Category Archives: Literatura francuska

„Mandaryni”

Simone de Beauvoir i Nelson Algren
Simone de Beauvoir i Nelson Algren

Taksówka mijała mosty, tory, magazyny. Jechała ulicami, przy których wszystkie sklepy należały do Włochów. Zatrzymała się na rogu alei przesiąkniętej zapachem spalonego papieru, mokrej ziemi i biedy. Kierowca pokazał mi drewniany balkon wiszący na ceglanej ścianie.

— To tutaj.

Szłam wzdłuż płotu. Po lewej znajdowała się tawerna oznaczona czerwonym szyldem ze zgaszonymi neonami: „Schlitz”. Po prawej na wielkim plakacie idealna amerykańska rodzina wąchała ze śmiechem talerz owsianki. Ze stojącego przy drewnianych schodach kosza na śmieci ulatniał się dym. Weszłam po schodach na górę. Szklane drzwi na balkonie były zasłonięte żółtą roletą. To musiało być tutaj. Nagle poczułam się onieśmielona. Bogactwo wystawia się zawsze na widok publiczny, bieda to sprawa prywatna. Miałam wrażenie, że jeśli zapukam w szybę, popełnię jakąś niedyskrecję. Niezdecydowana patrzyłam na ceglane mury, obwieszone monotonnie kolejnymi schodami i kolejnymi szarymi balkonami. Ponad dachami dostrzegłam ogromny czerwono-biały walec zbiornika z gazem. Pod stopami miałam kwadrat gołej ziemi, na którym rosło całkiem czarne drzewo i stał mały wiatrak z niebieskimi skrzydłami. Gdy w oddali przejechał pociąg, balkon zadygotał. Zapukałam. W drzwiach pojawił się dość młody i dość wysoki mężczyzna w skórzanej, usztywniającej klatkę piersiową kurtce. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

— Znalazła pani mój dom?

— Na to wygląda.

Pośrodku żółtej kuchni mruczał czarny piecyk. Wyłożona linoleum podłoga była usłana starymi gazetami. Zauważyłam też, że nie było lodówki. Brogan niepewnym ruchem wskazał na papiery.

— Właśnie robiłem porządki.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Ale skąd. — Stał naprzeciw mnie z zakłopotaną miną. — Dlaczego nie chciała pani, żebym przyjechał po panią do hotelu?

— To straszne miejsce.

Na ustach Brogana wreszcie zamajaczył uśmiech.

— To najlepszy hotel w Chicago.

— Właśnie. Za dużo dywanów, za dużo kwiatów, za dużo ludzi, za dużo muzyki, za dużo wszystkiego.

Uśmiech Brogana sięgnął oczu.

— W takim razie proszę tutaj.

Najpierw zobaczyłam meksykański koc i żółte krzesło jak u van Gogha. Później książki, gramofon i maszynę do pisania. Musiało się dobrze mieszkać w tym mieszkaniu, które nie przypominało ani kawalerki estety, ani wzorcowego amerykańskiego domu. Powiedziałam z ożywieniem:

— Przyjemnie tutaj u pana.

— Tak pani sądzi? — Spojrzenie Brogana pytająco błądziło po ścianach. — To nieduże mieszkanie. — Znów chwilę milczał, a potem powiedział pośpiesznie: — Nie chce pani zdjąć płaszcza? Co by pani powiedziała na filiżankę kawy? Mam francuskie płyty, może chciałaby pani posłuchać? Płyty Charlesa Treneta?

Czy to z powodu mruczącego piecyka, czy to dlatego, że na ozłoconej zimnym lutowym słońcem rolecie poruszał się cień czarnego drzewa, pomyślałam sobie od razu, że mogłabym przesiedzieć cały dzień na meksykańskim kocu. Nie po to jednak zadzwoniłam do Brogana, tylko po to, żeby zwiedzić Chicago. Powiedziałam stanowczo:

— Chciałabym zobaczyć Chicago, jutro rano wyjeżdżam.

— Chicago jest duże.

— To proszę mi pokazać choć fragment.

Dotknął swojej skórzanej kurtki i spytał zaniepokojony:

— Powinienem lepiej się ubrać?

— Co za pomysł! Nie znoszę sztywnych kołnierzyków!

Zaprzeczył gorąco:

— Nigdy w życiu nie nosiłem sztywnego kołnierzyka…

Po raz pierwszy nasze uśmiechy się spotkały, ale Brogan nie był jeszcze w pełni uspokojony.

— Nie zależy pani, żeby zobaczyć rzeźnie?

— Nie. Przejdźmy się po ulicach.

Ulic było dużo i wszystkie były do siebie podobne. Stały przy nich sfatygowane domki otoczone nieużytkami próbującymi udawać podmiejskie ogródki. Szliśmy też prostymi, smętnymi alejami. Wszędzie było nam zimno. Brogan z niepokojem łapał się za uszy.

— Już są całkiem sztywne, za chwilę odpadną.

Zlitowałam się nad nim.

— Chodźmy się ogrzać do jakiegoś baru.

Poszliśmy do baru. Brogan zamówił ginger ale, ja burbona. Kiedy wyszliśmy, wciąż było tak samo zimno. Poszliśmy do innego baru i zaczęliśmy rozmawiać.

Po lądowaniu aliantów w Normandii spędził kilka miesięcy w obozie w Ardenach. Zadawał mi mnóstwo pytań na temat Francji, wojny, okupacji, Paryża. Ja też pytałam go o różne rzeczy. Wydawał się cały szczęśliwy, że ktoś go słucha, a jednocześnie zmieszany, że mówi o sobie. Z wahaniem wydobywał z siebie słowa, a później wypowiadał je z takim ożywieniem, że za każdym razem czułam się przez niego obdarowana. Urodził się na południu Chicago. Był synem drobnego sklepikarza finlandzkiego pochodzenia i węgierskiej żydówki. Gdy przyszedł wielki kryzys, miał dwadzieścia lat. Zjeździł całą Amerykę, chowając się w wagonach towarowych. Był komiwojażerem, pomywaczem, kelnerem, masażystą, kopaczem rowów, murarzem, a gdy zaszła potrzeba — włamywaczem. W pewnej zapadłej dziurze w Arizonie, gdzie mył kieliszki, napisał opowiadanie, które wydało mu lewicowe czasopismo. Wtedy napisał kolejne opowiadania. Po sukcesie jego pierwszej powieści wydawca zaczął mu wypłacać pensję, z której żył.

— Chciałabym przeczytać tę książkę — powiedziałam.

— Następna będzie lepsza.

— Ale ta już jest.

Brogan popatrzył na mnie skonsternowany.

— Naprawdę chce ją pani przeczytać?

— Tak, naprawdę.

Wstał i poszedł do telefonu w głębi sali. Po trzech minutach wrócił.

— Książka będzie przed kolacją u pani w hotelu.

— O! Dziękuję! — powiedziałam ciepło.

Wzruszyła mnie żywiołowość jego gestu. To właśnie sprawiło, że od razu wydał mi się sympatyczny — spontaniczność. Nie znał okrągłych frazesów ani rytualnych grzecznościowych formułek. Swoje uprzejmości improwizował i wymyślał na bieżąco, jak czułości. Z początku bawiło mnie, że mam przed sobą modelowego amerykańskiego „lewicowego pisarza–self made mana”. Teraz interesował mnie sam Brogan. Po tym, co opowiadał, widać było, że nie rości sobie wobec życia żadnych praw, a jednocześnie przez cały czas namiętnie pragnie żyć; podobało mi się to — ta mieszanka umiaru i zachłanności.

— Skąd przyszedł panu do głowy pomysł, żeby pisać? — spytałam.

— Zawsze lubiłem druk. Kiedy byłem dzieckiem, robiłem gazetę, wklejając wycinki prasowe do zeszytów.

— Musiały być też inne powody?

Zamyślił się.

— Znam masę różnych ludzi. Mam ochotę pokazać innym, jacy są naprawdę. Słyszy się tyle bzdur. — Zamilkł na chwilę. — Kiedy miałem dwadzieścia lat, zrozumiałem, że wszyscy mnie okłamują i bardzo mnie to zezłościło. Chyba dlatego zacząłem pisać i nadal to robię…

— Nadal czuje pan złość?

— W pewnym sensie — odpowiedział oględnie z niewyraźnym uśmiechem.

— Nie zajmuje się pan polityką?

— Robię niewielkie rzeczy.

W sumie był w tej samej sytuacji co Robert i Henri, jednak znosił to z egzotycznym dla nas spokojem. Pisanie i ujawnianie niesprawiedliwości społecznych w radiu, czasem na mityngach, w zupełności mu wystarczało. Powiedziano mi to już wcześniej: tutaj intelektualiści mogą żyć w spokoju, bo są całkowicie bezsilni.

— Czy ma pan wśród przyjaciół jakichś pisarzy?

— O nie! — żywo zaprzeczył. Uśmiechnął się. — Mam przyjaciół, którzy zaczęli pisać, kiedy zobaczyli, że zarabiam pieniądze, nie robiąc nic poza siedzeniem przed maszyną do pisania. Nie zostali jednak pisarzami.

— Zarobili coś na tym?

Roześmiał się szczerze.

— Jeden wystukał pięćset stron w miesiąc. Musiał słono zapłacić za ich wydanie i żona zabroniła mu próbować dalej. Wrócił do zawodu kieszonkowca.

— To dobry zawód? — spytałam.

— To zależy. W Chicago jest duża konkurencja.

— Zna pan dużo kieszonkowców?

Spojrzał na mnie żartobliwie.

— Z pół tuzina.

— A gangsterów?

Spoważniał.

— Wszyscy gangsterzy to sukinsyny.

Zaczął mi potoczyście tłumaczyć, jaką rolę gangsterzy odegrali w ostatnich latach jako łamistrajki. Potem opowiedział mi mnóstwo historii o ich relacjach z policją, politykami, biznesmenami. Mówił szybko i momentami trudno mi było go zrozumieć, ale jego opowieści były równie pasjonujące, co film z Edwardem Robinsonem. Nagle przestał mówić.

— Nie jest pani głodna?

— Owszem. Teraz gdy mi pan o tym przypomniał, czuję się bardzo głodna — odpowiedziałam. Dorzuciłam wesoło: — Zna pan masę historii.

— O! Nawet gdybym nie znał, coś bym wymyślił — odpowiedział. — Lubię patrzeć, jak pani słucha.

Była prawie ósma. Czas szybko płynął. Brogan zabrał mnie na kolację do włoskiej restauracji. Jedząc pizzę, zastanawiałam się, czemu czuję się przy nim tak swobodnie. Nic prawie o nim nie wiedziałam, a mimo to wcale nie wydawał mi się obcy. Może dlatego, że był biedny i beztrosko znosił swoją biedę. Krochmal, elegancja, dobre maniery — to wszystko stwarza dystans. Kiedy Brogan rozpinał i zapinał skórzaną kurtkę, pod którą miał wyblakły sweter, czułam obok ufną obecność ciała, któremu jest ciepło i zimno — żywego ciała. Sam pastował sobie buty. Wystarczyło na nie spojrzeć, żeby zajrzeć w jego prywatność. Kiedy po wyjściu z pizzerii złapał mnie za ramię, żebym się nie przewróciła na oblodzonej ziemi, jego ciepło od razu wydało mi się znajome.

— Chodźmy! Pokażę pani mimo wszystko kilka fragmentów Chicago — powiedział.

Poszliśmy do klubu burleski i patrzyliśmy na rozbierające się przy muzyce kobiety. Słuchaliśmy jazzu w małym czarnym lokalu z dansingiem. Piliśmy w barze przypominającym noclegownię. Brogan znał wszystkich: pianistę z wytatuowanymi nadgarstkami z klubu burleski, czarnoskórego trębacza z lokalu z dansingiem, kloszardów, czarnych i stare dziwki z baru. Zapraszał ich do naszego stolika, ciągnął za język i patrzył na mnie z uszczęśliwioną miną, bo widział, że się dobrze bawię. Kiedy znów znaleźliśmy się na ulicy, powiedziałam z ożywieniem:

— Zawdzięczam panu swój najlepszy wieczór w Ameryce.

— Jest jeszcze tyle rzeczy, które chciałbym pani pokazać! — powiedział.

Kończyła się noc.

Wiedziałam, że za chwilę wstanie świt i Chicago zniknie na zawsze. Na razie jednak stalowe nadziemne metro przesłaniało nam przeżerającą niebo oblazłą z koloru plamę. Brogan trzymał mnie za ramię. Czarne łukowe przęsła wiaduktu ciągnęły się przed nami i za nami w nieskończoność. Mieliśmy wrażenie, że opasują ziemię i będziemy tak szli całą wieczność.

— Jeden dzień to mało — powiedziałam. — Będę musiała wrócić.

— Niech pani wróci — odpowiedział Brogan. Dorzucił szybko: — Nie chciałbym myśleć, że więcej pani nie zobaczę.

Doszliśmy w milczeniu na postój taksówek. Kiedy zbliżył twarz do mojej twarzy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odwrócić głowy. Poczułam jednak na ustach jego oddech.


Mandaryni (Les mandarins), Simone de Beauvoir, Gallimard, 1954. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Jules i Jim”

« Jules et Jim » Henri-Pierre RochéByło to koło roku 1907.

Przybyły do Paryża z obcego kraju mały, okrągły Jules poprosił dużego, chudego Jima, którego ledwie znał, żeby wprowadził go na Bal des Quat’z’Arts*, a Jim zdobył dla niego legitymację i zabrał go do wypożyczalni kostiumów. Sympatia Jima do Jules’a zrodziła się w chwili, gdy Jules ostrożnie przeglądał kostiumy i wybierał dla siebie skromny strój niewolnika. Na balu, gdzie Jules stał spokojnie z wielkimi jak spodki, pełnymi rozbawienia i tkliwości oczami, jeszcze wzrosła.

Nazajutrz odbyli swoją pierwszą prawdziwą rozmowę. Jules nie miał w Paryżu przyjaciółki, a pragnął mieć. Jim miał niejedną. Poznał Jules’a z młodą muzyczką. Początki wydawały się obiecujące. Jules był przez tydzień odrobinę zakochany, ona też. Później Jules uznał ją za zbyt intelektualną, a ona jego za ironicznego i beznamiętnego.

Jules i Jim widywali się każdego dnia. Do późna w nocy uczyli się wzajemnie swojego języka i swojej literatury. Pokazywali sobie swoje wiersze i wspólnie je przekładali. Dyskutowali niespiesznie, a żaden nie miał wcześniej równie uważnego słuchacza. Wkrótce stali klienci baru zaczęli posądzać ich o swobodne obyczaje.

Jim zabierał Jules’a do uczęszczanych przez sławy kawiarni literackich. Jules zyskiwał tam sobie uznanie, co cieszyło Jima. Do jednej z takich kawiarni przychodziła dobra znajoma Jima — ładna osóbka o nonszalanckim sposobie bycia, która w Halach** trzymała się na nogach dłużej niż poeci, nawet do szóstej nad ranem. Swoimi względami obdarzała na krótko i z wysoka. We wszystkim, co robiła, zachowywała niczym nieskrępowaną swobodę i błyskotliwy, cięty dowcip. Zaczęli wychodzić we troje. Jules, którego zbijała z pantałyku, wydał się jej miły, lecz nieco ociężały umysłowo. Ona zaś wydała się Jules’owi nietuzinkowa, lecz przerażająca. Przyprowadziła swoją dobroduszną koleżankę, która dla Jules’a okazała się jednak zbyt dobroduszna.

W tej sytuacji Jim nie mógł zrobić dla Jules’a nic więcej. Wymógł na nim, aby zaczął szukać sam. Jules, być może skrępowany swoją wciąż niedoskonałą znajomością francuskiego, nadal ponosił porażki. Jim powiedział Jules’owi:

— To nie kwestia języka. — I wyłożył mu pokrótce swój pogląd na sprawę.

— Równie dobrze mógłbyś mi pożyczyć swoje buty albo bokserskie rękawice — odpowiedział Jules. — I jedno i drugie jest dla mnie za duże.

Jules, wbrew opinii Jima, zaczął korzystać z usług profesjonalistek, nie znajdując w tym jednak przyjemności.

Pozostały im przekłady i rozmowy.


*Bal des Quat’z’Arts („Bal Czterech Sztuk”) — zabawa organizowana w latach 1892–1966 przez studentów architektury, malarstwa, rzeźby i grafiki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Paryżu. (Przyp. tłum.)

**Na terenie paryskich hal targowych od połowy XIX do połowy XX wieku toczyło się intensywne życie nocne, a czynne całą dobę kawiarnie i restauracje były miejscem spotkań nie tylko handlarzy, ale i artystów. (Przyp. tłum.)


Jules i Jim (Jules et Jim), Henri-Pierre Roché, Gallimard, 1953. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Proust–Visconti”

« Proust–Visconti : histoire d'une affinité élective »Wielu z nas próbowało sobie wyobrazić, co znalazłoby wyraz w innym filmie widmie: niezrealizowanej przez Luchina Viscontiego ekranizacji W poszukiwaniu straconego czasu, podzielając zdanie Antoine’a Compagnona, że „reżyser Zmysłów, Geparda i Niewinnych (nakręconych na podstawie powieści Gabriela d’Annunzia) prawdopodobnie lepiej poradziłby sobie z niejednoznacznością rozpiętego między dwoma stuleciami dzieła Marcela Prousta2 niż twórcy filmowi, którzy podjęli się tego ryzykownego przedsięwzięcia. Fascynację tę tłumaczy częściowo obsada filmu, która zapowiadała się niezwykle spektakularnie. Barona de Charlusa miał zagrać Marlon Brando (wybór, który nie dziwił nikogo, kto znał geniusz tego aktora lub widział, jak w Gepardzie przypominający kowboja Burt Lancaster zamienia się w sycylijskiego księcia). Narratorem byłby Alain Delon, księżną de Guermantes – Silvana Mangano, a Franciszką – Simone Signoret. Wiele emocji wzbudziła pogłoska o niespodziewanym powrocie na ekrany legendy kina Grety Garbo, która miała się wcielić w rolę królowej Neapolu, największej z arystokratek sportretowanych w powieści (Garbo rzeczywiście zgodziła się wystąpić w filmie, wycofała się jednak po tym, jak Visconti przedwcześnie i z wielkim hukiem podał ten fakt do publicznej wiadomości). O atrakcyjności niezrealizowanego projektu Luchina Viscontiego stanowi jednak nie tyle plejada gwiazd, które po raz pierwszy spotkałyby się na planie filmowym, czy śmiałość wyzwania, którym byłoby bezsprzecznie napisanie scenariusza – inaczej adaptacje Volkera Schlöndorffa (Miłość Swanna) i Raúla Ruiza (Czas odnaleziony), z których każda ma znakomitą obsadę, wycyzelowany scenariusz i wystawną scenografię, oddziaływałyby równie silnie.

Tym, co sprawia, że długo jeszcze myśleć będziemy o filmie, który nigdy nie powstał, jest raczej niezwykłe podobieństwo łączące Luchina Viscontiego i Marcela Prousta. Urodzony w 1906 roku, siedem lat przed ukazaniem się W stronę Swanna, Luchino Visconti di Modrone to najprawdziwszy Guermantes – potomek rodu, który przez dwa stulecia władał Mediolanem, wzniósł tamtejszą katedrę i odegrał kluczową rolę w historii najsłynniejszej sceny operowej świata, Teatro alla Scala. „Zupełnie jak narrator W poszukiwaniu straconego czasu – pisze w wyśmienitej biografii filmowca Laurence Schifano – każdego wieczoru, a już zwłaszcza wtedy, gdy rodzice przyjmowali gości, Luchino wyczekiwał chwili, gdy usłyszy kroki swojej matki i szelest jej jedwabnej sukni na schodach […]”3.

Między życiorysami obu artystów można znaleźć zbieżności i analogie, o których nikt by dziś nie pamiętał, gdyby nie idące za nimi frapujące artystyczne pokrewieństwo. W obu biografiach pojawiają się lamperie z hotelu Ritz oraz, poznani w salonach dzielnicy Saint-Honoré, gościnna przyjaciółka artystów Misia Sert i poeta Jean Cocteau. Ciekawym zbiegiem okoliczności w Nie ma Albertyny pojawia się nawet „markiz Visconti-Venosta”4. Życie obu rozjaśniała gwiazda niezapomnianych artystek: Visconti zaprosił na deski operowe Marię Callas, Proust scalił w jedną wspaniałą postać – Bermę – Sarę Bernhardt i Réjane. Obaj przeżyli podobny dramat: tragiczną śmierć pracownika. Kiedy samolot Alfreda Agostinelliego, kierowcy, którego darzył wielkim uczuciem, rozbił się nad Morzem Śródziemnym, Prousta przytłoczył smutek i „poczucie winy, bo gdyby Alfred go nie poznał, nie dostałby tyle pieniędzy i nie nauczyłby się latać”5. Młody hrabia Visconti zaś winił się za śmierć kierowcy z rodzinnego zamku w Grazzano, który zginął w nieszczęśliwym wypadku w dniu, w którym zmusił go do wyjazdu: „Czuł się do tego stopnia odpowiedzialny, że aż do śmierci wypłacał rentę rodzinie zmarłego. […] Chciał całkowicie zatracić się w samotności i pokucie, unicestwiając wszystko, czym do tej pory był. Żadna kara nie była wystarczająca, by odkupić jego winę”6.

Lecz przecież „życiorys nie wyjaśnia wszystkiego: nie wyjaśnia geniuszu”7. Powyższe fakty miałyby jedynie anegdotyczne znaczenie, gdyby nie widoczne na pierwszy rzut oka podobieństwo charakterystycznych dla obu twórców motywów, takich jak rozpamiętywanie i mitologizowanie czasów dzieciństwa, odmalowywanie świata skazanego na zagładę, Wenecja czy wreszcie „przeklęty ród” inwertytów. Gilles Deleuze sporządza następujący spis „tematów łączących Viscontiego z Proustem”: „kryształowy świat arystokracji; jego wewnętrzny rozpad; wielkie wydarzenia historyczne widziane ze specyficznej perspektywy (sprawa Dreyfusa, I wojna światowa); spóźniona świadomość straconego czasu, pozwalająca jednak nadać sztuce jedność i odnaleźć czas; warstwy społeczne definiowane na podstawie duchowej wspólnoty, a nie pochodzenia…”8.

W 1969 roku, w rozmowie na temat swojego przyszłego filmu, Visconti opowiadał: „Interesuję się Proustem od pięćdziesięciu lat. W poszukiwaniu straconego czasu odkryłem jako bardzo młody człowiek. Pewnego dnia zobaczyłem ojca zatopionego w lekturze jakiejś właśnie sprowadzonej z Paryża książki. Było to koło roku 1920. Książka nosiła tytuł W stronę Swanna, została wydana przez Gallimarda i miała skromną, kremowobiałą okładkę z czarno-czerwonym obramowaniem. Spostrzegłszy, że dziwi mnie, co go w niej tak zainteresowało, ojciec przestał na chwilę czytać i wyznał, że za każdym razem, gdy przewraca kartkę, cierpi na myśl o tym, że ta fenomenalna powieść wkrótce się skończy.”

Trudno nie widzieć w tym, nadzwyczaj proustowskim, zdającym się wypływać z samej materii książki, wspomnieniu czegoś w rodzaju sceny pierwotnej. W późniejszym czasie doskonale znający francuski Visconti będzie zawsze zabierał ze sobą na wakacje któryś z tomów W poszukiwaniu straconego czasu. Jak pisze Jean-Yves Tadié, „biografowie często zapominają o tym, że w życiu przyszłego pisarza [tutaj zaś przyszłego filmowca] przeczytane książki mają większe znaczenie niż spotkani ludzie; rozwodzą się na temat przygodnie poznanej pani domu, słowem nie wspominając o Racinie czy Balzacu”9. Lektura W poszukiwaniu straconego czasu była bez wątpienia jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu Viscontiego; można też śmiało powiedzieć, że tworzył po części po to, by zapobiec skończeniu się tej „fenomenalnej powieści”. W jego filmach pojawiają się w różnych wcieleniach Swann i Odeta, narrator i Albertyna, Charlus i Morel; słychać sonatę Césara Francka, pierwowzór sonaty Vinteuila; widać Ryszarda Wagnera i siostrę królowej Neapolu, Elżbietę Bawarską; panie Verdurin zostają księżnymi de Guermantes i całe światy odchodzą w niebyt w trakcie jednego wytwornego przyjęcia.


2Antoine Compagnon, Proust entre deux siècles, Seuil, Paryż 1989, s. 24. (Ten cytat i wszystkie następne w moim przekładzie – przyp. tłum.)

3Laurence Schifano, Visconti, les feux de la passion, Flammarion, Paryż 1987, str. 69 (wydanie polskie: Luchino Visconti: ogień namiętności, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010, tłum. Elżbieta Radziwiłłowa).

4Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu (La recherche du temps perdu), t. IV, red. Jean-Yves Tadié, seria „Bibliothèque de la Pléiade”, Gallimard, Paryż 1987-1989, s. 216.

5Jean-Yves Tadié, Marcel Proust, seria „Biographies”, Gallimard, Paryż 1996, s. 731.

6Laurence Schifano, op. cit, s. 126-127.

7Brian Rogers i Jean-Yves Tadié, wstęp do Miłości Swanna (Un amour de Swann), W poszukiwaniu straconego czasu (La recherche du temps perdu), t. I, s. 1181.

8Gilles Deleuze, Cinéma 2. L’Image-Temps, Minuit, Paryż 1985, s. 128 (polskie wydanie: Kino, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2008, tłum. Janusz Margański).

9Jean-Yves Tadié, op. cit., s. 75.


Proust-Visconti: powinowactwo z wyboru (Proust–Visconti : l’histoire d’une affinité élective), Florence Colombani, Philippe Rey, 2006. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„O sztuce zanudzania opowieściami o swoich podróżach”

« De l'art d'ennuyer en racontant ses voyages » | Matthias DebureauxUpierdliwy, kto jak Ulisses zwiedził piękne kraje. Na kilku snujących barwne opowieści złotoustych, iluż przypada bowiem nudziarzy i natrętów! Iluż było mitomańskich Kartagińczyków, bajdurzących niestrudzenie o swoich wypadach na słoniach! Iluż trącających się rogami i roniących miód pitny Wikingów, rozpamiętujących z lubością swoje gwałty pod rozgwieżdżonym niebem! Iluż rycerzy, umiejących zepsuć najwspanialszą ucztę swoimi przydługimi monologami o wyprawach krzyżowych i autorskich metodach zarzynania Saracenów! Iluż powracających z Santiago de Compostela pielgrzymów, obnażających z dumą swoje umęczone stopy! Czy ktoś pomyślał, jakie męki cierpieli towarzysze niewoli Marca Polo, bombardowani jak dzień długi opowieściami o jego przejściach na jedwabnym szlaku? Czy ktoś się zastanowił, jaki koszmar przeżywały żony marynarzy żeglujących z Krzysztofem Kolumbem? W kółko to samo ględzenie przez całe życie!

W XIX wieku sytuację pogorszyły dodatkowo popularyzacja podróży dla przyjemności i narodziny turystyki. Przestano odkrywać, zaczęto zwiedzać. Romantyczne mieszczuchy ruszyły w Wielki Objazd. Obznajomieni z Orientem, Florencją czy brzegami Nilu zaczęli nagle nabierać w oczach modnej socjety szlachetnego, głębokiego blasku. Podróż do Włoch stała się wizytówką człowieka wrażliwego i „smarem” ułatwiającym kontakty społeczne. Kimże jest jednak podróżnik? „Człowiekiem, który szuka drugiego do rozmowy na drugim końcu świata” – odpowiada Jules Barbey d’Aurevilly.

Już w 1890 roku autor brytyjskiego podręcznika dobrych manier przestrzegał szanującego się dżentelmena: „Jeśli podróżowałeś, nie trąb o tym na każdym kroku. Podróżować może każdy, kto tylko ma trochę pieniędzy i wolnego czasu”. Kilka lat później wędrująca po świecie Vita Sackville-West określiła podróże mianem najprymitywniejszej z rozrywek. Powieściopisarka Colette twierdziła, że potrzebują ich jedynie ludzie o ubogiej wyobraźni. Montherlant zaś, który sam sporo jeździł, uznawał je za pensjonarskie fanaberie.

Każdy, kto musiał kiedyś dotrwać do końca szczegółowej relacji z wyprawy we dwoje do Jakucji, zna ten ból. Po powrocie do kraju upojony majestatem przyrody i magią spotkań globtroter ma tylko jeden cel: zamęczyć nas swoimi anegdotami, refleksjami i mądrościami. Będzie odmalowywał słowami najpiękniejsze, najodleglejsze raje. Czyli: nudy na pudy. Arsenał podróżnika jest niewyczerpany. A antidotum na podróżnicze nudziarstwo niestety brak. Wracającemu z dalekich wojaży delikwentowi należałoby zafundować przymusową kwarantannę. Co najmniej dwanaście godzin w komorze wytrzeźwień. Lecz cóż. Nawet wtedy, po dobrych paru miesiącach, ba, latach, znów zebrałoby mu się na wspominki. Pamięć o podróżniczej odysei jest bowiem jak wieczny ogień: nigdy nie gaśnie.


O sztuce zanudzania opowieściami o swoich podróżach (De l’art d’ennuyer en racontant ses voyages), Matthias Debureaux, Allary Éditions, 2015. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Caritas”

„Caritas (Miłość)”, Giotto di Bondone (1306). Fresk w kaplicy Scrovegnich w Padwie.

„Caritas (Miłość)”, Giotto di Bondone (1306). Fresk w kaplicy Scrovegnich w Padwie.

Dziewczyna kuchenna była osobą prawną, trwałą instytucją, której niezmienne kompetencje nadawały rodzaj ciągłości i tożsamości mimo kolejnych przejściowych form, w których się przejawiała, nigdy bowiem ta sama nie zostawała u nas przez dwa lata z rzędu. Tamtego roku, kiedy jedliśmy tyle szparagów, dziewczyną kuchenną, do której zazwyczaj należało ich „skrobanie”, było biedne chorowite stworzenie, będące w dość zaawansowanej ciąży już, gdy przyjechaliśmy na Wielkanoc, tak że dziwiliśmy się nawet, że Franciszka obarcza ją tyloma sprawunkami i obowiązkami, zaczynała bowiem z trudem nieść przed sobą tajemniczy, z każdym dniem pełniejszy kosz, którego imponujący kształt rysował się pod jej luźnymi fartuchami. Przypominały one suknie okrywające niektóre z alegorycznych postaci Giotta na podarowanych mi przez Swanna fotografiach. To właśnie on zwrócił nam uwagę na to podobieństwo i, dopytując nas o dziewczynę kuchenną, mawiał: „Jakże się miewa Miłość Giotta?”. Zresztą i ona sama, biedaczka, pogrubiała od ciąży aż po buzię, aż po opadające prosto kwadratowe policzki, była w istocie dosyć podobna do krzepkich i męskich w typie panien, czy raczej matron, personifikujących cnoty w kaplicy Arena. Uświadamiam sobie teraz, że padewskie alegorie cnót i grzechów przypominały ją w jeszcze inny sposób. Tak samo jak owa dziewczyna zyskiwała na wizerunku przez naddany symbol, który dźwigała przy brzuchu niczym zwykłe, ciążące brzemię, nie wydając się rozumieć jego znaczenia i nie zdradzając niczym w swoim wyrazie twarzy jego urody i istoty, tak samo, nie wyglądając na tego świadomą, uosabiała chrześcijańską cnotę miłości znana mi z reprodukcji wiszącej na ścianie w moim pokoju do nauki w Combray mocarna gospodyni ukazana w Arenie pod napisem „Caritas” – nie dając nijak do zrozumienia, że jakakolwiek myśl o miłości Boga i bliźniego mogła kiedykolwiek odmalować się na jej dziarskiej, pospolitej twarzy. Za sprawą twórczej wizji malarza depcze ona ziemskie bogactwa – czyniąc to jednak zupełnie tak, jakby ugniatała stopami winogrona, by wycisnąć z nich sok, czy raczej weszła na worki, by dodać sobie wzrostu – i wręcza, a właściwie  p o d a j e, Bogu swoje płonące serce jak kucharka przez piwniczny lufcik komuś, kto o niego prosi przez okno na parterze, korkociąg.


W stronę Swanna (Du côté de chez Swann), W poszukiwaniu straconego czasu (À la recherche du temps perdu), Marcel Proust, 1913. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Leksykon dla miłośników Marcela Prousta”

Dictionnaire amoureux de Marcel ProustAstma

Owa przypadłość oddechowa – „święta choroba”, którą lekarze zwali niegdyś meditatio mortis, czyli przygotowaniem do śmierci – była w życiu Marcela Prousta wielkim problemem, choć przez przekorę wobec Sainte-Beuvea (a może przesądność?) narrator W poszukiwaniu straconego czasu cierpi na nią jedynie w umiarkowanym stopniu. Poza marginalnymi wyjątkami (bohaterami opowiadań Obojętny i Koniec zazdrości) w całym dziele Prousta pojawia się zaledwie jedna jawnie dychawiczna postać: ciężarna dziewczyna kuchenna z Combray, którą Swann z powodu jej „energicznej i pospolitej” twarzy porównuje do Caritas Giotta. Czyżby nieszczęsna dusiła się jak pisarz, który powołał ją do życia, i została obdarowana chorobą swojego stwórcy, by zasugerować niejakie podobieństwo między pisaniem i rodzeniem dzieci? Tak przynajmniej twierdzono…

A poważniej: tak obecna w korespondencji Marcela astma, którą on sam za lekarzem swojej babki nazywał „mentalną albuminurią”, była dla niego przede wszystkim wyrokiem losu: tak już musi być, zdaje się mówić dręczony bezsennością i napadami duszności Marcel, bo lepiej niż ktokolwiek inny wie, że „prosić swoje ciało o litość to jakby dyskutować z żarłaczem ludojadem”.

Rzecz jasna Proust nie jest jedynym astmatykiem w literaturze; jest jednak na pewno tym, który instynktownie najlepiej uchwycił związek między „brakiem tchu” a uczuciem emocjonalnego braku czy opuszczenia. Jeszcze zanim dopadła go zgraja freudystów, sam odgadł, że niewydolność oddechowa, której pierwsze objawy zbiegły się w czasie z wejściem w wiek szkolny jego brata, była dla niego swoistym sposobem na przywołanie „mamy”, na sprawdzenie, czy nadal jest dla niej najważniejszy, na wyproszenie od niej kolejnego wieczornego pocałunku („Wolę już mieć napady i być ci miłym, niż być ci niemiłym i ich nie mieć”). W każdym razie astma tak niepodzielnie rządziła życiem Marcela i narzucała mu tyle nawyków, że aż kusi, by powiedzieć o nim to, co on sam powiedział o krewnej Roberta de Flersa: „Lecząc się, wprawiała się w tak ciężką chorobę, że pewnie lepiej by dla niej było, gdyby po prostu zdecydowała się cieszyć dobrym zdrowiem”. Nie zapominajmy jednak, że dziś astmę leczy się skuteczniej kortykosterydami niż psychoanalizą, co niejako dezaktualizuje rozwlekłe, swoją drogą niezwykle zabawne, edypalne interpretacje ataków nękających Prousta.

Ciekawsza i trudniejsza do rozwikłania jest stale powracająca kwestia związku między astmą Marcela a jego stylem pisania. Nie sięgając nawet do głośnej pod koniec lat pięćdziesiątych XX wieku dysputy między Reném Étiembleem i Georgesem Rivanneem (czyli gramatykiem, który nie miał pojęcia o medycynie, i lekarzem, który nic nie rozumiał z gramatyki), można z pewnością stwierdzić, że Proust, który ma krótki oddech, buduje długie zdania. I że braknie mu tchu, lecz nie natchnienia. Liczne, przerywające tok jego wypowiedzi „ale” i „bądź” wskazują, że swoją weną twórczą chce sięgać dalej, niczym tonący pływak, który reszkami sił zagarnia wodę, próbując dotrzeć do nieosiągalnego brzegu.

Czy płynie stąd wniosek, że pisarz, który z trudem oddycha, wymaga od języka rozmachu i swobody, na które nie pozwalają mu płuca? Niewykluczone. Czy wobec tego należałoby uznać, że pisarze o płucach jak dzwon, dajmy na to Hemingway czy Maupassant, programowo piszą krótkimi zdaniami (akurat w przypadku tych dwóch teza ta byłaby niedaleka od prawdy)? Rzecz do zbadania…

Tak czy owak, nie ma nic bardziej poruszającego niż zmagania Marcela z chorobą. I nic bardziej dojmującego niż jego kolejne medyczne eksperymenty: z perełkami azotynu amylu, pigułkami Trousseau, jodkami, belladonną, eukaliptusem, adrenaliną wdychaną za pomocą gumowej gruszki. Albo niż wyłaniająca się w trakcie lektury jego korespondencji mapa oddechowa, która kształtuje jego wyobrażenie przestrzeni jeszcze bardziej niż dwie strony Combray („Gdzie można spotkać więcej astmatyków: wokół Parku Monceau czy przy Dworcu Świętego Łazarza?”, „Jak się oddycha przy rue de Rivoli?”, „Czy wiosną jest wskazana podróż pociągiem?” itp.).

W rzeczywistości astma (i związana z nią pamięć immunologiczna) wyczuliła Prousta na świat zewnętrzny. Zmusiła go do podejrzliwego analizowania zapachów i kuchennych woni oraz rozpoznawania zwiastujących je drobinek i odgłosów. W tym sensie astma była dla Marcela (tak jak zazdrość, z której wzięła swój początek) dobroczynną muzą, cudowną szkołą odczuwania i dociekania, a przez to – pisania powieści. Trzeźwo myślący, mający brata i ojca lekarza, wertujący uczone rozprawy o oskrzelach i pyłkach kwiatowych Proust zastanawiał się nawet czasem, czy astma nie uchroniła go przed groźniejszymi – a do tego o wiele nudniejszymi – dolegliwościami.


Leksykon dla miłośników Marcela Prousta (Dictionnaire amoureux de Marcel Proust), Jean-Paul Enthoven, Raphaël Enthoven, Plon / Grasset, 2013.

„Sto leczniczych powieści”

Ty go kochasz, a on ciebie nie

OBJAWY

Jesteś zakochana, myślisz tylko o nim. Godzinami wyczekujesz pod telefonem. Na jego widok cała drżysz. Dziesiątki razy śniło ci się, że wychodzisz za niego za mąż. To mężczyzna twojego życia. Problem w tym, że on o tym nie wie lub niewiele go to obchodzi. Nie wpadaj w panikę. Twoje schorzenie jest dość powszechne.

ŚRODKI ZARADCZE

Literatura dostarcza wielu wspaniałych przykładów na to, że twoja przypadłość to jedna z „rzeczy na świecie najlepiej podzielonych”. Ale uwaga: możliwych jest kilka wariantów. Ty go kochasz, a on ciebie nie (i właśnie dlatego go kochasz). Albo: ty go kochasz, a on ciebie chyba nie. Albo: kochasz go i jesteś święcie przekonana, że on ciebie nie (tymczasem nie masz racji). Każdy z tych wariantów wymaga co prawda dłuższego omówienia, ale trudno: warto poświęcić na to trochę czasu, bo problem jest naprawdę ważki. Nie miej mi przy tym za złe, drogi czytelniku, że przyjmę kobiecy punkt widzenia – dokonaj po prostu transpozycji odpowiedniej dla swojego rodzaju. Niechaj ten jeden raz płeć żeńska weźmie górę nad męską.

Kochasz mężczyznę, który cię nie kocha

„Sto leczniczych powieści”, Stéphanie Janicot, Albin Michel, 2008. Okładka.

A nawet wybrałaś go (nieświadomie) właśnie z tego powodu. Opowiem ci historię, która doskonale ilustruje ową ludzką skłonność do zadurzania się w kimś, kto nie odrywa oczu od kogoś innego. W skrócie brzmi ona tak: Rhett kocha Scarlett, która kocha Ashley’a, który kocha Melanię. Zgadłaś! To oczywiście oś fabuły Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell. Najciekawsza jest sytuacja Scarlett. Dlaczego? Bo Scarlett upiera się, że zdobędzie mężczyznę, który zupełnie do niej nie pasuje, tylko dlatego, że ten kocha inną. Panowie są bardziej konsekwentni. Rhett ma wszelkie powody ku temu, żeby kochać Scarlett: są do siebie podobni. Tak samo Ashley: Melania jest dla niego stworzona, a do tego odwzajemnia jego uczucie. Tak więc obdarzona ognistym temperamentem i wyzuta z moralnych skrupułów Scarlett próbuje uwieść prawego do granic nudności Ashley’a (imiona bohaterów są zresztą nieprzypadkowe: „ash” to po angielsku „popiół”, a „scarlett” – „szkarłat”). Czytelnik jako zewnętrzny obserwator widzi doskonale, że upór Scarlett jest bezcelowy. I tak nigdy nie stworzyłaby z Ashley’em udanego związku. Jednak jak my wszystkie jest tak skoncentrowana na spotykającym ją miłosnym zawodzie, że nie dopuszcza tego do świadomości. Jeśli jesteś zatem w tym samym położeniu co Scarlett i zabrnęłaś w ślepy zaułek, zakochując się w kimś, kto nie jest dla ciebie, uważaj: możesz zmarnować życie i przegapić przystojnego Rhetta, który byłby dla ciebie jak znalazł. Skąd masz wiedzieć, spytasz, że dotyczy cię ten wariant, a nie kolejny, o wiele bardziej optymistyczny? Zasięgając opinii wokół siebie, spisując na kartce cechy jego i swoje albo robiąc jeszcze coś innego – a bo ja wiem? Nie dostarczę ci testu, który pozwoliłyby sprawdzić, czy kierujesz swoje uczucia do właściwej osoby. Mogę cię tylko przestrzec. Jeśli naprawdę cię nie kocha, nie trać na niego czasu. Przeczytaj (po raz pierwszy lub kolejny) Przeminęło z wiatrem i zacznij rozglądać się za kimś innym.

Kochasz go i sama już nie wiesz, czy on ciebie też

Tobie zaś, duszo dręczona niepewnością pierwszych miłosnych porywów, doradzam lekturę całej, jednakowo dobroczynnej, twórczości Jane Austen. Odniesiesz bowiem równy pożytek, czytając każdą z sześciu największych powieści tej angielskiej autorki, posiadającej niezwykły wprost talent do wydawania za mąż swoich młodych bohaterek (mimo tego, że sama przez całe życie była niezamężna). W twoim przypadku przydadzą się zwłaszcza trzy pozycje. Na początek oczywiście Mansfield Park. Młoda, uboga dziewczyna zostaje przygarnięta przez zamożnego wuja. Zakochuje się w jednym ze swoich kuzynów, Edmundzie. Czuje się niegodna jego miłości i nie wierzy, że ich związek mógłby dojść do skutku, zwłaszcza że jego rodzice liczą dla niego na dobry (czytaj: bogaty) ożenek. Śledzącemu liczne perypetie miłosne tej pary czytelnikowi rzeczywiście trudno uwierzyć, że szala zwycięstwa w końcu przechyli się na stronę Fanny. A jednak! Tak miło jest czytać historie, które źle się zaczynają i dobrze kończą. Nie wahaj się więc sięgnąć następnie (po raz pierwszy lub kolejny) po Dumę i uprzedzenie, gdzie inteligentna, lecz uboga i przekonana o własnej pospolitości dziewczyna nie śmie nawet marzyć, że uda jej się zdobyć mężczyznę przystojnego, bogatego i inteligentnego (czyli pana Darcy’ego, jednego z najbardziej ujmujących bohaterów powieści). A jednak! Na koniec zaś możesz przejść do moich ulubionych Perswazji, w których to Anna – już nie dziewczyna, lecz młoda kobieta – spotyka po latach drogiego sercu mężczyznę, któremu w młodości odmówiła ręki. Ona wciąż jest wolna. On szuka żony. Ona myśli, że on żywi do niej urazę. On sprawia wrażenie, że interesuje się inną. Szanse na to, że się zejdą po latach, wydają się nikłe. A jednak! Ach, droga zakochana czytelniczko, doprawdy możesz się zabrać do lektury książek Jane Austen z zamkniętymi oczami. (Choć to, przyznaję, raczej mało praktyczne.)

Przeciwwskazania

Jeśli dotyczy cię pierwszy z wymienionych wariantów, obawiam się, że lektura Jane Austen zamiast sprowadzić cię na ziemię tylko przedłuży u ciebie stan błogiego rozmarzenia. Dlatego najpierw postaw właściwą diagnozę, a dopiero potem zacznij autoterapię. Wiadomo przecież, że lecząc jedną chorobę, można utrwalić, a nawet wywołać, drugą.

Kochasz go i myślisz, że on ciebie nie

Znajdujesz więc sobie innego i wszystko zaprzepaszczasz, podczas gdy on, jak się okazuje, jednak cię kochał. Głupie, co? Aby uniknąć tego rodzaju błędów, przestudiuj fragment Wojny i pokoju Lwa Tołstoja. Lektury całości nie mam odwagi ci zaproponować, bo odparłabyś pewnie, nie bez racji zresztą, że opisy bitew napoleońskich nijak nie mogą ulżyć twemu miłosnemu cierpieniu, chociaż… Cóż, pozwól, że przedstawię ci młodziutką, porywczą Nataszę. Natasza kocha się w księciu Andrieju, z którym w końcu szczęściem się zaręcza. Mają się pobrać następnego roku, kiedy książę wróci z wojny. Natasza jest młoda. Liczy dni i godziny. Książę nie pisze. Wmawia więc sobie, że o niej zapomniał. Z żalu, przez lekkomyślność, a być może tylko z winy swojego młodego wieku, daje się zbałamucić Anatolowi, mężczyźnie frywolnego usposobienia. Ich ucieczka wywołuje skandal. Książę Andriej zaś, uosobienie stałości i wierności, zrywa zaręczyny. Natasza wypłakuje oczy. Traci miłość swojego życia, bo zabrakło jej wiary i wytrwałości. Jest dokładnym przeciwieństwem Scarlett: zbyt szybko porzuca nadzieję, że jej marzenia się ziszczą.

I jak tu być mądrą? Mieć nadzieję czy może sobie odpuścić? Jeśli nie masz nikogo, kto by ci doradził, wypróbuj wszystkie trzy czytelnicze tropy i przekonaj się sama, która z bohaterek jest ci najbliższa. Przynajmniej zamiast ślęczeć przy telefonie i błagać, żeby zadzwonił, zajmiesz się czytaniem.


Sto leczniczych powieści na (prawie) wszystkie bolączki (Cent romans de première urgence pour (presque) tout soigner), Stéphanie Janicot, Albin Michel, 2008. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Dorastanie”

Grandir Sophie FontanelLudzie pytają, jak się mam, a ja odpowiadam, jak się ma moja matka. Siedzę w kawiarni przy place de la Bastille z przyjacielem, który mnie rozumie. To mężczyzna o wielkiej inteligencji, choć to nie inteligencja jest chyba tutaj najważniejsza. Kilka lat temu jego dziecko było o krok od śmierci. To raczej stąd bierze się jego empatia: z faktu, że kiedyś przestraszył się utraty miłości, że drżał o życie inne niż swoje. Uczy filozofii. Opowiadam mu o swojej matce, a on z nieskończoną czułością spuszcza oczy i cytuje Jankélévitcha, dla którego starość i śmierć była „usunięciem nieusuwalnego”.

Słysząc, jak w ten sposób nazywa ściskającą mnie za gardło niezgodę, odkrywam przed nim to, co taję przed innymi znajomymi. Że nie wiem, czy wytrzymam. Że wieczorem jestem cała połamana. Wszystko mnie boli, nawet paznokcie. Moje ciało ma teraz tyle lat, co moja matka i ja łącznie: sto trzydzieści sześć. Rano nie mogę zrobić kroku, tak kruche mam nogi – jak wszystkie kolosy, jak wszyscy ci, którzy mierzą siły na zamiary. Muszę przecież być bohaterką, skoro chcę oddalić śmierć. Mówię mu, że z ciężkim sercem patrzę, jak moja matka staje się dzieckiem – dzieckiem, któremu się tłumaczy, którym trzeba pokierować, które się karmi, pieści i przewija. I że, szczęście w nieszczęściu, mogę z nią teraz zrobić wszystko. Wszystko, tylko nie przywrócić jej siły. Ja, która nie mam dzieci, powtarzam w kółko: „Ona jest jak dziecko… zupełnie jak dziecko”. On zaś, który ma dziecko i niemal je stracił, wyjaśnia: „Nie. To nie to samo. Widzisz, przy dziecku twoim zadaniem jest wydobyć je z zależności. To więcej niż zadanie: to misja. Chociaż nie, czekaj… To nawet więcej niż misja: to przeznaczenie. Dziecko to ktoś, kogo czynisz samodzielnym. Dziecko cię opuści, żeby żyć. Dziecko ma szanse, żeby żyć – nawet jeśli jest chore, nawet jeśli kiepsko sobie radzi. Możesz w to wierzyć. Do końca możesz myśleć, że jeśli tylko wyzdrowieje, będzie uratowane, że jeśli tylko zda maturę, będzie uratowane, że jeśli tylko nauczy się budować więzi, będzie uratowane. A twoja mama? Dokąd ją prowadzisz? To ty wychodzisz z zależności, nie ona. Do końca będziesz dzieckiem, które ona usamodzielnia. Jako matka. Nie buntuj się, pozwól jej na to, bo ona w ten sposób dopełnia twojego wychowania”.


Dorastanie (Grandir), Sophie Fontanel, Robert Laffont, 2010. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.