Category Archives: Tłumaczenia z francuskiego

„Straszna oberża”

„Straszna oberża”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

— Co do kobiet — powiedział Chanlieu — to nie życzę wam takiej podróży poślubnej jak ta, którą odbyłem ze swoją pierwszą żoną. Dość powiedzieć, że oboje ledwo uszliśmy z życiem… Opowiem wam wszystko, jak było, od razu, bez zbędnych ceregieli.

Po powrocie z Sajgonu poprosiłem Towarzystwo Przewozów Morskich1 o urlop. Wykorzystałem go, żeby wreszcie ożenić się z maleńką Marią Łucją z Mourillonu2, która od czasu, gdy zmarł jej ojciec na Madagaskarze, mieszkała z dziadkiem.

W podróż poślubną wybraliśmy się do Szwajcarii. To był mój pomysł. Tak naprawdę jestem mieszczuchem i szczurem lądowym i nie znoszę przygód. Jeśli przez dwadzieścia lat pływałem jako kapitan na statkach dalekomorskich, to tylko dlatego, że taka była tradycja w mojej rodzinie i tego chcieli ojciec i matka. Ja od początku dostawałem od tego choroby morskiej.

No więc znaleźliśmy się w Szwajcarii, zupełnie jak za czasów Töpffera3. Moja młoda żona i ja. Zakochani po uszy. Znacie Solurę?

— Ja tam ożeniłem się na Borneo! — zachichotał Dorat, największy żartowniś spośród starych wilków morskich, które opowiadały sobie straszne historie przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie.

— No tak… A więc Solura to, można by rzec, stolica romańskiej Szwajcarii. To właściwie jedna długa, cicha ulica, gdzie najmniejszy nawet podmuch wiatru znad góry Weissenstein wprawia w ruch kołyszące się na drążkach obrazkowe szyldy.

Należąca do Jury góra Weissenstein mierzy ponad tysiąc trzysta metrów i leży na północny zachód od miasta. Błądzący tamtejszymi leśnymi wąwozami i ścieżkami turysta dociera w końcu na wysokość, powyżej której w drodze na szczyt nie ma już nic prócz pewnej oberży, która w tamtym czasie cieszyła się bardzo złą sławą.

Dwa lata przed naszym przyjazdem miejscowe władze znalazły w sąsiedniej studni i pobliskiej jaskini tuzin szkieletów i nieco rzeczy osobistych podróżnych, którzy w owej oberży znaleźli zgubną, ostatnią w życiu gościnę. Śledczy i biegli ustalili, że zbrodnie popełnili właściciele oberży, Weisbachowie (pamiętacie może tę sprawę, w swoim czasie pisały o niej wszystkie gazety). Ta odrażająca para tak skutecznie zastraszyła okolicznych mieszkańców, że trzymali gęby na kłódkę nawet po ich śmierci. Kilku starych górali już wcześniej domyślało się wielu rzeczy, jednak Jan Weisbach wystarczająco jasno dał im do zrozumienia, że nie lubi, żeby się mieszano w jego sprawy. Weisbachowie zmarli w spokoju, jako bogaci i szanowani ludzie. W końcu zmarł także Daniel, ich chłopak do wszystkiego.

Kiedy sprawa wyszła na jaw, prowadzący dochodzenie zaczęli rozpytywać wokół. W końcu udało im się skłonić do mówienia byłych sąsiadów, a także pewną starą kobietę z wolem na szyi, którą Weisbachowie groźbą przymusili do służby. Dzięki temu odtworzyli wiele — należących już wówczas do przeszłości — dramatycznych historii. Przerażające okoliczności zbrodni wskazywały, że Weisbachów cechowała nie tylko nienasycona żądza zysku, lecz także rzadko spotykana skłonność do sadyzmu i okrucieństwa.

W hotelowych jadalniach w Solurze nie mówiono rzecz jasna o niczym innym. Podróżni czekający na dyliżans, którym mieli wjechać na górę Weissenstein, by po zmroku dotrzeć na szczyt i przenocować w hotelu wsławionym pobytem Napoleona, a następnego dnia zjechać na francuską stronę Bramą Burgundzką, zakładali od razu, że w połowie podjazdu zatrzymają się na kieliszeczek czegoś mocniejszego w „krwawej oberży” — jak ją teraz nazywano ze względu na sprawę Weisbachów i kolor, na który była wymalowana. Był to niejako obowiązkowy punkt programu. W czasie gdy konduktor dyliżansu poił konie, turyści popijali trunki przy kontuarze i gawędzili z nowymi właścicielami.

Ówcześni oberżyści prowadzili interes od roku. Ich poprzednicy, bezpośredni następcy Weisbachów, wynieśli się, gdy tylko sprawa nabrała rozgłosu. Twierdzili, że zostali zrujnowani. Schefferowie byli sprytniejsi: wymyślili sobie, że na głupocie ciekawskich można zarobić. Zważywszy na to, co słyszało się w okolicy, ich rachuby były całkiem słuszne. Wszyscy przejeżdżający przez Solurę cudzoziemcy chcieli zobaczyć „krwawą oberżę”. Niektórzy pozwalali sobie nawet na luksus i zatrzymywali się tam na nocleg.

W dniu, w którym po zjedzeniu wyśmienitej kolacji i wypiciu butelki przedniego reńskiego wina wsiedliśmy z Marią Łucją do dyliżansu, była wspaniała pogoda. Byliśmy przekonani, że czeka nas miła przejażdżka, a w międzyczasie, jako dodatkowa atrakcja, emocjonująca przygoda jak z powieści w odcinkach.


1 Towarzystwo Przewozów Morskich (fr. Compagnie des messageries maritimes) — założone w 1851 roku francuskie przedsiębiorstwo żeglugi morskiej oferujące przewozy pasażerów, towarów i przesyłek pocztowych. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą; w XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)

3 Rodolphe Töpffer (1799-1846) — szwajcarski pedagog, pisarz, polityk i autor historyjek rysunkowych. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Straszna oberża
Tytuł oryginału francuskiego: L’auberge épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1925
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 6410

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 24
Wielkość pliku: 525 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-4-3
Wielkość pliku: 204 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Nasza Olimpia”

„Nasza Olimpia”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Stare wilki morskie, które co wieczór spotykały się przy aperitifie w kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie, nigdy jeszcze nie widziały Zinzina w takim stanie. Oczy wychodziły mu z orbit i był blady jak śmierć. Ledwo opadł na krzesło, wszyscy otoczyli go i zasypali pytaniami.

— Co ci jest, Zinzinie? Co ci się stało, staruszku? — dopytywał kapitan Alban.

Zinzin potrząsnął głową na znak, że nie może jeszcze wydusić z siebie słowa. Wreszcie przetarł ręką czoło i wykrztusił:

— Wracam od komisarza policji. Przydarzyła mi się straszna historia…

— Opowiadaj, póki świeża! To będzie dla nas miła odmiana… — zachęcił Gobert.

— O, moja historia wcale nie jest nowa… — żachnął się ponuro Zinzin.

— I wciąż jeszcze robi na tobie takie wrażenie?

— Zaraz się dowiecie, dlaczego… — odparł jeszcze posępniej Zinzin. — To historia, w którą wplątałem się za młodu, i przez którą omal się nie przeniosłem na łono Abrahama. Słowo Zinzina! To cud, że nie wącham teraz kwiatków od spodu. Sprawa tamtego przeklętego ożenku w owym czasie wywołała sporo zamieszania. Skończyło się przed sądem przysięgłych…

— Kolejna historia o ożenku? — prychnął ten nicpoń Chanlieu. — Jest ich na pęczki! Ja sam znam chyba z dziesięć…

— A ja tylko tę jedną… — jęknął Zinzin. — Mogę wam za to zaręczyć, że jest straszniejsza, niż wszystkie historie Chanlieu razem wzięte!

Znów głośno westchnął, splunął i zapalił fajkę.

— Nigdy wam o niej nie wspominałem, bo to, co się wtedy wydarzyło, przechodzi wszelkie wyobrażenie… Dziś jednak nie wytrzymam i opowiem wszystko… Niech to diabli!… Niech to wszyscy diabli!…

— Co? Co, Zinzin?

— To naprawdę straszna historia… — sapnął Zinzin.

— Akurat! — sarknął Chanlieu.

Zinzin rzucił ku niemu mordercze spojrzenie.

— Musicie wiedzieć, że tylko raz w życiu byłem zakochany — właśnie wtedy. Nigdy przedtem ani później nie spotkałem podobnej dziewczyny. Miała na imię Olimpia. O jej rękę staraliśmy się we dwunastu…

— Oho! Wesoło się zaczyna… — zadrwił Chanlieu.

— Dwunastu — nie żartuję! Za chwilę wymienię wszystkich po kolei. I  mam na myśli tylko tych, którzy się oświadczyli… W całym departamencie nie było chyba mężczyzny, który nie chciałby zostać jej mężem…

Nie była bogata, ale pochodziła z dobrej rodziny. Co do urody… O kochani! Miała wtedy dokładnie piętnaście i pół wiosny. Okolica słynęła z pięknych dziewcząt: do sporego, przyjemnego miasteczka, w którym mieszkała, przyjeżdżano w niedziele ze stolicy regionu, by popatrzeć na wychodzące z kościoła młódki. Żadna jednak nie była godna rozwiązać jej rzemyka u sandała. To było prawdziwe zjawisko! Jak wam to wytłumaczyć… Byliście w Cagnes1? Widzieliście portrety młodych dziewcząt Renoira? Tamte dziewczęta nie są prawdziwe. To istoty utkane z koloru i światła. Tak właśnie wyglądała nasza Olimpia. Jak płatek róży, na którym igrają promienie słońca… I  była prawdziwa! Marzenie, nie dziewczyna! A jakie to marzenie miało oczy i usta! Ogromne, niesamowicie czyste oczy dziecka i usta kobiety! Przecudne usta z krwi i ciała… Nasza Olimpia… Bogini pocałunków, która zstąpiła na ziemię… Wszyscy kochaliśmy ją do szaleństwa.

Po śmierci rodziców została Olimpii tylko babka, która ją uwielbiała. Zabrała ją z pensji i powierzyła opiece Palmiry — starej piastunki, która ulegała wszystkim jej kaprysom.


1 Cagnes — miejscowość we francuskim departamencie Alpes-Maritimes, gdzie w latach 1908-1919 mieszkał i tworzył Pierre-Auguste Renoir i gdzie powstało poświęcone temu malarzowi muzeum. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Nasza Olimpia
Tytuł oryginału francuskiego: Not’Olympe
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 7425

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-1-2
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 28
Wielkość pliku: 493 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-2-9
Wielkość pliku: 205 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Do pięciu wilków morskich, które co wieczór spotykały się przy aperitifie na tarasie kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie i opowiadały sobie straszne historie, dołączał czasami szósty osobnik. Wyglądał na jeszcze starszego wilka morskiego niż Zinzin (który miał za sobą dwadzieścia lat żeglugi kabotażowej w Chinach), Dorat (który niegdyś pływał jako kapitan na statkach dalekomorskich), Bagatelle (który ożenił się z Syjamką), Chanlieu (ten nicpoń Chanlieu, który swojego czasu szerzył dobrodziejstwa cywilizacji wśród tubylców w dorzeczu Nigru i Konga na zachodzie Afryki) czy kapitan Michał Alban (który zagustował w ludzkim mięsie jak bohaterowie jego historii, którzy niczym rozbitkowie z „Meduzy” spędzili kilka tygodni na tratwie, wzajemnie się podjadając, i wrócili do domów bez rąk i nóg).

Jan Józef Filibert Damour, czyli „pan” Damour, który całe życie przepracował w biurze Towarzystwa Dalekowschodnich Przewozów Pocztowych, o portach na Pacyfiku mówił, jakby to było La Varenne-Saint-Hilaire albo L’Isle-Adam. Tymczasem nigdy nie postawił stopy na pokładzie, a z Paryża wyjechał po raz pierwszy, dopiero gdy przeszedł na emeryturę. Jego ogorzała, czerstwa twarz, rozwichrzony zarost, krótka, poczerniała gliniana fajka i charakterystyczny rozkołysany chód, świadczący o tym, że nie straszna mu żadna fala, sprawiały jednak, że na jego widok każdy wołał: „O, ten to przepłynął kawałek świata!”.

Również nasze morskie wygi dały się więc nabrać i przyjęły go do swego grona, kiedy pewnego dnia podszedł do ich stolika, uchylił baskijskiego beretu z antenką i grzecznie spytał, czy może się przysiąść. Przychodził także później, a oni dopiero po kilku miesiącach zorientowali się, że Jan Józef, który przedstawił się jako kapitan i którego odtąd będą nazywać już tylko „panem” Damourem, nigdy w życiu nie podróżował.

Ten szczwany lis tak szczegółowo opowiadał o najdalszych zakątkach świata, z taką pewnością wytykał nieścisłości innym i tak doskonale znał mniej lub bardziej tragiczne dzieje różnych statków od ich narodzin aż do śmierci, że przez długi czas nie mieli się do czego przyczepić. Za to w dniu, w którym prawda wyszła w końcu na jaw — to dopiero mieli używanie! Jak można się było spodziewać, kpili z niego niemiłosiernie. Mogli się wreszcie na nim odegrać. Nie rozumieli tylko, jakim cudem po trzydziestu latach siedzenia za biurkiem dorobił się takiej marynarskiej gęby.

— Jak nic charakteryzuje się przed wyjściem z domu — orzekł kapitan Alban.

— Ani chybi — przytaknął Zinzin. — Założę się, że smaruje się pastą do butów…

Przez jakiś czas się nie pokazywał. Gdy wrócił, przyprowadził ze sobą dwudziestoletniego młodzieńca, który w przeciwieństwie do niego rzeczywiście pływał. Chłopak nie wydawał się zresztą szczególnie dumny z tego faktu. Miał anemiczną cerę i przyznawał otwarcie, że za każdym razem dopada go choroba morska.

— To mój przybrany syn, młody Wincenty Wincent. Prawdziwy marynarz! — oświadczył z dumą pan Damour.

Gdy Wincenty Wincent był w Tulonie, pana Damoura rozpierała radość: szedł wtedy nabrzeżem starego portu, kolebiąc się jeszcze mocniej niż zwykle, jakby nagle złapał wiatr w żagle.

Pewnego dnia zjawił się pijany jak bela.

— Nieźle tobą zarzuca… — skomentował ten nicpoń Chanlieu. — Gdzieżeś ty bywał, Janie Józefie?

— Byłem w Marsylii. Wsadziłem dzieciaka na statek — odpowiedział pan Damour mocno wzruszonym głosem i zaczął szlochać.

— Skoro tobie tak trudno się z nim rozstawać, a i jemu nie pali się na morze… — zaczął ostrożnie kapitan Alban. — Są przecież inne piękne zawody…

— O nie! — oświadczył tamten kategorycznie, głośno przełykając ślinę.

Nikt z obecnych mu nie zaprzeczył — wszyscy byli tego samego zdania.

— Poza tym — dodał pan Damour — nie chcę, żeby się potem z niego wyśmiewano, jak z jego przybranego ojca… Biedny dzieciak!

I znowu zaczął płakać tak rzewnie, jak to tylko potrafi pijany mężczyzna, który ma wielkie zmartwienie.

— Dalej, opowiedz lepiej, jak to naprawdę było. Ten dzieciak to twój prawdziwy syn, co? — powiedział Bagatelle, który lubił romantyczne historie.

— Nie! — ryknął tamten przez łzy. — To nie ja jestem jego ojcem! Jego ojciec został zamordowany!

— Biedny dzieciak… — odezwał się Zinzin, żeby cokolwiek powiedzieć.

— No biedny, biedny! Bo wiecie… jego matka…

— Co jego matka?

— Jego matka też została zamordowana!

— O do licha! — zaklął Bagatelle.

— To dopiero straszna historia! — wykrzyknął Zinzin.

— Straszniejsza od tych, które od was słyszałem… — czknął pan Damour.

— To się dopiero okaże! — odpowiedział kapitan Dorat. — Na czym jak na czym, ale na strasznych historiach to się tutaj znamy…

— Na pewno nie jest straszniejsza od historii Michała — orzekł Zinzin.

— A ja wam mówię, że jest! Tylko nic nikomu nie mówcie! To tajemnica… — czknął znowu tamten.

— Przestań płakać i opowiadaj — zachęcił kapitan Alban. — Od razu ci się zrobi lepiej.

— Wielkie mi co! — prychnął pogardliwie Chanlieu. — Że komuś zamordowano rodziców… Takie rzeczy zdarzają się codziennie! Ja nie widzę w tym nic strasznego! Kim byli mordercy?

Pan Damour otarł łzy chustką w kratę i odpowiedział:

— Nie było morderców.

— Jak to? Zostali zamordowani i nie było morderców…?

— To właśnie było najstraszniejsze… — westchnął pan Damour.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Gwiazdka Wicusia Wincenta
Tytuł oryginału francuskiego: Le Noël du petit Vincent-Vincent
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3758

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-9-8
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 18
Wielkość pliku: 527 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-0-5
Wielkość pliku: 215 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Kobieta z aksamitką”

„Kobieta z aksamitką”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

— Mówi pan, że wszystkie historie o korsykańskiej wendecie są do siebie podobne… — powiedział Gobert, były dowódca statków dalekomorskich, do starego kapitana Albana. — Cóż, ja znam jedną, przy której bledną wszystkie żałosne tragedyjki z makią w tle… Mnie, może mi pan wierzyć, zmroziła krew w żyłach!

— Tak, tak… — odparł kapitan, sceptyczny jak każdy, kto twierdzi, że to on zna najciekawsze historie i nie wierzy zupełnie w te, które opowiadają inni. — Co, pewnie znów ktoś kogoś zastrzelił? Ale niech pan mówi, posłuchamy, co mamy w końcu lepszego do roboty…

I zamówił kolejną kolejkę aperitifów z przekąskami dla swoich kompanów, z którymi co wieczór gawędził w kawiarni „Marynarskiej” w Tulonie.

— Zacznijmy od tego, że nikt nikogo nie zastrzelił — sprostował Gobert. — Takiej historii o korsykańskiej zemście jak moja z pewnością nigdy nie słyszeliście. Chyba że, tak jak ja, trzydzieści lat temu gościliście w Bonifacio. Wtedy być może ją znacie, bo sprawa była głośna i mówiło o niej całe miasteczko.

Rzeczywiście nikt z siedzących przy kawiarnianym stoliku nie miał okazji zawinąć do portu w Bonifacio.

— Tego się spodziewałem — pokiwał głową Gobert. — Mało kto tam zagląda. A szkoda, bo to jedno z najbardziej malowniczych korsykańskich miasteczek. Mija je chyba każdy, kto płynie na Wschód. Któż nie widział z oddali stareńkiej cytadeli o pożółkłych murach i zwieńczonych blankami baszt, zawieszonych na skale niczym orle gniazda?

— Do rzeczy! Chcemy usłyszeć historię! — zaprotestowali zniecierpliwieni słuchacze. — Może pan sobie darować opisy literackie!

— Dobrze, oto ona…

— W tamtych czasach byłem porucznikiem na torpedowcu, który włączono do eskadry towarzyszącej ministrowi marynarki podczas podróży studyjnej na Korsykę. Na wyspie miały powstać ruchome stanowiska obronne, a nawet coś więcej. Jak panom wiadomo, w pewnej chwili mówiono nawet o przekształceniu redy Porto-Vecchio, równie rozległej co reda Brestu, w prawdziwy port wojenny.

Minister odwiedził najpierw Calvi i Bastię. Później my popłynęliśmy z powrotem do Ajaccio, a on przejechał całą wyspę pociągiem. Na obiad zatrzymał się w Vizzavonie, gdzie prosto z makii wyszła mu na powitanie i przyjęła z wielką pompą i honorami delegacja miejscowych zbójców. Rozkaz do salwy honorowej dał sam Bellacoscia1. Minister nie szczędził mu słów uznania. Nie krył też podziwu dla jego świetnej aparycji oraz wspaniałej strzelby (na kolbie zbójca oznaczał nacięciem każdego zabitego człowieka) i pięknego noża (sprezentował mu go Edmond About2, radząc, by nie pozostawiał go w ranie).

— I co jeszcze? Wolne żarty! — przerwał mu obcesowo kapitan Alban.

— Wolne żarty? Skoro tak pan twierdzi, drogi kapitanie… Ale proszę zaczekać! Już dochodzimy do spraw poważnych.

Opuściliśmy Ajaccio i wieczorem przybiliśmy do portu w Bonifacio. Największe statki popłynęły dalej do Porto-Vecchio, a ja wraz z kilkoma innymi osobami zszedłem z ministrem na ląd.

Była rzecz jasna wielka feta: uroczysta kolacja, a później przyjęcie w merostwie. Leżące naprzeciw groźnej La Maddaleny3 Bonifacio starało się o ruchome stanowisko obronne. Wdzięczyło się więc i prezentowało swoje największe atuty, najpiękniejsze kwiaty i najurodziwsze kobiety. A czego jak czego, ale urody Korsykankom nie można odmówić…

Przy kolacji zobaczyliśmy kilka z nich — były naprawdę urzekające. Powinszowałem z tego powodu siedzącemu obok mnie przy stole korpulentnemu, kędzierzawemu młodzieńcowi — zacnemu, dobrodusznemu, przemiłemu chłopakowi, którego wszyscy nazywali „Pietro-Santo” i który pełnił wówczas funkcję sekretarza mera.

— Niech pan zaczeka na kobietę z aksamitką… — powiedział.

— Jest jeszcze piękniejsza? — spytałem z uśmiechem.

— Owszem — odparł poważnie. — Jeszcze piękniejsza, ale urodą innego rodzaju…


1 Bellacoscia („Pięknoudy”) — właściwie: François Antoine Bonelli (1827-1907), najsłynniejszy z korsykańskich zbójców-banitów, którzy po popełnieniu zbrodni honorowej wchodzili w konflikt z prawem i musieli szukać schronienia w makii. (Przyp. tłum.)

2 Edmond About (1828-1885) — francuski pisarz i publicysta, autor satyrycznej powieści Król gór (Le roi des montagnes) o rozbójnikach grasujących w Grecji za panowania Ottomanów. (Przyp. tłum.)

3 La Maddalena — miejscowość na Sardynii, baza włoskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Kobieta z aksamitką
Tytuł oryginału francuskiego: La femme au collier de velours
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 4840

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-7-4
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 20
Wielkość pliku: 430 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-8-1
Wielkość pliku: 200 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Złoty topór”

„Złoty topór”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Wiele lat temu byłem w Gersau, niewielkim kurorcie nad Jeziorem Czterech Kantonów, oddalonym o kilka kilometrów od Lucerny. Postanowiłem spędzić jesień w zaciszu tej uroczej miejscowości, której stare, spadziste dachy przeglądają się w romantycznych falach, na których niegdyś unosiła się łódź Wilhelma Tella, i dokończyć coś, nad czym wówczas pracowałem.

Było już po sezonie. Turyści rozpierzchli się, a wszystkie nieznośne samochwały, które zjechały z Niemiec ze swoimi alpensztokami, getrami i okrągłymi kapeluszami przystrojonymi nieodzownym piórkiem, wróciły wreszcie do swoich kufli z piwem, dań z kiszonej kapusty i „wielkich koncertów”, uwalniając od swojej obecności krainę między masywami Pilatusa, Mitten i Rigi. Przy moim stoliku w hotelu zostało tylko kilka darzących się sympatią osób. Wieczorami opowiadaliśmy sobie o spacerach, które odbyliśmy za dnia, albo wspólnie muzykowaliśmy.

Starsza pani w czarnej sukni i kapeluszu z czarną woalką, która gdy w pensjonacie było ludno i gwarno, nigdy z nikim nie rozmawiała i wyglądała jak uosobienie smutku, dała się poznać jako pierwszorzędna pianistka. Nie trzeba jej było długo prosić — chętnie grywała nam Szopena, a przede wszystkim kołysankę Schumanna. W jej wykonanie wkładała tyle uczucia, że łzy napływały nam do oczu.

Wszyscy byliśmy jej bardzo wdzięczni za to, że tak wspaniale umilała nam czas. Gdy więc nadeszła zima i przyszło nam się rozjechać, złożyliśmy się, by ofiarować jej coś na pamiątkę naszego wspólnego pobytu w Gersau. Ktoś z nas jechał akurat do Lucerny i miał dokonać zakupu. Wrócił pod koniec dnia ze złotą broszką w kształcie topora.

Tymczasem ani tego, ani następnego wieczora nie spotkaliśmy starszej pani. Wyjeżdżający goście powierzyli broszkę mnie. Bagaże starszej pani nie opuściły jeszcze hotelu, spodziewałem się więc, że lada chwila się pojawi. Właściciel uspokoił mnie, że nie mogło jej spotkać nic złego. Zapewnił, że znikała już wcześniej w podobny sposób i nie ma najmniejszych powodów do niepokoju.

W przeddzień wyjazdu wybrałem się na ostatni spacer brzegiem jeziora. Gdy przystanąłem na chwilę przy kaplicy Wilhelma Tella, w drzwiach świątyni stanęła starsza pani. Jak nigdy przedtem uderzył mnie wyraz bezbrzeżnego smutku malujący się na jej pobrużdżonej wielkimi łzami, noszącej ślady dawnej urody twarzy.

Spostrzegła mnie, opuściła woalkę i zeszła do jeziora. Bez wahania podszedłem i przywitałem się z nią. Przekazałem jej pozdrowienia i wyrazy ubolewania od pozostałych gości, którzy musieli wyjechać bez pożegnania. Na koniec wręczyłem jej prezent, który akurat miałem przy sobie.

Z łagodnym, nieobecnym uśmiechem otworzyła pudełko. Gdy zobaczyła, co jest w środku, zaczęła się straszliwie trząść. Odsunęła się gwałtownie, jakby obawiała się czegoś z mojej strony, i szalonym gestem cisnęła broszkę do jeziora.

Jeszcze nie zdążyłem otrząsnąć się ze zdumienia jej niezrozumiałą reakcją, a już zaczęła mnie przepraszać i zanosić się łzami. Choć miejsce było ustronne, znaleźliśmy jakąś ławkę i usiedliśmy.

Najpierw skarżyła się na zły los. Nic a nic z tego wszystkiego nie zrozumiałem. Wreszcie opowiedziała mi jednak osobliwą, ponurą historię swojego życia. To, co usłyszałem, na długo zapadło mi w pamięć. Nie znam bowiem nikogo, komu przypadłaby w udziale straszniejsza dola niż starszej pani w kapeluszu z czarną woalką, która z takim uczuciem grała nam kołysankę Schumanna.

— Wszystko panu opowiem — zaczęła. — Nigdy już tutaj nie wrócę. Przyjechałam, żeby ostatni raz zobaczyć te strony. Zaraz pan zrozumie, dlaczego wrzuciłam broszkę do jeziora…

— Urodziłam się w Genewie, w doskonałej rodzinie. Byliśmy bogaci, lecz niefortunne operacje giełdowe doprowadziły mojego ojca do ruiny i przedwczesnej śmierci. W wieku osiemnastu lat byłam piękną panną bez posagu. Moja matka straciła nadzieję, że kiedykolwiek wyda mnie za mąż. A bardzo chciała zabezpieczyć moją przyszłość, zanim połączy się z ojcem.

Kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, pojawił się przez nikogo nieoczekiwany kandydat. Młody człowiek z Bryzgowii. Co roku przyjeżdżał na lato do Szwajcarii. Poznaliśmy go w kasynie w Évian. Zakochał się we mnie, a ja w nim. Nazywał się Herbert Gutmann.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Złoty topór
Tytuł oryginału francuskiego: La hache d’or
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1912
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3523

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-5-0
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 16
Wielkość pliku: 342 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-6-7
Wielkość pliku: 199 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Uczta kadłubków”

„Uczta kadłubków”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Kapitan Michał Alban miał tylko jedną rękę. Służyła mu ona do palenia fajki. Był starym wilkiem morskim. Poznałem go pewnego wieczoru wraz z czterema innymi wilkami morskimi, popijając aperitif przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie. Odtąd spotykaliśmy się regularnie przy kieliszkach i talerzykach z przekąskami, by pogawędzić, posłuchać plusku fal i popatrzeć na tańczące na wodzie łódki i zachodzące nad Tamarisem1 słońce.

Czterema pozostałymi wilkami morskimi byli: Zinzin, kapitan Dorat, Bagatelle i ten nicpoń Chanlieu. W swoim czasie przepłynęli rzecz jasna wszystkie morza i mieli mnóstwo przygód. Teraz zaś byli na emeryturze i spędzali czas, opowiadając sobie straszne historie. Tylko kapitan Alban nigdy niczego nie opowiadał. Nigdy też nie okazywał najmniejszego zdziwienia tym, co słyszał. Pozostali, poirytowani jego obojętną postawą, spytali w końcu:

— Hejże, kapitanie, nie przydarzyła się panu nigdy żadna straszna historia?

— I   owszem — odpowiedział kapitan, wyjmując fajkę z ust. — Przydarzyła. Jedna jedyna…

— To niechże ją pan opowie!

— Nie ma mowy!

— Dlaczego?

— Bo jest zbyt straszna… Nie dacie rady jej wysłuchać. Już wiele razy próbowałem ją opowiedzieć, ale zawsze wszyscy uciekali przed końcem.

Cztery wilki morskie zaczęły naigrawać się na wyprzódki. Zgodnie orzekły, że kapitan tylko szuka wymówki, żeby nic nie opowiedzieć, bo tak naprawdę nic mu się nie przydarzyło. Kapitan zmierzył ich wzrokiem. Nagle się zdecydował i odłożył fajkę na stół. Już sam ten gest, rzadko u niego spotykany, był straszny.

— Panowie — zaczął — opowiem wam, w jaki sposób straciłem rękę…

— W tamtym czasie (a było to ze dwadzieścia lat temu) miałem w Mourillonie2 niewielką willę. Dostałem ją w spadku, moja rodzina bowiem przez długi czas mieszkała w tych stronach i tutaj się urodziłem. Chętnie do niej wracałem, żeby wypocząć po dalekich rejsach. Poza tym lubiłem samą dzielnicę. Nikt mnie tutaj nie niepokoił. Moi sąsiedzi byli mało uciążliwi i rzadko ich widywałem. Byli to głównie ludzie morza i żołnierze wojsk kolonialnych. Palili sobie spokojnie opium ze swoimi przyjaciółkami i zajmowali się własnymi sprawami — jakimi nie wnikałem. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, prawda? Ja nikomu nie przeszkadzałem i chciałem jedynie, aby i mnie nie przeszkadzano.

Pewnej nocy jednak mi przeszkodzono — w spaniu. Osobliwy hałas, którego źródła nie potrafiłem określić, sprawił, że zerwałem się z łóżka na równe nogi. Miałem jak zawsze otwarte okno. Nasłuchiwałem oszołomiony. Nie mogłem dociec, skąd brał się ten nieprawdopodobny harmider. Przypominało to łoskot piorunów albo walenie w bęben, i to nie byle jaki — jakby z dwieście pałeczek waliło wściekle w drewno, zamiast w oślą skórę.

Dźwięki dochodziły z willi naprzeciwko. Od pięciu lat nikt tam nie mieszkał i jeszcze poprzedniego dnia widziałem na murze tabliczkę z napisem „Na sprzedaż”. Z okna mojej sypialni na pierwszym piętrze, patrząc ponad murem odgradzającym otaczający willę ogródek, widziałem jej wszystkie okna i drzwi, także te na parterze. Nadal były zamknięte, tak samo, jak za dnia. Tylko przez szpary w okiennicach na parterze sączyło się światło… Pomyślałem sobie, że jakieś szemrane towarzystwo wkradło się do tego opuszczonego domu na obrzeżach Mourillonu i urządza sobie całonocną libację.

Dziwne bębnienie nie ustawało. Trwało jeszcze dobrą godzinę. Tuż przed świtem drzwi willi otwarły się, a na progu stanęła najcudowniejsza istota, jaką widziałem w życiu. Miała na sobie wieczorową suknię, a w ręku z nieopisanym wdziękiem trzymała lampę, której blask oświetlał jej godne bogini ramiona. Z miłym, łagodnym uśmiechem wypowiedziała słowa, które doskonale słyszałem w nocnej ciszy:

— Do widzenia, drogi przyjacielu, do zobaczenia w przyszłym roku!

Nie miałem pojęcia, do kogo mówiła. Obok niej nie było nikogo… Czekała na progu ze swoją lampą jeszcze przez krótką chwilę, aż ogrodowa furtka sama się otworzyła i sama zamknęła. Wtedy zamknęły się także drzwi willi i nic więcej nie zobaczyłem.


1 Tamaris — w XIX wieku miejscowość kąpieliskowa, dziś dzielnica La Seyne-sur-Mer, położona nad redą Tulonu, przeciwlegle do dzielnicy Mourillon. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą. W XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Uczta kadłubków
Tytuł oryginału francuskiego: Le dîner des bustes lub Une histoire épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1911
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 5329

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 21
Wielkość pliku: 424 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-4-3
Wielkość pliku: 184 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Opowiadania z dreszczykiem”

„Opowiadania z dreszczykiem”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Opowiadania z dreszczykiem to zbiór opowiadań Gastona Leroux (1868-1927) — porównywanego do Arthura Conan Doyle’a i Edgara Allana Poe klasyka francuskiej literatury popularnej, autora takich powieści jak wielokrotnie adaptowany na potrzeby sceny i ekranu Upiór w operze czy opowiadająca o zagadce zbrodni niemożliwej Tajemnica żółtego pokoju. W skład tomu wchodzi sześć krótkich utworów prozatorskich wydanych w odcinkach we francuskiej prasie w latach 1911-1925: Uczta kadłubków (1911), Złoty topór (1912), Kobieta z aksamitką (1924), Gwiazdka Wicusia Wincenta (1924), Nasza Olimpia (1924) i Straszna oberża (1925). Dopiero w 1977 roku, pięćdziesiąt lat po śmierci autora, ukazały się one łącznie w zbiorze Histoires épouvantables (Straszne historie) nakładem wydawnictwa Nouvelles Éditions Baudinière.

Każde opowiadanie to jedna — przeżyta lub zasłyszana podczas podróży — straszna, niesamowita historia, którą opowiada swoim sceptycznym towarzyszom przy kieliszku aperitifu w kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie emerytowany wilk morski. Wszystkie historie osadzone są w malowniczej, pełnej lokalnego kolorytu scenerii: w tulońskim Mourillonie, na paryskim Montmartrze, w korsykańskim Bonifacio, w niemieckim Szwarcwaldzie czy w szwajcarskiej Jurze. Ich fabuła, łącząca w sobie elementy kryminału, sensacji, melodramatu, grozy i fantastyki (ostatecznie zjawiska nadprzyrodzone zawsze znajdują jednak racjonalne wyjaśnienie) ogniskuje się wokół frapującej, ponurej zagadki i kończy zaskakującą puentą. Misterna szkatułkowa kompozycja i wartka, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcja budzi zaciekawienie i buduje napięcie. Błyskotliwe dialogi, wyraziste postaci, barwne szczegóły i sugestywna atmosfera sprawiają, że łatwo dać się wciągnąć i ponieść opowieści. Charakterystyczny dla Gastona Leroux dramatyczny, emfatyczny styl (tekst obfituje w wykrzykniki, wielokropki i wyróżnienia) przeciwważy duża doza autoironii, dystansu i humoru (często czarnego humoru i groteski).

Opowiadania z dreszczykiem dziś już raczej nikogo nie przestraszą, a współczesnemu czytelnikowi mogą się wydać dość staroświeckie. Ich intryga jest nieprawdopodobna, a stylistyka nieco efekciarska. Nadal jednak świetnie się je czyta, bo wciągają, bawią i dostarczają rozrywki. Oczywiste jest, że Gaston Leroux lubi opowiadać i robi to wyśmienicie — z ogromną lekkością, swobodą, werwą i wprawą, ale też i z przymrużeniem oka. Jego opowiadania stanowią rodzaj błyskotliwej, literackiej zabawy w starym, dobrym stylu i z pewnością spodobają się wszystkim tym, którzy lubią słuchać strasznych historii.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Opowiadania z dreszczykiem
Tytuł oryginału francuskiego: Quelques nouvelles terrifiantes (Groupe Ebooks Libres et Gratuits)
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Data powstania: 1911-1925
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 30 306

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-5-0
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 97
Wielkość pliku: 1,57 MB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-6-7
Wielkość pliku: 265 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Mandaryni”

Simone de Beauvoir i Nelson Algren
Simone de Beauvoir i Nelson Algren

Taksówka mijała mosty, tory, magazyny. Jechała ulicami, przy których wszystkie sklepy należały do Włochów. Zatrzymała się na rogu alei przesiąkniętej zapachem spalonego papieru, mokrej ziemi i biedy. Kierowca pokazał mi drewniany balkon wiszący na ceglanej ścianie.

— To tutaj.

Szłam wzdłuż płotu. Po lewej znajdowała się tawerna oznaczona czerwonym szyldem ze zgaszonymi neonami: „Schlitz”. Po prawej na wielkim plakacie idealna amerykańska rodzina wąchała ze śmiechem talerz owsianki. Ze stojącego przy drewnianych schodach kosza na śmieci ulatniał się dym. Weszłam po schodach na górę. Szklane drzwi na balkonie były zasłonięte żółtą roletą. To musiało być tutaj. Nagle poczułam się onieśmielona. Bogactwo wystawia się zawsze na widok publiczny, bieda to sprawa prywatna. Miałam wrażenie, że jeśli zapukam w szybę, popełnię jakąś niedyskrecję. Niezdecydowana patrzyłam na ceglane mury, obwieszone monotonnie kolejnymi schodami i kolejnymi szarymi balkonami. Ponad dachami dostrzegłam ogromny czerwono-biały walec zbiornika z gazem. Pod stopami miałam kwadrat gołej ziemi, na którym rosło całkiem czarne drzewo i stał mały wiatrak z niebieskimi skrzydłami. Gdy w oddali przejechał pociąg, balkon zadygotał. Zapukałam. W drzwiach pojawił się dość młody i dość wysoki mężczyzna w skórzanej, usztywniającej klatkę piersiową kurtce. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

— Znalazła pani mój dom?

— Na to wygląda.

Pośrodku żółtej kuchni mruczał czarny piecyk. Wyłożona linoleum podłoga była usłana starymi gazetami. Zauważyłam też, że nie było lodówki. Brogan niepewnym ruchem wskazał na papiery.

— Właśnie robiłem porządki.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Ale skąd. — Stał naprzeciw mnie z zakłopotaną miną. — Dlaczego nie chciała pani, żebym przyjechał po panią do hotelu?

— To straszne miejsce.

Na ustach Brogana wreszcie zamajaczył uśmiech.

— To najlepszy hotel w Chicago.

— Właśnie. Za dużo dywanów, za dużo kwiatów, za dużo ludzi, za dużo muzyki, za dużo wszystkiego.

Uśmiech Brogana sięgnął oczu.

— W takim razie proszę tutaj.

Najpierw zobaczyłam meksykański koc i żółte krzesło jak u van Gogha. Później książki, gramofon i maszynę do pisania. Musiało się dobrze mieszkać w tym mieszkaniu, które nie przypominało ani kawalerki estety, ani wzorcowego amerykańskiego domu. Powiedziałam z ożywieniem:

— Przyjemnie tutaj u pana.

— Tak pani sądzi? — Spojrzenie Brogana pytająco błądziło po ścianach. — To nieduże mieszkanie. — Znów chwilę milczał, a potem powiedział pośpiesznie: — Nie chce pani zdjąć płaszcza? Co by pani powiedziała na filiżankę kawy? Mam francuskie płyty, może chciałaby pani posłuchać? Płyty Charlesa Treneta?

Czy to z powodu mruczącego piecyka, czy to dlatego, że na ozłoconej zimnym lutowym słońcem rolecie poruszał się cień czarnego drzewa, pomyślałam sobie od razu, że mogłabym przesiedzieć cały dzień na meksykańskim kocu. Nie po to jednak zadzwoniłam do Brogana, tylko po to, żeby zwiedzić Chicago. Powiedziałam stanowczo:

— Chciałabym zobaczyć Chicago, jutro rano wyjeżdżam.

— Chicago jest duże.

— To proszę mi pokazać choć fragment.

Dotknął swojej skórzanej kurtki i spytał zaniepokojony:

— Powinienem lepiej się ubrać?

— Co za pomysł! Nie znoszę sztywnych kołnierzyków!

Zaprzeczył gorąco:

— Nigdy w życiu nie nosiłem sztywnego kołnierzyka…

Po raz pierwszy nasze uśmiechy się spotkały, ale Brogan nie był jeszcze w pełni uspokojony.

— Nie zależy pani, żeby zobaczyć rzeźnie?

— Nie. Przejdźmy się po ulicach.

Ulic było dużo i wszystkie były do siebie podobne. Stały przy nich sfatygowane domki otoczone nieużytkami próbującymi udawać podmiejskie ogródki. Szliśmy też prostymi, smętnymi alejami. Wszędzie było nam zimno. Brogan z niepokojem łapał się za uszy.

— Już są całkiem sztywne, za chwilę odpadną.

Zlitowałam się nad nim.

— Chodźmy się ogrzać do jakiegoś baru.

Poszliśmy do baru. Brogan zamówił ginger ale, ja burbona. Kiedy wyszliśmy, wciąż było tak samo zimno. Poszliśmy do innego baru i zaczęliśmy rozmawiać.

Po lądowaniu aliantów w Normandii spędził kilka miesięcy w obozie w Ardenach. Zadawał mi mnóstwo pytań na temat Francji, wojny, okupacji, Paryża. Ja też pytałam go o różne rzeczy. Wydawał się cały szczęśliwy, że ktoś go słucha, a jednocześnie zmieszany, że mówi o sobie. Z wahaniem wydobywał z siebie słowa, a później wypowiadał je z takim ożywieniem, że za każdym razem czułam się przez niego obdarowana. Urodził się na południu Chicago. Był synem drobnego sklepikarza finlandzkiego pochodzenia i węgierskiej żydówki. Gdy przyszedł wielki kryzys, miał dwadzieścia lat. Zjeździł całą Amerykę, chowając się w wagonach towarowych. Był komiwojażerem, pomywaczem, kelnerem, masażystą, kopaczem rowów, murarzem, a gdy zaszła potrzeba — włamywaczem. W pewnej zapadłej dziurze w Arizonie, gdzie mył kieliszki, napisał opowiadanie, które wydało mu lewicowe czasopismo. Wtedy napisał kolejne opowiadania. Po sukcesie jego pierwszej powieści wydawca zaczął mu wypłacać pensję, z której żył.

— Chciałabym przeczytać tę książkę — powiedziałam.

— Następna będzie lepsza.

— Ale ta już jest.

Brogan popatrzył na mnie skonsternowany.

— Naprawdę chce ją pani przeczytać?

— Tak, naprawdę.

Wstał i poszedł do telefonu w głębi sali. Po trzech minutach wrócił.

— Książka będzie przed kolacją u pani w hotelu.

— O! Dziękuję! — powiedziałam ciepło.

Wzruszyła mnie żywiołowość jego gestu. To właśnie sprawiło, że od razu wydał mi się sympatyczny — spontaniczność. Nie znał okrągłych frazesów ani rytualnych grzecznościowych formułek. Swoje uprzejmości improwizował i wymyślał na bieżąco, jak czułości. Z początku bawiło mnie, że mam przed sobą modelowego amerykańskiego „lewicowego pisarza–self made mana”. Teraz interesował mnie sam Brogan. Po tym, co opowiadał, widać było, że nie rości sobie wobec życia żadnych praw, a jednocześnie przez cały czas namiętnie pragnie żyć; podobało mi się to — ta mieszanka umiaru i zachłanności.

— Skąd przyszedł panu do głowy pomysł, żeby pisać? — spytałam.

— Zawsze lubiłem druk. Kiedy byłem dzieckiem, robiłem gazetę, wklejając wycinki prasowe do zeszytów.

— Musiały być też inne powody?

Zamyślił się.

— Znam masę różnych ludzi. Mam ochotę pokazać innym, jacy są naprawdę. Słyszy się tyle bzdur. — Zamilkł na chwilę. — Kiedy miałem dwadzieścia lat, zrozumiałem, że wszyscy mnie okłamują i bardzo mnie to zezłościło. Chyba dlatego zacząłem pisać i nadal to robię…

— Nadal czuje pan złość?

— W pewnym sensie — odpowiedział oględnie z niewyraźnym uśmiechem.

— Nie zajmuje się pan polityką?

— Robię niewielkie rzeczy.

W sumie był w tej samej sytuacji co Robert i Henri, jednak znosił to z egzotycznym dla nas spokojem. Pisanie i ujawnianie niesprawiedliwości społecznych w radiu, czasem na mityngach, w zupełności mu wystarczało. Powiedziano mi to już wcześniej: tutaj intelektualiści mogą żyć w spokoju, bo są całkowicie bezsilni.

— Czy ma pan wśród przyjaciół jakichś pisarzy?

— O nie! — żywo zaprzeczył. Uśmiechnął się. — Mam przyjaciół, którzy zaczęli pisać, kiedy zobaczyli, że zarabiam pieniądze, nie robiąc nic poza siedzeniem przed maszyną do pisania. Nie zostali jednak pisarzami.

— Zarobili coś na tym?

Roześmiał się szczerze.

— Jeden wystukał pięćset stron w miesiąc. Musiał słono zapłacić za ich wydanie i żona zabroniła mu próbować dalej. Wrócił do zawodu kieszonkowca.

— To dobry zawód? — spytałam.

— To zależy. W Chicago jest duża konkurencja.

— Zna pan dużo kieszonkowców?

Spojrzał na mnie żartobliwie.

— Z pół tuzina.

— A gangsterów?

Spoważniał.

— Wszyscy gangsterzy to sukinsyny.

Zaczął mi potoczyście tłumaczyć, jaką rolę gangsterzy odegrali w ostatnich latach jako łamistrajki. Potem opowiedział mi mnóstwo historii o ich relacjach z policją, politykami, biznesmenami. Mówił szybko i momentami trudno mi było go zrozumieć, ale jego opowieści były równie pasjonujące, co film z Edwardem Robinsonem. Nagle przestał mówić.

— Nie jest pani głodna?

— Owszem. Teraz gdy mi pan o tym przypomniał, czuję się bardzo głodna — odpowiedziałam. Dorzuciłam wesoło: — Zna pan masę historii.

— O! Nawet gdybym nie znał, coś bym wymyślił — odpowiedział. — Lubię patrzeć, jak pani słucha.

Była prawie ósma. Czas szybko płynął. Brogan zabrał mnie na kolację do włoskiej restauracji. Jedząc pizzę, zastanawiałam się, czemu czuję się przy nim tak swobodnie. Nic prawie o nim nie wiedziałam, a mimo to wcale nie wydawał mi się obcy. Może dlatego, że był biedny i beztrosko znosił swoją biedę. Krochmal, elegancja, dobre maniery — to wszystko stwarza dystans. Kiedy Brogan rozpinał i zapinał skórzaną kurtkę, pod którą miał wyblakły sweter, czułam obok ufną obecność ciała, któremu jest ciepło i zimno — żywego ciała. Sam pastował sobie buty. Wystarczyło na nie spojrzeć, żeby zajrzeć w jego prywatność. Kiedy po wyjściu z pizzerii złapał mnie za ramię, żebym się nie przewróciła na oblodzonej ziemi, jego ciepło od razu wydało mi się znajome.

— Chodźmy! Pokażę pani mimo wszystko kilka fragmentów Chicago — powiedział.

Poszliśmy do klubu burleski i patrzyliśmy na rozbierające się przy muzyce kobiety. Słuchaliśmy jazzu w małym czarnym lokalu z dansingiem. Piliśmy w barze przypominającym noclegownię. Brogan znał wszystkich: pianistę z wytatuowanymi nadgarstkami z klubu burleski, czarnoskórego trębacza z lokalu z dansingiem, kloszardów, czarnych i stare dziwki z baru. Zapraszał ich do naszego stolika, ciągnął za język i patrzył na mnie z uszczęśliwioną miną, bo widział, że się dobrze bawię. Kiedy znów znaleźliśmy się na ulicy, powiedziałam z ożywieniem:

— Zawdzięczam panu swój najlepszy wieczór w Ameryce.

— Jest jeszcze tyle rzeczy, które chciałbym pani pokazać! — powiedział.

Kończyła się noc.

Wiedziałam, że za chwilę wstanie świt i Chicago zniknie na zawsze. Na razie jednak stalowe nadziemne metro przesłaniało nam przeżerającą niebo oblazłą z koloru plamę. Brogan trzymał mnie za ramię. Czarne łukowe przęsła wiaduktu ciągnęły się przed nami i za nami w nieskończoność. Mieliśmy wrażenie, że opasują ziemię i będziemy tak szli całą wieczność.

— Jeden dzień to mało — powiedziałam. — Będę musiała wrócić.

— Niech pani wróci — odpowiedział Brogan. Dorzucił szybko: — Nie chciałbym myśleć, że więcej pani nie zobaczę.

Doszliśmy w milczeniu na postój taksówek. Kiedy zbliżył twarz do mojej twarzy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odwrócić głowy. Poczułam jednak na ustach jego oddech.


Mandaryni (Les mandarins), Simone de Beauvoir, Gallimard, 1954. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Jules i Jim”

« Jules et Jim » Henri-Pierre RochéByło to koło roku 1907.

Przybyły do Paryża z obcego kraju mały, okrągły Jules poprosił dużego, chudego Jima, którego ledwie znał, żeby wprowadził go na Bal des Quat’z’Arts*, a Jim zdobył dla niego legitymację i zabrał go do wypożyczalni kostiumów. Sympatia Jima do Jules’a zrodziła się w chwili, gdy Jules ostrożnie przeglądał kostiumy i wybierał dla siebie skromny strój niewolnika. Na balu, gdzie Jules stał spokojnie z wielkimi jak spodki, pełnymi rozbawienia i tkliwości oczami, jeszcze wzrosła.

Nazajutrz odbyli swoją pierwszą prawdziwą rozmowę. Jules nie miał w Paryżu przyjaciółki, a pragnął mieć. Jim miał niejedną. Poznał Jules’a z młodą muzyczką. Początki wydawały się obiecujące. Jules był przez tydzień odrobinę zakochany, ona też. Później Jules uznał ją za zbyt intelektualną, a ona jego za ironicznego i beznamiętnego.

Jules i Jim widywali się każdego dnia. Do późna w nocy uczyli się wzajemnie swojego języka i swojej literatury. Pokazywali sobie swoje wiersze i wspólnie je przekładali. Dyskutowali niespiesznie, a żaden nie miał wcześniej równie uważnego słuchacza. Wkrótce stali klienci baru zaczęli posądzać ich o swobodne obyczaje.

Jim zabierał Jules’a do uczęszczanych przez sławy kawiarni literackich. Jules zyskiwał tam sobie uznanie, co cieszyło Jima. Do jednej z takich kawiarni przychodziła dobra znajoma Jima — ładna osóbka o nonszalanckim sposobie bycia, która w Halach** trzymała się na nogach dłużej niż poeci, nawet do szóstej nad ranem. Swoimi względami obdarzała na krótko i z wysoka. We wszystkim, co robiła, zachowywała niczym nieskrępowaną swobodę i błyskotliwy, cięty dowcip. Zaczęli wychodzić we troje. Jules, którego zbijała z pantałyku, wydał się jej miły, lecz nieco ociężały umysłowo. Ona zaś wydała się Jules’owi nietuzinkowa, lecz przerażająca. Przyprowadziła swoją dobroduszną koleżankę, która dla Jules’a okazała się jednak zbyt dobroduszna.

W tej sytuacji Jim nie mógł zrobić dla Jules’a nic więcej. Wymógł na nim, aby zaczął szukać sam. Jules, być może skrępowany swoją wciąż niedoskonałą znajomością francuskiego, nadal ponosił porażki. Jim powiedział Jules’owi:

— To nie kwestia języka. — I wyłożył mu pokrótce swój pogląd na sprawę.

— Równie dobrze mógłbyś mi pożyczyć swoje buty albo bokserskie rękawice — odpowiedział Jules. — I jedno i drugie jest dla mnie za duże.

Jules, wbrew opinii Jima, zaczął korzystać z usług profesjonalistek, nie znajdując w tym jednak przyjemności.

Pozostały im przekłady i rozmowy.


*Bal des Quat’z’Arts („Bal Czterech Sztuk”) — zabawa organizowana w latach 1892–1966 przez studentów architektury, malarstwa, rzeźby i grafiki Państwowej Wyższej Szkoły Sztuk Pięknych w Paryżu. (Przyp. tłum.)

**Na terenie paryskich hal targowych od połowy XIX do połowy XX wieku toczyło się intensywne życie nocne, a czynne całą dobę kawiarnie i restauracje były miejscem spotkań nie tylko handlarzy, ale i artystów. (Przyp. tłum.)


Jules i Jim (Jules et Jim), Henri-Pierre Roché, Gallimard, 1953. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

„Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami”

Un ange cornu avec des ailes de tôle Michel TremblayPierwszym powieściowym bohaterem, z którym w pełni się utożsamiłem (do tego stopnia, że się od tego rozchorowałem), był Robert z Dzieci kapitana Granta. To była jedna z najważniejszych książek końca mojego dzieciństwa i wciąż bardzo dokładnie pamiętam okoliczności, w których ją czytałem.

Robert Grant miał tyle lat, co ja (dwanaście), lecz w przeciwieństwie do mnie prowadził tak barwne życie, że po kilku stronach nie byłem pewien, czy go uwielbiam czy, z czystej zazdrości, nienawidzę.

Jego ojciec, szkocki marynarz pływający na statkach dalekomorskich, dwa lata wcześniej (był rok 1864) rozbił się gdzieś w okolicach 37. równoleżnika i wpadł w ręce tubylców, udało mu się jednak wrzucić do morza wiadomość w butelce. Zmoczony i rozmazany list odnalazł w brzuchu rekina inny szkocki marynarz, lord Glenarvan, a Robert Grant (co za szczęściarz!), wraz z lordem i jego młodą żoną, swoją siostrą Mary oraz francuskim geografem Paganelem, który pomylił statki, wyruszył w świat na pokładzie „Duncana”, żeby odnaleźć ojca. Czy to nie fart, jak na dwunastolatka?

Trzy tomy Dzieci kapitana Granta pożyczyłem z miejskiej biblioteki i nie rozstawałem się z nimi, nawet śpiąc: ten, który akurat czytałem, wkładałem sobie pod głowę, żeby móc we śnie wdychać jego zapach, dwa pozostałe zaś, leżące gdzieś na kołdrze, podążały w nocy śladem mojego ciała, tak że czułem ich pokrzepiającą obecność między udami, pod stopami czy w zagłębieniu lędźwi. Nadal sypiam z książkami, które czytam, rzadko odkładam je na szafkę nocną, ale z żadną inną nie spędziłem tak upojnych nocy jak z Dziećmi kapitana Granta.

Czytałem o przygodach Roberta tak długo, jak się tylko dało (dopóki mama nie przyszła wykręcić mi żarówki w nocnej lampce), a później przez większą część nocy śniłem o Atlantyku, Cieśninie Magellana, chilijskich krajobrazach i andyjskich Kordylierach… Na swoim łóżku, niczym na statku, ochoczo opuszczałem pokój przy rue Cartier i pędziłem ku 37. równoleżnikowi, by szukać początków Prądu Zatokowego.

Razem z Robertem stawałem się wilkiem morskim, uczyłem się dosiadać wspaniałego argentyńskiego konia czarnej maści od Thalcave’a (pięknego, półnagiego Patagończyka, którego opis na stronie 95 wprawił mnie w takie pomieszanie), przechodziłem w bród río de Raque i río de Tubal, wspinałem się po porfirowych ścianach zwanych quebradas, na próżno szukałem ojca w głębi sekwojowych lasów i na ośnieżonych górskich szczytach. O Robercie mówiono, że rośnie i szybko dojrzewa, że staje się mężczyzną. Ja, cały w okruszkach po herbatnikach albo ciasteczkach imbirowych, czytałem i, jak na złość, byłem wciąż tym samym małym chłopcem, który zazdrościł mu jego niezwykłych losów.

Pamiętam szczególnie jeden fragment, przez który nie spałem całą noc i dostałem gorączki, a nazajutrz rano nie mogłem wstać i pójść do szkoły, ku wielkiemu utrapieniu mojej mamy, która domyślała się, że to Dzieci kapitana Granta są przyczyną tej niezdrowej ekscytacji. Przeżyłem wtedy jedną z najpiękniejszych przygód w moim życiu…

Mniej więcej w połowie pierwszego tomu powieści zapada decyzja, że mężczyźni będą szukać kapitana Granta na piechotę w Chile i w Argentynie, kobiety zaś przepłyną na „Duncanie” Cieśninę Magellana i zaczekają na nich u wybrzeży Atlantyku. Z jednej strony żal mi było zostawiać Mary i lady Glenarvan, z drugiej zaś myśl o przemierzeniu pieszo Ameryki Południowej wydała mi się niezwykle ekscytująca.

Górskie krajobrazy, które napotykali po drodze Robert i jego towarzysze, robiły na mnie kolosalne wrażenie: przecież dotychczas znałem jedynie Mont Royal – nic nieznaczące wzgórze, miejsce niedzielnego wypoczynku wystrojonych odświętnie Montrealczyków, którego sylwetkę widziałem ze swojego balkonu w głębi rue Mont-Royal. Za to andyjskie Kordyliery! Lodowce, potoki spadające z wysokości kilkuset metrów (w moim kanadyjskim wydaniu encyklopedii Larousse’a wyczytałem, że jeden metr to trzy stopy i trzy cale), zawieszone nad przepaścią kamienne płaskowyże, burze wiatrowe i deszczowe zrywające się niespodziewanie i cichnące tak nagle, że trudno było uwierzyć, że w ogóle przeszły, różowe wschody i pomarańczowe zachody słońca! Posiłki złożone z suszonego mięsa, wszelkiego rodzaju roślin strączkowych doprawionych papryką, świeżo upolowanej dziczyzny, wody z górskich potoków i równinnych strumieni, od których ślinka napływała mi do ust, stanowiły jakże miłą odmianę po nieśmiertelnych tłuczonych ziemniakach i obowiązkowym zielonym groszku nr 1! I po tym wszystkim miałbym znów jeść pâté chinois*?

Wreszcie doszedłem do rozdziału, który wprawił mnie dosłownie w stan lewitacji. Na wysokości dwunastu tysięcy stóp nad ziemią członkowie ekspedycji zatrzymali się na noc na oblodzonym płaskowyżu zawieszonym nad ogromną doliną, którą w następnych dniach mieli przedostać się ku argentyńskiej pampie. Noc minęła spokojnie, wszyscy zasnęli, wyczerpani, lecz zadowoleni. O świcie zbudził ich straszliwy huk. Cytuję samego Juliusza Verne’a:

W wyniku właściwego Kordylierom zjawiska przemieszczał się i zsuwał ku nizinie cały, szeroki na kilka mil, masyw.

– Trzęsienie ziemi! – wykrzyknął Paganel.

Płaskowyż, na którym się schronili, zaczął zjeżdżać w dół! Byłem razem z nimi, spadałem razem z nimi, ośnieżone szczyty wirowały mi przed oczami, góry same zmieniały kształt, dopiero co rozjaśnione świtem niebo chybotało się jak wtedy, gdy na „Duncanie” przepływałem Cieśninę Magellana, namiot plątał mi się pod nogami, broń, drewno na opał, sprzęty do gotowania, żar z niedogaszonego ogniska przelatywały tuż obok mnie, jechałem gigantyczną górską kolejką, która uwoziła mnie nieuchronnie w dół doliny, mknąłem na spotkanie śmierci, a właściwie już leżałem bez życia – zagrzebany w pościeli, z rozszerzonymi ze strachu oczami, z walącym jak oszalałe sercem.

Najgorsze, że na początku następnego rozdziału, kiedy już przeszło trzęsienie ziemi i wszyscy zaczęli pomału wracać do siebie, okazało się, że Robert zniknął! Czarna rozpacz zapanowała w Chile i w rozkopanym łóżku przy rue Cartier. Członkowie ekspedycji szukali chłopca przez trzy dni, a ja z napięcia przestałem oddychać. Robert Grant nie mógł umrzeć, JA nie mogłem umrzeć! Historia nie mogła się toczyć dalej beze mnie, zostało jeszcze trzysta stron, to ja byłem jej bohaterem, to ja straciłem ojca i wyruszyłem ze Szkocji w świat, żeby go odszukać, to ja wyrastałem na mężczyznę pośród Patagończyków i marynarzy dalekomorskich! Juliusz Verne, mój ulubiony pisarz wszystkich epok i narodowości, nie mógł mi tego zrobić!

W końcu jednak nadeszło wybawienie. Obraz ten, jeden z najbardziej sugestywnych, które pamiętam z dzieciństwa, przywołuję jeszcze teraz, czterdzieści lat później, gdy zdarza mi się cierpieć w nocy na bezsenność, bo wiem, że pozwoli mi usnąć, bez względu na to, jakie strapienie nie daje mi spać. Po trzech dniach życia w obawie, że nigdy nie odnajdzie zaginionego chłopca, lord Glenarvan spostrzega na horyzoncie, het, daleko na niebie, jakiś punkt… Punkt staje się coraz większy… To ogromny andyjski kondor trzymający w szponach Roberta Granta! Na ilustracji widać było chłopca zaczepionego za ubranie, zwisającego w bezwolnej pozie Chrystusa z Piety Michała Anioła. Przez trzy dni leciałem niesiony przez kondora! Z emocji gwałtownie zamknąłem książkę i przytuliłem do siebie. Próbowałem odtworzyć w wyobraźni te trzy doby, zobaczyć z lotu ptaka rozpościerające się pode mną andyjskie Kordyliery, gniazdo uwite na niedostępnej granitowej iglicy, poczuć ponownie głód, pragnienie, ale i zachwyt, że przez chwilę byłem dzieckiem wielkiego kondora.

Kondora zabito, Robert Grant odzyskał świadomość, a ja dalej wisiałem trzymany za podarte ubranie w ptasich szponach. Nie chciałem wracać na ziemię, chciałem zostać tam, na dachu świata, chociaż do następnego dnia. Gasząc lampkę nocną, miałem nadzieję, że przyśni mi się porywisty wiatr i szum ogromnych, jedwabistych skrzydeł.


*Pâté chinois („chińska zapiekanka”) – tradycyjne danie kuchni quebeckiej złożone z zapieczonych warstw mielonego mięsa wołowego, kukurydzy i ziemniaczanego purée.


Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami (Un ange cornu avec des ailes de tôle), Michel Tremblay, Léméac / Actes Sud, 1994. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.