Category Archives: moje opublikowane przekłady

Valérie Tong Cuong: Pracownia naprawiania życia

Fragment książki Pracownia naprawiania życia

Pan Mike

Pracownia naprawiania życia Valérie Tong Cuong

Pracownia naprawiania życia

Żyło się więc pomalutku, o ile w ogóle można tak powiedzieć, bo życie na ulicy ma jednak pewne niedogodności (niepogoda, łupanie w krzyżu od siedzenia przez cały dzień trzydzieści-czterdzieści centymetrów nad ziemią albo od dreptania w miejscu na stojaka), w sumie jednak nie można było narzekać, najeść się można było lepiej niż w wojsku, i to wszystkiego: jogurtów, serów, wędlin, warzyw i innych wiktuałów, które wyrzucano co wieczór ze sklepu jeszcze w opakowaniu (błogosławione niech będą daty przydatności do spożycia!).

Kosze ze śmieciami wyjeżdżały z supermarketu o dziewiętnastej. Wiara zaczynała się schodzić już od osiemnastej trzydzieści. Rumuni, emeryci, młodziaki z psami, biedota i matki żywicielki rodziny. Chochlik ustawiał się tuż za drzwiami, żeby mieć pewność, że się obsłuży pierwszy. Mężczyźni stali wzdłuż chodnika z rękami w kieszeniach. Kobiety zbijały się w małe grupki i, korzystając z okazji, wymieniały się najnowszymi wieściami i grzecznościowymi całusami, jednocześnie kątem oka czujnie obserwując drzwi. Gdy tylko pojawiały się kontenery, kończyły się przyjaźnie: wiara się cisnęła, rozpychała łokciami, zębami i pazurami walczyła o co lepsze kąski. Ja spokojnie czekałem. Stali bywalcy przynosili mi swoje zdobycze: „To dla pana, panie Mike, niech pan bierze, panie Mike”. Zawsze najprzedniejszy towar. Cóż, takie są korzyści, kiedy się ma metr dziewięćdziesiąt wzrostu i posturę Rocky’ego Balboi, to budzi szacunek, ale uwaga, niewiele z tego zawdzięczałem naturze, może wzrost, ale na resztę zapracowałem sam: ciężary, pompki w seriach po sześćdziesiąt, podciąganie na drążku, marsze forsowne przy trzydziestu ośmiu stopniach w cieniu, w kamaszach z odklejonymi podeszwami, z piętnastoma kilogramami sprzętu na grzbiecie – bo tylko tak zostaje się szefem, a nie macając kury w kurniku.

Rzecz jasna, przez te osiem miesięcy nieco straciłem na prezencji. Browar zmiękczył mi kaloryfer i przygiął kręgosłup. Ale prawdziwy kapitan nie przestaje być kapitanem, nawet kiedy idzie na dno razem z innymi rozbitkami. A ofiar losu, trzeba przyznać, było wokół pełno, marniały ludziska w oczach. Dajmy na to Bretończyk: chłop sprowadził się po wakacjach wręcz kwitnący, a już na Boże Narodzenie rodzona matka by go nie poznała. Albo Artysta, co to rysował kredą na chodniku, mizerota: w dwa miesiące rozłożyła go na łopatki paskudna grypa. A Moko, repatriant z Algierii? Zawsze w wytartym zielonym lodenowym płaszczu i kaszkiecie w kratkę, z co do włoska przystrzyżonymi kosmykami zachodzącymi na policzki, był prosty jak struna, kiedy się u nas pojawił, aż po którejś bani zaliczył glebę, wylądował na pogotowiu i tyle go widziano. Więc i tak trzymałem się całkiem nieźle. Najtrudniej było nie myśleć. Móżdżenie rozpirza człowieka gorzej niż mina przeciwpancerna. Dlatego tyle nawijałem. Z przechodniami, z Chochlikiem, z ochroniarzami z supermarketu, ze streetworkerami, z mieszkańcami domu. Ci ostatni za mną nie przepadali, przechodzili pośpiesznie, żeby jak najszybciej zamknąć za sobą drzwi i zapomnieć o moim istnieniu, albo szeptali między sobą zniesmaczeni, mijając się na klatce: – I co? On wciąż tu jest? Wszyscy jesteśmy ludźmi i wszystko można zrozumieć, ale są przecież jakieś granice, ten zapach, brud, no i alkohol, musimy myśleć o dzieciach, co to dla nich za przykład, do tego to piwsko! Gdyby chociaż nie pił i siedział cicho, ale nie, musi wtrącić swoje trzy grosze za każdym razem, kiedy ktoś przechodzi! On chyba nie wie, co to jest własność prywatna! Są przecież miejsca dla takich jak on! W tej bramie jest mu za wygodnie, ot, cały problem!

Pracownia naprawiania życia, Valérie Tong Cuong, Wydawnictwo Amber, 2014. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

Catherine Grey: Superfacet nie istnieje, no i co z tego?

Fragment książki Superfacet nie istnieje, no i co z tego?

Facet Sportowiec

Okres używalności: 10 dni

Superfacet nie istnieje, no i co z tego, Catherine Grey

Superfacet nie istnieje, no i co z tego?

Na pierwszy rzut oka Facet Sportowiec ma same zalety: ma fajną sylwetkę, zdrowo się odżywia, jest pełen energii. Poznaliście się, powiedzmy, w sobotę wieczorem: było fantastycznie, tuż po północy, po jednej (co najwyżej) lampce wina pojechaliście do ciebie, żeby pogłębić znajomość (albo od razu pójść na całość, nie nasza sprawa).

W niedzielę rano dowiadujesz się, że codziennie o siódmej rano (nawet w zimie) zakłada termoobrzydliwe czerwone kalesony i fioletowo-żółte adidasy i idzie biegać. Nie ma mowy o żadnych czułościach ani przedtem (śpieszy się), ani potem (jest wykończony). Mówisz sobie: „Świetnie, też się zmobilizuję” koło… czternastej. Za późno.

W niedzielę po południu chodzicie po lesie, wdychacie tlen i szukacie grzybów (tudzież paproci, otoczaków lub jałowców). Spędzacie tam trzy godziny i pięćdziesiąt minut… Świetnie się bawisz, nigdy byś nie pomyślała, że można w taką pogodę przetrwać tylko na batonikach muesli.

W poniedziałek jedzie do siebie po rower. Nie ma mowy, żeby coś kupił po drodze, bo to rower „profesjonalny”: nie ma koszyka, bagażnika ani siodełka.

We wtorek w ogóle się nie widzicie, bo trenuje sporty zespołowe (rugby, piłkę nożną itp.) i wraca późno, zalatując trochę piwem (nie pije dużo, bo przecież jest sportowcem). Woń potu wyczuwasz natomiast dość wyraźnie, zwłaszcza gdy następnego dnia natkniesz się na jego torbę.

W środę znajdujesz w swojej pachnącej łazience krowie łajno. Korki zostawiają ślady. Które nie pachną różami. Kiedy idziesz sobie zrobić kawę do kuchni, o mało się nie zabijasz: najpierw potykasz się o niego robiącego brzuszki w przedpokoju, potem dużym palcem u nogi zawadzasz o jego betonowe hantle, a w końcu walisz głową w drążek, który zainstalował w futrynie.

W czwartek przyjeżdżają jego rzeczy: sprzęt do ćwiczeń. Wybrał najlżejszy z możliwych, ale i tak docelowo najlepiej byłoby mieć garaż, w którym urządziłby sobie małą siłownię. Zdecydowanie jesteś tego samego zdania. Bo naprawdę mocno się poci.

W piątek robi sobie dzień białkowy. To znaczy je wyłącznie produkty wysokobiałkowe: gotuje sobie 29 piersi z kurczaka i 90 jaj, z których zjada tylko białko, a na deser robi sobie koktajl z proszku, które kupuje na wiadra w sklepie dla kulturystów.

W sobotę nie chce się ruszyć z domu, bo wychodziliście w zeszłym tygodniu, nie chce też się bzykać, bo oszczędza siły na niedzielny międzyokręgowy turniej tenisowy. Kiedy go pytasz, co mają ze sobą wspólnego jego jaja i łydki, otrzymujesz jedynie zdawkową odpowiedź.

W niedzielę zaczynasz marzyć o normalnym facecie – typowym dla naszych czasów, galaretowatym, rozmamłanym kanapowcu.

Nawet jeśli bardzo się do niego przywiązałaś, musisz zrozumieć, że tak naprawdę Facet Sportowiec kocha tylko sport, swoje ciało i endorfiny. Obsesyjnie skupia się na tym, żeby nie przytyć, nie zestarzeć się, nie umrzeć. A przecież i on, jak my wszyscy, w końcu podupadnie na ciele i na umyśle (co ciekawe, mózgu raczej nie ćwiczy).

Wyjątek: Ewentualnie możesz go zatrzymać na 10 dni jako osobistego trenera. Jak tylko sama zaczniesz się ruszać i zapiszesz się na siłownię, rzuć go.

 

Superfacet nie istnieje, no i co z tego?, Catherine Grey, Wydawnictwo Amber, 2014. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

Sophie Fontanel: Sztuka sypiania samej

Fragment książki Sztuka sypiania samej

 

Sztuka sypiania samej, Sophie Fontanel

Sztuka sypiania samej

Popołudniowy seans filmowy w Paryżu. Do kina w centrum kulturalnym Lucernaire chodziłam trzy razy w tygodniu. Na sali nigdy nie było więcej niż dziesięć osób. Tego dnia zaś byłam zupełnie sama – aż się odwróciłam i w odruchu solidarności skinęłam przyjaźnie do niewidocznego kinooperatora. Wyświetlano Trzy dni Kondora Sydney’a Pollacka. Robert Redford właśnie wychodzi z biura (placówki CIA) po kanapki. Kiedy wraca w swoim granatowym płaszczu z prowiantem pod pachą, jego koledzy już leżą martwi, podziurawieni kulami. Wie, że miał zostać zamordowany tak jak pozostali, że stanowi zagrożenie, że go znajdą, że musi uciekać. Ryzykując głową, znika za rogiem.

Można oczywiście oglądać ten film na tysiąc różnych sposobów, lecz czy kobiety kochające rzeczywistych mężczyzn są gotowe spotkać się z Robertem Redfordem? Wiem, że coś niecoś wynoszą, że trochę korzystają. Nigdy jednak nie idą dalej. Dla nich to tylko film. Bo Robert Redford przychodzi tylko wtedy, gdy nie masz zupełnie nic. Musisz pójść do kina w centrum kulturalnym Lucernaire, zaszyć się bezpiecznie w fotelu i we własnym ciele i położyć otwarte, bezbronne dłonie na kolanach, całą sobą łakniesz iluzji, w ostatnim czasie obcowałaś wyłącznie z pięknem, film jest dla ciebie prawdziwym lucernarium (lucernaria to otwory doprowadzające światło do katakumb), możesz oddawać się miłości w kompletnym bezruchu, jesteś makiem (pamiętasz?), więc do rozkwitnięcia potrzebujesz tylko odrobiny wody, chwytasz fluidy Roberta Redforda, przemieniasz je w magiczny napój i… już, on naprawdę cię widzi.

Gdyby podszedł do mnie na imprezie, miałabym się na baczności. Zastanawiałabym się, czego ode mnie chce. Chyba, a nawet na pewno, bym się przestraszyła. Siedziałam jednak w kinie, tysiące kilometrów od fizycznego ciała Roberta Redforda. Miałam przed sobą jego esencję. Oboje zrzuciliśmy ziemską powłokę i zmartwychwstaliśmy w raju kina Lucernaire. Mógł mnie unieść ze sobą w załamkach swojej chropowatej skóry. Patrzyłam na nierówności na jego twarzy i myślałam sobie: „Jeśli sytuacja się rozwinie, to będą moje punkty zaczepienia”.

Cuda się zdarzają: kiedy na ekranie pojawiły się napisy końcowe i w ciemnościach podniosłam się z fotela, Robert Redford położył rękę na moim ramieniu i zaproponował mi czwarty dzień Kondora. Tak po prostu. Domyślił się. Zarzuciłam rękę na jego piękną, ocalałą blond szyję, mając nadzieję, że kinooperator, nawet jeśli na mnie patrzy, pomyśli sobie, że spoglądam na zegarek.

 

Sztuka sypiania samej, Sophie Fontanel, Wydawnictwo Amber, 2014. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

Last updated by at .