja straciłem ojca i wyruszyłem ze Szkocji w świat, żeby go odszukać, to ja wyrastałem na mężczyznę pośród Patagończyków i marynarzy dalekomorskich! Juliusz Verne, mój ulubiony pisarz wszystkich epok i narodowości, nie mógł mi tego zrobić!

W końcu jednak nadeszło wybawienie. Obraz ten, jeden z najbardziej sugestywnych, które pamiętam z dzieciństwa, przywołuję jeszcze teraz, czterdzieści lat później, gdy zdarza mi się cierpieć w nocy na bezsenność, bo wiem, że pozwoli mi usnąć, bez względu na to, jakie strapienie nie daje mi spać. Po trzech dniach życia w obawie, że nigdy nie odnajdzie zaginionego chłopca, lord Glenarvan spostrzega na horyzoncie, het, daleko na niebie, jakiś punkt… Punkt staje się coraz większy… To ogromny andyjski kondor trzymający w szponach Roberta Granta! Na ilustracji widać było chłopca zaczepionego za ubranie, zwisającego w bezwolnej pozie Chrystusa z Piety Michała Anioła. Przez trzy dni leciałem niesiony przez kondora! Z emocji gwałtownie zamknąłem książkę i przytuliłem do siebie. Próbowałem odtworzyć w wyobraźni te trzy doby, zobaczyć z lotu ptaka rozpościerające się pode mną andyjskie Kordyliery, gniazdo uwite na niedostępnej granitowej iglicy, poczuć ponownie głód, pragnienie, ale i zachwyt, że przez chwilę byłem dzieckiem wielkiego kondora.

Kondora zabito, Robert Grant odzyskał świadomość, a ja dalej wisiałem trzymany za podarte ubranie w ptasich szponach. Nie chciałem wracać na ziemię, chciałem zostać tam, na dachu świata, chociaż do następnego dnia. Gasząc lampkę nocną, miałem nadzieję, że przyśni mi się porywisty wiatr i szum ogromnych, jedwabistych skrzydeł.


*Pâté chinois („chińska zapiekanka”) – tradycyjne danie kuchni quebeckiej złożone z zapieczonych warstw mielonego mięsa wołowego, kukurydzy i ziemniaczanego purée.


Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami (Un ange cornu avec des ailes de tôle), Michel Tremblay, Léméac / Actes Sud, 1994. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.