« Les ferments »

« La dormeuse au chat », Władysław Ślewiński, 1896.
« La dormeuse au chat », Władysław Ślewiński, 1896.

« Quelle oie ! Ça veut conquérir et gouverner le monde ! » murmura Janka ironiquement. Cela l’exaspérait qu’une bonne femme stupide partage ses rêves d’autrefois et d’aujourd’hui. Elle ne voulait même pas lui reconnaître ce talent qu’elle pressentait pourtant, puisque quelque chose comme un semblant de jalousie lui lacérait l’âme de ses griffes tranchantes. Elle se mit à arpenter la pièce. « Oui, c’est comme ça dans le monde, celle-là triomphera et gagnera tout, pensait-elle, tandis qu’elle, qui avait mis toute sa vie dans ses rêves et payé leur réalisation de tant de larmes et de déceptions, elle resterait dans cette misérable ville de province et marierait cette espèce de rustre ! »

Elle poussa furieusement la chaise qui lui barrait le passage. Elle, elle accoucherait de ses enfants, elle veillerait sur son ménage, elle vivrait dans ce monde qui l’avait giflée dimanche dernier ; elle sourirait à cette vieille paysanne, sa belle-mère, qui s’acquittait naguère des corvées avec sa propre servante, elle appellerait “père” cet ivrogne, ce coureur de tavernes, elle serait femme du fils d’un ancien tenancier, de ce roturier de Grzesik !

Cette fois-ci, elle bouscula un fauteuil et l’envoya contre le mur opposé. Ainsi, elle devrait vivre ainsi ! Mais pourquoi ? Pour quoi faire ? Pour, un trousseau de clefs à la ceinture, des bottines éculées aux pieds, faire le tour des porcheries, contrôler les traites, quereller les domestiques ; pour aller à l’église le dimanche et recevoir parfois chez elle cette bande d’idiots et d’imbéciles, ce troupeau d’oies et de commères ; pour toujours s’aplatir, toujours surveiller son âme, toujours être gardienne de son passé, pour qu’aucun écho de sa vie d’avant ne parvienne aux oreilles des bien-pensants, pour que personne ne lui jette au visage : “Théâtreuse !”, “Ancienne actrice !” Pour se diminuer, pour étouffer son âme, tout désir d’une vie plus large, toute ambition plus élevée que celle de parvenir, pour s’avilir au point de rentrer sans grommeler sous le joug de la très médiocre vie quotidienne !

« C’est ça que je dois faire ? C’est comme ça que je dois vivre, moi ? Non, non, non ! » s’écria-t-elle, transportée de colère, emportée par la révolte d’une âme consciente de ses propres forces. « Non ! Que le monde s’écroule, que tout tombe en ruine autour de moi, peu importe, j’irai où je veux, je vivrai à pleins poumons, là où personne ne me dira : “Ce n’est pas possible !”, “Ce n’est pas convenable !”, “Ce n’est pas permis !” »

Soudain, comme des oiseaux effrayés par un autour, ses pensées s’envolèrent et commencèrent à tourbillonner confusément en un méli-mélo de scènes, d’images, de souvenirs, de couleurs et de voix ; ébranlée, secouée par quelque vent puissant, son âme s’évadait dans ce monde rêvé et désiré, le monde du soleil, de l’action, de la vie large et libre.

Elle s’assit et resta pendant un long moment à envisager froidement la situation.

« Oui, j’irai faire du théâtre, j’ai du talent, je dois en avoir… Je réclamerai ma dot, pour ne plus vivre dans la misère. J’irai faire du théâtre ! » Elle se disait tout cela à haute voix et dans sa tête défilaient les silhouettes des gens qu’elle avait connus à Varsovie, ces pseudo-artistes qui constituaient le théâtre et ces individus qui composaient le public, toutes leurs misères et tous les détails quotidiens stupides de leurs vies, qu’elle examinait maintenant à la lumière crue de la vérité, ces querelles et intrigues incessantes, ces mesquineries, tout ce marécage de crapulerie et de fange, tous ces hystériques méchants et pourris jusqu’à l’os, qu’ils étaient maintenant à ses yeux. Et le public, tous ces Zaleski, Grzesikiewicz, Babiński, Świerkoski, des masses imbéciles, sauvages et barbares, qui cherchaient au théâtre un piment pour leur sens blasés, une excitation, un amusement.

« Pantins, mannequins, bétail humain… Non, je ne sais plus rien ! » murmura-t-elle, désespérée par cette prise de conscience, ne pouvant secouer le sentiment de dégoût et de mépris profonds que lui inspirait maintenant le théâtre ; mais elle décida malgré tout de partir. Advienne que pourra, elle voulait en finir une bonne fois pour toutes et ce le plus rapidement possible, car il lui faudrait partir avant que Grzesikiewicz ne trouve le courage de lui demander sa main.


« Les ferments » („Fermenty“, continuation de « La comédienne »), Władysław Stanisław Reymont, 1897. Traduction du polonais : Monika Szymaniak.


„Mandaryni”


Taksówka mijała mosty, tory, magazyny. Jechała ulicami, przy których wszystkie sklepy należały do Włochów. Zatrzymała się na rogu alei przesiąkniętej zapachem spalonego papieru, mokrej ziemi i biedy. Kierowca pokazał mi drewniany balkon wiszący na ceglanej ścianie.

— To tutaj.

Simone de Beauvoir i Nelson Algren
Simone de Beauvoir i Nelson Algren

Szłam wzdłuż płotu. Po lewej znajdowała się tawerna oznaczona czerwonym szyldem ze zgaszonymi neonami: „Schlitz”. Po prawej na wielkim plakacie idealna amerykańska rodzina wąchała ze śmiechem talerz owsianki. Ze stojącego przy drewnianych schodach kosza na śmieci ulatniał się dym. Weszłam po schodach na górę. Szklane drzwi na balkonie były zasłonięte żółtą roletą. To musiało być tutaj. Nagle poczułam się onieśmielona. Bogactwo wystawia się zawsze na widok publiczny, bieda to sprawa prywatna. Miałam wrażenie, że jeśli zapukam w szybę, popełnię jakąś niedyskrecję. Niezdecydowana patrzyłam na ceglane mury, obwieszone monotonnie kolejnymi schodami i kolejnymi szarymi balkonami. Ponad dachami dostrzegłam ogromny czerwono-biały walec zbiornika z gazem. Pod stopami miałam kwadrat gołej ziemi, na którym rosło całkiem czarne drzewo i stał mały wiatrak z niebieskimi skrzydłami. Gdy w oddali przejechał pociąg, balkon zadygotał. Zapukałam. W drzwiach pojawił się dość młody i dość wysoki mężczyzna w skórzanej, usztywniającej klatkę piersiową kurtce. Popatrzył na mnie ze zdziwieniem.

— Znalazła pani mój dom?

— Na to wygląda.

Pośrodku żółtej kuchni mruczał czarny piecyk. Wyłożona linoleum podłoga była usłana starymi gazetami. Zauważyłam też, że nie było lodówki. Brogan niepewnym ruchem wskazał na papiery.

— Właśnie robiłem porządki.

— Mam nadzieję, że nie przeszkadzam.

— Ale skąd. — Stał naprzeciw mnie z zakłopotaną miną. — Dlaczego nie chciała pani, żebym przyjechał po panią do hotelu?

— To straszne miejsce.

Na ustach Brogana wreszcie zamajaczył uśmiech.

— To najlepszy hotel w Chicago.

— Właśnie. Za dużo dywanów, za dużo kwiatów, za dużo ludzi, za dużo muzyki, za dużo wszystkiego.

Uśmiech Brogana sięgnął oczu.

— W takim razie proszę tutaj.

Najpierw zobaczyłam meksykański koc i żółte krzesło jak u van Gogha. Później książki, gramofon i maszynę do pisania. Musiało się dobrze mieszkać w tym mieszkaniu, które nie przypominało ani kawalerki estety, ani wzorcowego amerykańskiego domu. Powiedziałam z ożywieniem:

— Przyjemnie tutaj u pana.

— Tak pani sądzi? — Spojrzenie Brogana pytająco błądziło po ścianach. — To nieduże mieszkanie. Znów chwilę milczał, a potem powiedział pośpiesznie: — Nie chce pani zdjąć płaszcza? Co by pani powiedziała na filiżankę kawy? Mam francuskie płyty, może chciałaby pani posłuchać? Płyty Charlesa Treneta?

Czy to z powodu mruczącego piecyka, czy to dlatego, że na ozłoconej zimnym lutowym słońcem rolecie poruszał się cień czarnego drzewa, pomyślałam sobie od razu, że mogłabym przesiedzieć cały dzień na meksykańskim kocu. Nie po to jednak zadzwoniłam do Brogana, tylko po to, żeby zwiedzić Chicago. Powiedziałam stanowczo:

— Chciałabym zobaczyć Chicago, jutro rano wyjeżdżam.

— Chicago jest duże.

— To proszę mi pokazać choć fragment.

Dotknął swojej skórzanej kurtki i spytał zaniepokojony:

— Powinienem lepiej się ubrać?

— Co za pomysł! Nie znoszę sztywnych kołnierzyków!

Zaprzeczył gorąco:

— Nigdy w życiu nie nosiłem sztywnego kołnierzyka…

Po raz pierwszy nasze uśmiechy się spotkały, ale Brogan nie był jeszcze w pełni uspokojony.

— Nie zależy pani, żeby zobaczyć rzeźnie?

— Nie. Przejdźmy się po ulicach.

Ulic było dużo i wszystkie były do siebie podobne. Stały przy nich sfatygowane domki otoczone nieużytkami próbującymi udawać podmiejskie ogródki. Szliśmy też prostymi, smętnymi alejami. Wszędzie było nam zimno. Brogan z niepokojem łapał się za uszy.

— Już są całkiem sztywne, za chwilę odpadną.

Zlitowałam się nad nim.

— Chodźmy się ogrzać do jakiegoś baru.

Poszliśmy do baru. Brogan zamówił ginger ale, ja burbona. Kiedy wyszliśmy, wciąż było tak samo zimno. Poszliśmy do innego baru i zaczęliśmy rozmawiać. Po lądowaniu aliantów w Normandii spędził kilka miesięcy w obozie w Ardenach. Zadawał mi mnóstwo pytań na temat Francji, wojny, okupacji, Paryża. Ja też pytałam go o różne rzeczy. Wydawał się cały szczęśliwy, że ktoś go słucha, a jednocześnie zmieszany, że mówi o sobie. Z wahaniem wydobywał z siebie słowa, a później wypowiadał je z takim ożywieniem, że za każdym razem czułam się przez niego obdarowana. Urodził się na południu Chicago. Był synem drobnego sklepikarza finlandzkiego pochodzenia i węgierskiej żydówki. Gdy przyszedł wielki kryzys, miał dwadzieścia lat. Zjeździł całą Amerykę, chowając się w wagonach towarowych. Był komiwojażerem, pomywaczem, kelnerem, masażystą, kopaczem rowów, murarzem, a gdy zaszła potrzeba — włamywaczem. W pewnej zapadłej dziurze w Arizonie, gdzie mył kieliszki, napisał opowiadanie, które wydało mu lewicowe czasopismo. Wtedy napisał kolejne opowiadania. Po sukcesie jego pierwszej powieści wydawca zaczął mu wypłacać pensję, z której żył.

— Chciałabym przeczytać tę książkę — powiedziałam.

— Następna będzie lepsza.

— Ale ta już jest.

Brogan popatrzył na mnie skonsternowany.

— Naprawdę chce ją pani przeczytać?

— Tak, naprawdę.

Wstał i poszedł do telefonu w głębi sali. Po trzech minutach wrócił.

— Książka będzie przed kolacją u pani w hotelu.

— O! Dziękuję! — powiedziałam ciepło.

Wzruszyła mnie żywiołowość jego gestu. To właśnie sprawiło, że od razu wydał mi się sympatyczny — spontaniczność. Nie znał okrągłych frazesów ani rytualnych grzecznościowych formułek. Swoje uprzejmości improwizował i wymyślał na bieżąco, jak czułości. Z początku bawiło mnie, że mam przed sobą modelowego amerykańskiego „lewicowego pisarza–self made mana”. Teraz interesował mnie sam Brogan. Po tym, co opowiadał, widać było, że nie rości sobie wobec życia żadnych praw, a jednocześnie przez cały czas namiętnie pragnie żyć; podobało mi się to — ta mieszanka umiaru i zachłanności.

— Skąd przyszedł panu do głowy pomysł, żeby pisać? — spytałam.

— Zawsze lubiłem druk. Kiedy byłem dzieckiem, robiłem gazetę, wklejając wycinki prasowe do zeszytów.

— Musiały być też inne powody?

Zamyślił się.

— Znam masę różnych ludzi. Mam ochotę pokazać innym, jacy są naprawdę. Słyszy się tyle bzdur. — Zamilkł na chwilę. — Kiedy miałem dwadzieścia lat, zrozumiałem, że wszyscy mnie okłamują i bardzo mnie to zezłościło. Chyba dlatego zacząłem pisać i nadal to robię…

— Nadal czuje pan złość?

— W pewnym sensie — odpowiedział oględnie z niewyraźnym uśmiechem.

— Nie zajmuje się pan polityką?

— Robię niewielkie rzeczy.

W sumie był w tej samej sytuacji co Robert i Henri, jednak znosił to z egzotycznym dla nas spokojem. Pisanie i ujawnianie niesprawiedliwości społecznych w radiu, czasem na mityngach, w zupełności mu wystarczało. Powiedziano mi to już wcześniej: tutaj intelektualiści mogą żyć w spokoju, bo są całkowicie bezsilni.

— Czy ma pan wśród przyjaciół jakichś pisarzy?

— O nie! — żywo zaprzeczył. Uśmiechnął się. — Mam przyjaciół, którzy zaczęli pisać, kiedy zobaczyli, że zarabiam pieniądze, nie robiąc nic poza siedzeniem przed maszyną do pisania. Nie zostali jednak pisarzami.

— Zarobili coś na tym?

Roześmiał się szczerze.

— Jeden wystukał pięćset stron w miesiąc. Musiał słono zapłacić za ich wydanie i żona zabroniła mu próbować dalej. Wrócił do zawodu kieszonkowca.

— To dobry zawód? — spytałam.

— To zależy. W Chicago jest duża konkurencja.

— Zna pan dużo kieszonkowców?

Spojrzał na mnie żartobliwie.

— Z pół tuzina.

— A gangsterów?

Spoważniał.

— Wszyscy gangsterzy to sukinsyny.

Zaczął mi potoczyście tłumaczyć, jaką rolę gangsterzy odegrali w ostatnich latach jako łamistrajki. Potem opowiedział mi mnóstwo historii o ich relacjach z policją, politykami, biznesmenami. Mówił szybko i momentami trudno mi było go zrozumieć, ale jego opowieści były równie pasjonujące, co film z Edwardem Robinsonem. Nagle przestał mówić.

— Nie jest pani głodna?

— Owszem. Teraz gdy mi pan o tym przypomniał, czuję się bardzo głodna — odpowiedziałam. Dorzuciłam wesoło: — Zna pan masę historii.

— O! Nawet gdybym nie znał, coś bym wymyślił — odpowiedział. — Lubię patrzeć, jak pani słucha.

Była prawie ósma. Czas szybko płynął. Brogan zabrał mnie na kolację do włoskiej restauracji. Jedząc pizzę, zastanawiałam się, czemu czuję się przy nim tak swobodnie. Nic prawie o nim nie wiedziałam, a mimo to wcale nie wydawał mi się obcy. Może dlatego, że był biedny i beztrosko znosił swoją biedę. Krochmal, elegancja, dobre maniery — to wszystko stwarza dystans. Kiedy Brogan rozpinał i zapinał skórzaną kurtkę, pod którą miał wyblakły sweter, czułam obok ufną obecność ciała, któremu jest ciepło i zimno — żywego ciała. Sam pastował sobie buty. Wystarczyło na nie spojrzeć, żeby zajrzeć w jego prywatność. Kiedy po wyjściu z pizzerii złapał mnie za ramię, żebym się nie przewróciła na oblodzonej ziemi, jego ciepło od razu wydało mi się znajome.

— Chodźmy! Pokażę pani mimo wszystko kilka fragmentów Chicago — powiedział.

Poszliśmy do klubu burleski i patrzyliśmy na rozbierające się przy muzyce kobiety. Słuchaliśmy jazzu w małym czarnym lokalu z dansingiem. Piliśmy w barze przypominającym noclegownię. Brogan znał wszystkich: pianistę z wytatuowanymi nadgarstkami z klubu burleski, czarnoskórego trębacza z lokalu z dansingiem, kloszardów, czarnych i stare dziwki z baru. Zapraszał ich do naszego stolika, ciągnął za język i patrzył na mnie z uszczęśliwioną miną, bo widział, że się dobrze bawię. Kiedy znów znaleźliśmy się na ulicy, powiedziałam z ożywieniem:

— Zawdzięczam panu swój najlepszy wieczór w Ameryce.

— Jest jeszcze tyle rzeczy, które chciałbym pani pokazać! — powiedział.

Kończyła się noc. Wiedziałam, że za chwilę wstanie świt i Chicago zniknie na zawsze. Na razie jednak stalowe nadziemne metro przesłaniało nam przeżerającą niebo oblazłą z koloru plamę. Brogan trzymał mnie za ramię. Czarne łukowe przęsła wiaduktu ciągnęły się przed nami i za nami w nieskończoność. Mieliśmy wrażenie, że opasują ziemię i będziemy tak szli całą wieczność.

— Jeden dzień to mało — powiedziałam. — Będę musiała wrócić.

— Niech pani wróci — odpowiedział Brogan. Dorzucił szybko: — Nie chciałbym myśleć, że więcej pani nie zobaczę.

Doszliśmy w milczeniu na postój taksówek. Kiedy zbliżył twarz do mojej twarzy, nie mogłam się powstrzymać, żeby nie odwrócić głowy. Poczułam jednak na ustach jego oddech.

Mandaryni (Les mandarins), Simone de Beauvoir, 1954. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.

« La comédienne »

Après le spectacle, Janka se rapprocha de Madame Kręska, qui, dans un moment de faiblesse, lui avoua son secret, caché soigneusement jusque-là, et fit défiler devant elle des mondes si nouveaux, si insolites, si attirants, que son cœur en palpita d’émotion.

« Portrait d’une femme », Teodor Axentowicz, 1895.
« Portrait d’une femme », Teodor Axentowicz, 1895.

Éblouie, Janka sentit naître en elle des désirs nouveaux, plus violents, mais elle ne fut pas encore conquise : ce n’était pas encore ce « quelque chose » qu’elle attendait depuis si longtemps.

Plus tard, elle joua encore plusieurs fois, car la fièvre théâtrale commençait déjà à la consumer.
Elle se mit à lire des critiques de spectacles et des portraits d’acteurs dans la presse. Enfin, poussée par l’ennui ou par un instinct, elle fit venir des œuvres de Shakespeare. À partir de ce moment-là, elle fut perdue.

Avec un recueillement religieux, elle l’écouta parler de la scène, de ses triomphes, des représentations, de la passionnante vie d’acteur. Madame Kręska s’exalta et dépeignit les choses avec enthousiasme ; oublieuse des misères de cette vie, elle ne montra à la jeune fille fascinée que des images radieuses. Ayant sorti de sa malle des cahiers jaunis remplis de ses rôles d’autrefois, elle les lut à haute voix et joua devant elle, enflammée par les souvenirs du passé.

Elle trouva finalement ce « quelque chose », son idole, sa raison d’être, son idéal : le théâtre.

Nature violente, elle avala d’une traite Shakespeare tout entier.

Il aurait fallu beaucoup écrire pour relater, ne serait-ce qu’en résumé, la violente dilatation de l’âme, la folle envolée de l’imagination, l’élargissement intérieur qu’elle ressentit après cette lecture. Un essaim d’esprits – mauvais, nobles, immondes, vulgaires, héroïques ou souffrants, mais toujours grands, d’une race qui avait disparu de ce monde sans laisser de trace – l’entoura. Des sons, des paroles, des pensées et des sentiments si puissants traversèrent son esprit qu’elle eut l’impression de porter en elle l’univers entier.

Ayant lu plusieurs fois ces œuvres immortelles, elle se dit qu’elle deviendrait actrice, qu’elle en deviendrait une à tout prix ; ses activités quotidiennes lui parurent tellement vaines, les gens tellement médiocres qu’elle s’étonna de ne pas s’en être aperçu plus tôt.

Elle se sentit artiste ; un éclair fulgurant l’illumina et l’éveilla ; c’était l’art le bien qu’elle espérait et dont elle rêvait depuis si longtemps.

Elle brûla de la fièvre du théâtre et du désir des sensations extraordinaires.

Les hivers lui parurent trop chauds, les neiges trop petites ; les printemps avançaient trop lentement, les automnes étaient trop secs et pas assez brumeux ; dans sa tête à elle, tout cela était cent fois plus puissant. La beauté, elle la voulait sublime, le mal criminel, l’action titanesque.

– C’est trop peu ! Encore ! – s’écriait-elle en automne, lorsque les grands vents faisaient plier bruyamment les hêtres et que les feuilles tombaient par terre comme des flocons de sang rouge, lorsque les pluies torrentielles continuaient des semaines entières, inondant tous les chemins, tous les canaux et tous les ravins, et que les nuits terrifiaient presque à cause de l’obscurité et du combat forcené des éléments.

Il y avait des jours où tout sur le ciel et sur la terre semblait s’être éteint, effacé, confondu ; seuls grisaillaient les poudres des mondes défaits et une grisaille morne, tenaillant l’âme par la tristesse infinie d’une agonie, suintait de partout et imprégnait le monde. Elle s’enfuyait alors dans la forêt, se couchait sur le bord d’un ruisseau ou sur une colline dépouillée de végétation et, exposée à la pluie, au vent cinglant et au froid, se laissait emporter par son imagination et s’envolait dans les mondes des géants ; elle était heureuse à en perdre conscience. Elle faisait rage avec l’ouragan, qui frappait et affrontait les forêts, qui hurlait et gémissait piteusement sous les branches, comme une bête sauvage entravée.

Elle adorait ces jours et ces nuits, elle raffolait de ces pleurs douloureux déchirants de la nature agonisant dans la boue d’automne. En s’imaginant Lear, en cherchant en vain à dominer de sa voix les hurlements de la tempête et les mugissements de la forêt, elle lançait dans un monde embrumé des malédictions tragiques…

Elle vivait alors la vie des âmes shakespeariennes. C’était, pour ainsi dire, une sublime folie de l’esprit. Elle aima d’une violence absolue ces grands héros tragiques d’œuvres dramatiques.

Orłowski savait quelque chose de sa maladie, mais il en riait avec mépris.

– Comédienne ! – lui jetait-il au visage avec une brutalité qui lui était propre.

La comédienne (Komediantka), Władysław Stanisław Reymont, 1896. Traduction en polonais : Monika Szymaniak.