« Les paysans »

« La terre », Ferdynand Ruszczyc, 1898. Peinture.
« La terre », Ferdynand Ruszczyc, 1898.

 

L’automne, de plus en plus profond, s’installait.

Des jours blafards se traînaient à travers les champs nus, muets, et agonisaient lentement dans les forêts — de plus en plus silencieux, de plus en plus exsangues, pareils à ces saintes hosties éclairées par la flamme expirante de cierges funèbres.

Chaque matin, le jour se levait plus paresseusement, engourdi par le froid et blanchi par le givre, dans le silence douloureux de la terre moribonde ; le soleil, blême et lourd, émergeait des profondeurs couronné de guirlandes de corneilles et de choucas, qui jaillissaient de par-dessus les aurores, volaient au ras des champs et croassaient sourdement, longuement, misérablement… Un vent froid, coupant, les poursuivait, remuait les eaux figées, flétrissait le reste de verdure et arrachait aux peupliers penchés sur les routes leurs dernières feuilles, qui coulaient silencieusement comme des larmes — les larmes sanglantes de l’été mort — et tombaient lourdement par terre.

Chaque matin, les villages se réveillaient plus tardivement : le bétail partait pour le pâturage plus paresseusement, les portes des étables grinçaient plus doucement et les voix, étouffées par la torpeur et le vide des champs, résonnaient plus faiblement — le pouls même de la vie battait plus faiblement, plus timidement ; devant les maisons ou dans les champs, on voyait des gens qui s’arrêtaient subitement et scrutaient longuement l’horizon ténébreux livide ; ou de grosses têtes cornues qui s’élevaient au-dessus de l’herbe jaunie, ruminaient lentement et plongeaient le regard au loin, très loin, un mugissement sourd et lamentable se répercutant dans les champs déserts…

Chaque matin, il faisait plus sombre et plus froid, les vapeurs rampaient plus bas dans les vergers dénudés et les oiseaux arrivaient plus nombreux dans les villages pour chercher refuge dans les granges et les cabanes à foin ; les corneilles perchaient sur les faîtes, s’accrochaient aux arbres nus ou tournoyaient au-dessus de la terre et croassaient sourdement, en chantant le triste chant de l’hiver.

Les après-midis, bien qu’ensoleillés, étaient tellement morts et sourds que les bruits des forêts parvenaient ouatés, comme des chuchotements ; le bouillonnement de la rivière se répandait en sanglots douloureux ; des lambeaux de fils de la Vierge, échappés d’on ne sait où, s’abîmaient dans l’ombre coupante, glaciale des maisons.

Une tristesse agonisante empreignait ces après-midis muets ; un silence de mort planait sur les routes désertes ; une mélancolie profonde, navrante et anxieuse à la fois, guettait dans les vergers dépouillés.

Souvent, toujours plus souvent, le ciel se couvrait de nuages brunâtres, si bien qu’il fallait quitter les champs dès l’heure tiède du goûter à cause de l’obscurité enveloppant la terre…

On finissait les déchaumages ; plus d’un, ayant creusé le dernier sillon la nuit déjà tombée, retournait chez lui en regardant en arrière, disant avec un soupir un adieu à la terre qu’il ne reverrait qu’au printemps suivant.

À l’avant-dîner, de plus en plus souvent, la pluie se mettait à tomber, courte encore, mais glaciale, et continuait jusqu’au crépuscule — un long crépuscule d’automne, dans lequel les fenêtres des maisons flambaient comme des fleurs dorées et les flaques d’eau sur les routes désertes luisaient comme des plaques de verre, la nuit froide, humide cognant aux murs et gémissant dans les vergers.


Les paysans (Chłopi), « L’automne » (tome Ier), Władysław Reymont, 1904-1907. Extrait traduit du polonais par Monika Szymaniak.

„Straszna oberża”

„Straszna oberża”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

— Co do kobiet — powiedział Chanlieu — to nie życzę wam takiej podróży poślubnej jak ta, którą odbyłem ze swoją pierwszą żoną. Dość powiedzieć, że oboje ledwo uszliśmy z życiem… Opowiem wam wszystko, jak było, od razu, bez zbędnych ceregieli.

Po powrocie z Sajgonu poprosiłem Towarzystwo Przewozów Morskich1 o urlop. Wykorzystałem go, żeby wreszcie ożenić się z maleńką Marią Łucją z Mourillonu2, która od czasu, gdy zmarł jej ojciec na Madagaskarze, mieszkała z dziadkiem.

W podróż poślubną wybraliśmy się do Szwajcarii. To był mój pomysł. Tak naprawdę jestem mieszczuchem i szczurem lądowym i nie znoszę przygód. Jeśli przez dwadzieścia lat pływałem jako kapitan na statkach dalekomorskich, to tylko dlatego, że taka była tradycja w mojej rodzinie i tego chcieli ojciec i matka. Ja od początku dostawałem od tego choroby morskiej.

No więc znaleźliśmy się w Szwajcarii, zupełnie jak za czasów Töpffera3. Moja młoda żona i ja. Zakochani po uszy. Znacie Solurę?

— Ja tam ożeniłem się na Borneo! — zachichotał Dorat, największy żartowniś spośród starych wilków morskich, które opowiadały sobie straszne historie przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie.

— No tak… A więc Solura to, można by rzec, stolica romańskiej Szwajcarii. To właściwie jedna długa, cicha ulica, gdzie najmniejszy nawet podmuch wiatru znad góry Weissenstein wprawia w ruch kołyszące się na drążkach obrazkowe szyldy.

Należąca do Jury góra Weissenstein mierzy ponad tysiąc trzysta metrów i leży na północny zachód od miasta. Błądzący tamtejszymi leśnymi wąwozami i ścieżkami turysta dociera w końcu na wysokość, powyżej której w drodze na szczyt nie ma już nic prócz pewnej oberży, która w tamtym czasie cieszyła się bardzo złą sławą.

Dwa lata przed naszym przyjazdem miejscowe władze znalazły w sąsiedniej studni i pobliskiej jaskini tuzin szkieletów i nieco rzeczy osobistych podróżnych, którzy w owej oberży znaleźli zgubną, ostatnią w życiu gościnę. Śledczy i biegli ustalili, że zbrodnie popełnili właściciele oberży, Weisbachowie (pamiętacie może tę sprawę, w swoim czasie pisały o niej wszystkie gazety). Ta odrażająca para tak skutecznie zastraszyła okolicznych mieszkańców, że trzymali gęby na kłódkę nawet po ich śmierci. Kilku starych górali już wcześniej domyślało się wielu rzeczy, jednak Jan Weisbach wystarczająco jasno dał im do zrozumienia, że nie lubi, żeby się mieszano w jego sprawy. Weisbachowie zmarli w spokoju, jako bogaci i szanowani ludzie. W końcu zmarł także Daniel, ich chłopak do wszystkiego.

Kiedy sprawa wyszła na jaw, prowadzący dochodzenie zaczęli rozpytywać wokół. W końcu udało im się skłonić do mówienia byłych sąsiadów, a także pewną starą kobietę z wolem na szyi, którą Weisbachowie groźbą przymusili do służby. Dzięki temu odtworzyli wiele — należących już wówczas do przeszłości — dramatycznych historii. Przerażające okoliczności zbrodni wskazywały, że Weisbachów cechowała nie tylko nienasycona żądza zysku, lecz także rzadko spotykana skłonność do sadyzmu i okrucieństwa.

W hotelowych jadalniach w Solurze nie mówiono rzecz jasna o niczym innym. Podróżni czekający na dyliżans, którym mieli wjechać na górę Weissenstein, by po zmroku dotrzeć na szczyt i przenocować w hotelu wsławionym pobytem Napoleona, a następnego dnia zjechać na francuską stronę Bramą Burgundzką, zakładali od razu, że w połowie podjazdu zatrzymają się na kieliszeczek czegoś mocniejszego w „krwawej oberży” — jak ją teraz nazywano ze względu na sprawę Weisbachów i kolor, na który była wymalowana. Był to niejako obowiązkowy punkt programu. W czasie gdy konduktor dyliżansu poił konie, turyści popijali trunki przy kontuarze i gawędzili z nowymi właścicielami.

Ówcześni oberżyści prowadzili interes od roku. Ich poprzednicy, bezpośredni następcy Weisbachów, wynieśli się, gdy tylko sprawa nabrała rozgłosu. Twierdzili, że zostali zrujnowani. Schefferowie byli sprytniejsi: wymyślili sobie, że na głupocie ciekawskich można zarobić. Zważywszy na to, co słyszało się w okolicy, ich rachuby były całkiem słuszne. Wszyscy przejeżdżający przez Solurę cudzoziemcy chcieli zobaczyć „krwawą oberżę”. Niektórzy pozwalali sobie nawet na luksus i zatrzymywali się tam na nocleg.

W dniu, w którym po zjedzeniu wyśmienitej kolacji i wypiciu butelki przedniego reńskiego wina wsiedliśmy z Marią Łucją do dyliżansu, była wspaniała pogoda. Byliśmy przekonani, że czeka nas miła przejażdżka, a w międzyczasie, jako dodatkowa atrakcja, emocjonująca przygoda jak z powieści w odcinkach.


1 Towarzystwo Przewozów Morskich (fr. Compagnie des messageries maritimes) — założone w 1851 roku francuskie przedsiębiorstwo żeglugi morskiej oferujące przewozy pasażerów, towarów i przesyłek pocztowych. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą; w XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)

3 Rodolphe Töpffer (1799-1846) — szwajcarski pedagog, pisarz, polityk i autor historyjek rysunkowych. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Straszna oberża
Tytuł oryginału francuskiego: L’auberge épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1925
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 6410

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 24
Wielkość pliku: 525 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-4-3
Wielkość pliku: 204 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Nasza Olimpia”

„Nasza Olimpia”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Stare wilki morskie, które co wieczór spotykały się przy aperitifie w kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie, nigdy jeszcze nie widziały Zinzina w takim stanie. Oczy wychodziły mu z orbit i był blady jak śmierć. Ledwo opadł na krzesło, wszyscy otoczyli go i zasypali pytaniami.

— Co ci jest, Zinzinie? Co ci się stało, staruszku? — dopytywał kapitan Alban.

Zinzin potrząsnął głową na znak, że nie może jeszcze wydusić z siebie słowa. Wreszcie przetarł ręką czoło i wykrztusił:

— Wracam od komisarza policji. Przydarzyła mi się straszna historia…

— Opowiadaj, póki świeża! To będzie dla nas miła odmiana… — zachęcił Gobert.

— O, moja historia wcale nie jest nowa… — żachnął się ponuro Zinzin.

— I wciąż jeszcze robi na tobie takie wrażenie?

— Zaraz się dowiecie, dlaczego… — odparł jeszcze posępniej Zinzin. — To historia, w którą wplątałem się za młodu, i przez którą omal się nie przeniosłem na łono Abrahama. Słowo Zinzina! To cud, że nie wącham teraz kwiatków od spodu. Sprawa tamtego przeklętego ożenku w owym czasie wywołała sporo zamieszania. Skończyło się przed sądem przysięgłych…

— Kolejna historia o ożenku? — prychnął ten nicpoń Chanlieu. — Jest ich na pęczki! Ja sam znam chyba z dziesięć…

— A ja tylko tę jedną… — jęknął Zinzin. — Mogę wam za to zaręczyć, że jest straszniejsza, niż wszystkie historie Chanlieu razem wzięte!

Znów głośno westchnął, splunął i zapalił fajkę.

— Nigdy wam o niej nie wspominałem, bo to, co się wtedy wydarzyło, przechodzi wszelkie wyobrażenie… Dziś jednak nie wytrzymam i opowiem wszystko… Niech to diabli!… Niech to wszyscy diabli!…

— Co? Co, Zinzin?

— To naprawdę straszna historia… — sapnął Zinzin.

— Akurat! — sarknął Chanlieu.

Zinzin rzucił ku niemu mordercze spojrzenie.

— Musicie wiedzieć, że tylko raz w życiu byłem zakochany — właśnie wtedy. Nigdy przedtem ani później nie spotkałem podobnej dziewczyny. Miała na imię Olimpia. O jej rękę staraliśmy się we dwunastu…

— Oho! Wesoło się zaczyna… — zadrwił Chanlieu.

— Dwunastu — nie żartuję! Za chwilę wymienię wszystkich po kolei. I  mam na myśli tylko tych, którzy się oświadczyli… W całym departamencie nie było chyba mężczyzny, który nie chciałby zostać jej mężem…

Nie była bogata, ale pochodziła z dobrej rodziny. Co do urody… O kochani! Miała wtedy dokładnie piętnaście i pół wiosny. Okolica słynęła z pięknych dziewcząt: do sporego, przyjemnego miasteczka, w którym mieszkała, przyjeżdżano w niedziele ze stolicy regionu, by popatrzeć na wychodzące z kościoła młódki. Żadna jednak nie była godna rozwiązać jej rzemyka u sandała. To było prawdziwe zjawisko! Jak wam to wytłumaczyć… Byliście w Cagnes1? Widzieliście portrety młodych dziewcząt Renoira? Tamte dziewczęta nie są prawdziwe. To istoty utkane z koloru i światła. Tak właśnie wyglądała nasza Olimpia. Jak płatek róży, na którym igrają promienie słońca… I  była prawdziwa! Marzenie, nie dziewczyna! A jakie to marzenie miało oczy i usta! Ogromne, niesamowicie czyste oczy dziecka i usta kobiety! Przecudne usta z krwi i ciała… Nasza Olimpia… Bogini pocałunków, która zstąpiła na ziemię… Wszyscy kochaliśmy ją do szaleństwa.

Po śmierci rodziców została Olimpii tylko babka, która ją uwielbiała. Zabrała ją z pensji i powierzyła opiece Palmiry — starej piastunki, która ulegała wszystkim jej kaprysom.


1 Cagnes — miejscowość we francuskim departamencie Alpes-Maritimes, gdzie w latach 1908-1919 mieszkał i tworzył Pierre-Auguste Renoir i gdzie powstało poświęcone temu malarzowi muzeum. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Nasza Olimpia
Tytuł oryginału francuskiego: Not’Olympe
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 7425

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-1-2
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 28
Wielkość pliku: 493 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-2-9
Wielkość pliku: 205 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

« La frontière »

« Portrait d’un homme en pull gris », Leopold Gottlieb, 1930. Peinture.
« Portrait d’un homme en pull gris », Leopold Gottlieb, 1930.

La belle et brève carrière de Zenon Ziembiewicz, terminée de façon aussi grotesque et funeste, apparut maintenant, du fait même de ce dénouement saugrenu, sous un jour entièrement nouveau. Sa silhouette légèrement voûtée, notoirement connue, qui, presque quotidiennement, parcourait les rues de la ville dans une longue décapotable, son visage au profil busqué et à la mâchoire allongée d’ascète, plaisant, voire racé, pour les uns, odieux et jésuite pour les autres, son comportement dans différentes situations, certains de ses propos restés dans les mémoires, tout cela prenait maintenant une tournure bien différente.

Rien ne semblait annoncer la catastrophe qui s’était abattue sur la maison des Ziembiewicz comme un pot de géranium tombé d’une fenêtre ouverte sur la tête d’un passant. La situation, au lieu de s’éclaircir, s’en trouva encore obscurcie. Les causes profondes de l’accident n’étaient pas faciles à élucider, d’autant plus que Ziembiewicz avait mené une vie tranquille et bien organisée, n’avait pas cherché l’aventure et, malgré ses idées progressistes et son appartenance politique plutôt désagréable, avait passé, dans la haute société, pour un homme parfaitement respectable.

On meurt à n’importe quel endroit de la vie. Et l’histoire d’un être humain comprise entre sa naissance et sa mort paraît parfois une absurdité. En vérité, qui serait capable de penser à chaque moment écoulé, au cas où celui-ci viendrait figer son dernier geste ? Quelquefois, la mort surprend l’homme en flagrant délit, avant qu’il ne prenne les précautions nécessaires. Le projet de vie le plus logique, la formule la plus rigoureuse utilisée pour le calcul de sa valeur s’écroulent subitement quand se dévoile la dernière inconnue.

Dans le cas de Zenon Ziembiewicz, c’était peut-être juste une objectivation. Tant qu’il avait été là — vu par lui-même, placé au-dedans de sa vie, protégé et justifié en quelque sorte par sa conscience —, les choses se présentaient sans doute différemment. Il avait ses principes, ses raisons et ses motifs d’agir. Même sa relation avec cette jeune fille, jolie sans doute, mais bien commune finalement, avait probablement un sens à ses yeux. Mais tous les facteurs subjectifs, motifs et impératifs, tous les impondérables avaient disparu avec lui. Maintenant, il était vu uniquement de l’extérieur, par cette rue qui le jugeait pour ses actes, pour ses propos publics, qui ne connaissait que les faits. Les choses étaient telles qu’elles paraissaient : un banal scandale, une liaison révélée avec la pupille (ou protégée) de sa femme, une affaire dégoûtante laquelle, faute de décence, de bon sens ou de poigne, il n’avait su régler.

Mise en prison, la fille, une dénommée Justyna Bogutówna, pendant sa dernière visite chez Ziembiewicz, dans son bureau, se serait comportée comme une hystérique, faisant retentir ses cris dans tout le bâtiment. Après l’arrestation, elle s’était tout de suite calmée et avait avoué sa faute, sans toutefois expliquer ses motifs. Toujours sous le coup d’un choc nerveux, elle s’était limitée à répéter que « c’était des morts qui l’avaient envoyée » et, sans la moindre protestation, s’était laissée conduire en prison.

Les journaux locaux, probablement sous influence, n’avaient apporté guère d’éclaircissements. Le labour prétendait que Bogutówna était atteinte de troubles mentaux. Ailleurs, on affirmait qu’elle ne faisait que simuler la folie et devait être placée sous surveillance en hôpital. Certains avaient cherché à utiliser le malheur à des fins partisanes. Un canard avait même traité Bogutówna, Dieu sait pourquoi, de Charlotte Corday d’Armont.


La frontière (Granica), Zofia Nałkowska, 1935. Traduction du polonais : Monika Szymaniak.

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”

„Gwiazdka Wicusia Wincenta”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Do pięciu wilków morskich, które co wieczór spotykały się przy aperitifie na tarasie kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie i opowiadały sobie straszne historie, dołączał czasami szósty osobnik. Wyglądał na jeszcze starszego wilka morskiego niż Zinzin (który miał za sobą dwadzieścia lat żeglugi kabotażowej w Chinach), Dorat (który niegdyś pływał jako kapitan na statkach dalekomorskich), Bagatelle (który ożenił się z Syjamką), Chanlieu (ten nicpoń Chanlieu, który swojego czasu szerzył dobrodziejstwa cywilizacji wśród tubylców w dorzeczu Nigru i Konga na zachodzie Afryki) czy kapitan Michał Alban (który zagustował w ludzkim mięsie jak bohaterowie jego historii, którzy niczym rozbitkowie z „Meduzy” spędzili kilka tygodni na tratwie, wzajemnie się podjadając, i wrócili do domów bez rąk i nóg).

Jan Józef Filibert Damour, czyli „pan” Damour, który całe życie przepracował w biurze Towarzystwa Dalekowschodnich Przewozów Pocztowych, o portach na Pacyfiku mówił, jakby to było La Varenne-Saint-Hilaire albo L’Isle-Adam. Tymczasem nigdy nie postawił stopy na pokładzie, a z Paryża wyjechał po raz pierwszy, dopiero gdy przeszedł na emeryturę. Jego ogorzała, czerstwa twarz, rozwichrzony zarost, krótka, poczerniała gliniana fajka i charakterystyczny rozkołysany chód, świadczący o tym, że nie straszna mu żadna fala, sprawiały jednak, że na jego widok każdy wołał: „O, ten to przepłynął kawałek świata!”.

Również nasze morskie wygi dały się więc nabrać i przyjęły go do swego grona, kiedy pewnego dnia podszedł do ich stolika, uchylił baskijskiego beretu z antenką i grzecznie spytał, czy może się przysiąść. Przychodził także później, a oni dopiero po kilku miesiącach zorientowali się, że Jan Józef, który przedstawił się jako kapitan i którego odtąd będą nazywać już tylko „panem” Damourem, nigdy w życiu nie podróżował.

Ten szczwany lis tak szczegółowo opowiadał o najdalszych zakątkach świata, z taką pewnością wytykał nieścisłości innym i tak doskonale znał mniej lub bardziej tragiczne dzieje różnych statków od ich narodzin aż do śmierci, że przez długi czas nie mieli się do czego przyczepić. Za to w dniu, w którym prawda wyszła w końcu na jaw — to dopiero mieli używanie! Jak można się było spodziewać, kpili z niego niemiłosiernie. Mogli się wreszcie na nim odegrać. Nie rozumieli tylko, jakim cudem po trzydziestu latach siedzenia za biurkiem dorobił się takiej marynarskiej gęby.

— Jak nic charakteryzuje się przed wyjściem z domu — orzekł kapitan Alban.

— Ani chybi — przytaknął Zinzin. — Założę się, że smaruje się pastą do butów…

Przez jakiś czas się nie pokazywał. Gdy wrócił, przyprowadził ze sobą dwudziestoletniego młodzieńca, który w przeciwieństwie do niego rzeczywiście pływał. Chłopak nie wydawał się zresztą szczególnie dumny z tego faktu. Miał anemiczną cerę i przyznawał otwarcie, że za każdym razem dopada go choroba morska.

— To mój przybrany syn, młody Wincenty Wincent. Prawdziwy marynarz! — oświadczył z dumą pan Damour.

Gdy Wincenty Wincent był w Tulonie, pana Damoura rozpierała radość: szedł wtedy nabrzeżem starego portu, kolebiąc się jeszcze mocniej niż zwykle, jakby nagle złapał wiatr w żagle.

Pewnego dnia zjawił się pijany jak bela.

— Nieźle tobą zarzuca… — skomentował ten nicpoń Chanlieu. — Gdzieżeś ty bywał, Janie Józefie?

— Byłem w Marsylii. Wsadziłem dzieciaka na statek — odpowiedział pan Damour mocno wzruszonym głosem i zaczął szlochać.

— Skoro tobie tak trudno się z nim rozstawać, a i jemu nie pali się na morze… — zaczął ostrożnie kapitan Alban. — Są przecież inne piękne zawody…

— O nie! — oświadczył tamten kategorycznie, głośno przełykając ślinę.

Nikt z obecnych mu nie zaprzeczył — wszyscy byli tego samego zdania.

— Poza tym — dodał pan Damour — nie chcę, żeby się potem z niego wyśmiewano, jak z jego przybranego ojca… Biedny dzieciak!

I znowu zaczął płakać tak rzewnie, jak to tylko potrafi pijany mężczyzna, który ma wielkie zmartwienie.

— Dalej, opowiedz lepiej, jak to naprawdę było. Ten dzieciak to twój prawdziwy syn, co? — powiedział Bagatelle, który lubił romantyczne historie.

— Nie! — ryknął tamten przez łzy. — To nie ja jestem jego ojcem! Jego ojciec został zamordowany!

— Biedny dzieciak… — odezwał się Zinzin, żeby cokolwiek powiedzieć.

— No biedny, biedny! Bo wiecie… jego matka…

— Co jego matka?

— Jego matka też została zamordowana!

— O do licha! — zaklął Bagatelle.

— To dopiero straszna historia! — wykrzyknął Zinzin.

— Straszniejsza od tych, które od was słyszałem… — czknął pan Damour.

— To się dopiero okaże! — odpowiedział kapitan Dorat. — Na czym jak na czym, ale na strasznych historiach to się tutaj znamy…

— Na pewno nie jest straszniejsza od historii Michała — orzekł Zinzin.

— A ja wam mówię, że jest! Tylko nic nikomu nie mówcie! To tajemnica… — czknął znowu tamten.

— Przestań płakać i opowiadaj — zachęcił kapitan Alban. — Od razu ci się zrobi lepiej.

— Wielkie mi co! — prychnął pogardliwie Chanlieu. — Że komuś zamordowano rodziców… Takie rzeczy zdarzają się codziennie! Ja nie widzę w tym nic strasznego! Kim byli mordercy?

Pan Damour otarł łzy chustką w kratę i odpowiedział:

— Nie było morderców.

— Jak to? Zostali zamordowani i nie było morderców…?

— To właśnie było najstraszniejsze… — westchnął pan Damour.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Gwiazdka Wicusia Wincenta
Tytuł oryginału francuskiego: Le Noël du petit Vincent-Vincent
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3758

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-9-8
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 18
Wielkość pliku: 527 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-0-5
Wielkość pliku: 215 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Kobieta z aksamitką”

„Kobieta z aksamitką”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

— Mówi pan, że wszystkie historie o korsykańskiej wendecie są do siebie podobne… — powiedział Gobert, były dowódca statków dalekomorskich, do starego kapitana Albana. — Cóż, ja znam jedną, przy której bledną wszystkie żałosne tragedyjki z makią w tle… Mnie, może mi pan wierzyć, zmroziła krew w żyłach!

— Tak, tak… — odparł kapitan, sceptyczny jak każdy, kto twierdzi, że to on zna najciekawsze historie i nie wierzy zupełnie w te, które opowiadają inni. — Co, pewnie znów ktoś kogoś zastrzelił? Ale niech pan mówi, posłuchamy, co mamy w końcu lepszego do roboty…

I zamówił kolejną kolejkę aperitifów z przekąskami dla swoich kompanów, z którymi co wieczór gawędził w kawiarni „Marynarskiej” w Tulonie.

— Zacznijmy od tego, że nikt nikogo nie zastrzelił — sprostował Gobert. — Takiej historii o korsykańskiej zemście jak moja z pewnością nigdy nie słyszeliście. Chyba że, tak jak ja, trzydzieści lat temu gościliście w Bonifacio. Wtedy być może ją znacie, bo sprawa była głośna i mówiło o niej całe miasteczko.

Rzeczywiście nikt z siedzących przy kawiarnianym stoliku nie miał okazji zawinąć do portu w Bonifacio.

— Tego się spodziewałem — pokiwał głową Gobert. — Mało kto tam zagląda. A szkoda, bo to jedno z najbardziej malowniczych korsykańskich miasteczek. Mija je chyba każdy, kto płynie na Wschód. Któż nie widział z oddali stareńkiej cytadeli o pożółkłych murach i zwieńczonych blankami baszt, zawieszonych na skale niczym orle gniazda?

— Do rzeczy! Chcemy usłyszeć historię! — zaprotestowali zniecierpliwieni słuchacze. — Może pan sobie darować opisy literackie!

— Dobrze, oto ona…

— W tamtych czasach byłem porucznikiem na torpedowcu, który włączono do eskadry towarzyszącej ministrowi marynarki podczas podróży studyjnej na Korsykę. Na wyspie miały powstać ruchome stanowiska obronne, a nawet coś więcej. Jak panom wiadomo, w pewnej chwili mówiono nawet o przekształceniu redy Porto-Vecchio, równie rozległej co reda Brestu, w prawdziwy port wojenny.

Minister odwiedził najpierw Calvi i Bastię. Później my popłynęliśmy z powrotem do Ajaccio, a on przejechał całą wyspę pociągiem. Na obiad zatrzymał się w Vizzavonie, gdzie prosto z makii wyszła mu na powitanie i przyjęła z wielką pompą i honorami delegacja miejscowych zbójców. Rozkaz do salwy honorowej dał sam Bellacoscia1. Minister nie szczędził mu słów uznania. Nie krył też podziwu dla jego świetnej aparycji oraz wspaniałej strzelby (na kolbie zbójca oznaczał nacięciem każdego zabitego człowieka) i pięknego noża (sprezentował mu go Edmond About2, radząc, by nie pozostawiał go w ranie).

— I co jeszcze? Wolne żarty! — przerwał mu obcesowo kapitan Alban.

— Wolne żarty? Skoro tak pan twierdzi, drogi kapitanie… Ale proszę zaczekać! Już dochodzimy do spraw poważnych.

Opuściliśmy Ajaccio i wieczorem przybiliśmy do portu w Bonifacio. Największe statki popłynęły dalej do Porto-Vecchio, a ja wraz z kilkoma innymi osobami zszedłem z ministrem na ląd.

Była rzecz jasna wielka feta: uroczysta kolacja, a później przyjęcie w merostwie. Leżące naprzeciw groźnej La Maddaleny3 Bonifacio starało się o ruchome stanowisko obronne. Wdzięczyło się więc i prezentowało swoje największe atuty, najpiękniejsze kwiaty i najurodziwsze kobiety. A czego jak czego, ale urody Korsykankom nie można odmówić…

Przy kolacji zobaczyliśmy kilka z nich — były naprawdę urzekające. Powinszowałem z tego powodu siedzącemu obok mnie przy stole korpulentnemu, kędzierzawemu młodzieńcowi — zacnemu, dobrodusznemu, przemiłemu chłopakowi, którego wszyscy nazywali „Pietro-Santo” i który pełnił wówczas funkcję sekretarza mera.

— Niech pan zaczeka na kobietę z aksamitką… — powiedział.

— Jest jeszcze piękniejsza? — spytałem z uśmiechem.

— Owszem — odparł poważnie. — Jeszcze piękniejsza, ale urodą innego rodzaju…


1 Bellacoscia („Pięknoudy”) — właściwie: François Antoine Bonelli (1827-1907), najsłynniejszy z korsykańskich zbójców-banitów, którzy po popełnieniu zbrodni honorowej wchodzili w konflikt z prawem i musieli szukać schronienia w makii. (Przyp. tłum.)

2 Edmond About (1828-1885) — francuski pisarz i publicysta, autor satyrycznej powieści Król gór (Le roi des montagnes) o rozbójnikach grasujących w Grecji za panowania Ottomanów. (Przyp. tłum.)

3 La Maddalena — miejscowość na Sardynii, baza włoskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Kobieta z aksamitką
Tytuł oryginału francuskiego: La femme au collier de velours
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 4840

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-7-4
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 20
Wielkość pliku: 430 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-8-1
Wielkość pliku: 200 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Złoty topór”

„Złoty topór”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Wiele lat temu byłem w Gersau, niewielkim kurorcie nad Jeziorem Czterech Kantonów, oddalonym o kilka kilometrów od Lucerny. Postanowiłem spędzić jesień w zaciszu tej uroczej miejscowości, której stare, spadziste dachy przeglądają się w romantycznych falach, na których niegdyś unosiła się łódź Wilhelma Tella, i dokończyć coś, nad czym wówczas pracowałem.

Było już po sezonie. Turyści rozpierzchli się, a wszystkie nieznośne samochwały, które zjechały z Niemiec ze swoimi alpensztokami, getrami i okrągłymi kapeluszami przystrojonymi nieodzownym piórkiem, wróciły wreszcie do swoich kufli z piwem, dań z kiszonej kapusty i „wielkich koncertów”, uwalniając od swojej obecności krainę między masywami Pilatusa, Mitten i Rigi. Przy moim stoliku w hotelu zostało tylko kilka darzących się sympatią osób. Wieczorami opowiadaliśmy sobie o spacerach, które odbyliśmy za dnia, albo wspólnie muzykowaliśmy.

Starsza pani w czarnej sukni i kapeluszu z czarną woalką, która gdy w pensjonacie było ludno i gwarno, nigdy z nikim nie rozmawiała i wyglądała jak uosobienie smutku, dała się poznać jako pierwszorzędna pianistka. Nie trzeba jej było długo prosić — chętnie grywała nam Szopena, a przede wszystkim kołysankę Schumanna. W jej wykonanie wkładała tyle uczucia, że łzy napływały nam do oczu.

Wszyscy byliśmy jej bardzo wdzięczni za to, że tak wspaniale umilała nam czas. Gdy więc nadeszła zima i przyszło nam się rozjechać, złożyliśmy się, by ofiarować jej coś na pamiątkę naszego wspólnego pobytu w Gersau. Ktoś z nas jechał akurat do Lucerny i miał dokonać zakupu. Wrócił pod koniec dnia ze złotą broszką w kształcie topora.

Tymczasem ani tego, ani następnego wieczora nie spotkaliśmy starszej pani. Wyjeżdżający goście powierzyli broszkę mnie. Bagaże starszej pani nie opuściły jeszcze hotelu, spodziewałem się więc, że lada chwila się pojawi. Właściciel uspokoił mnie, że nie mogło jej spotkać nic złego. Zapewnił, że znikała już wcześniej w podobny sposób i nie ma najmniejszych powodów do niepokoju.

W przeddzień wyjazdu wybrałem się na ostatni spacer brzegiem jeziora. Gdy przystanąłem na chwilę przy kaplicy Wilhelma Tella, w drzwiach świątyni stanęła starsza pani. Jak nigdy przedtem uderzył mnie wyraz bezbrzeżnego smutku malujący się na jej pobrużdżonej wielkimi łzami, noszącej ślady dawnej urody twarzy.

Spostrzegła mnie, opuściła woalkę i zeszła do jeziora. Bez wahania podszedłem i przywitałem się z nią. Przekazałem jej pozdrowienia i wyrazy ubolewania od pozostałych gości, którzy musieli wyjechać bez pożegnania. Na koniec wręczyłem jej prezent, który akurat miałem przy sobie.

Z łagodnym, nieobecnym uśmiechem otworzyła pudełko. Gdy zobaczyła, co jest w środku, zaczęła się straszliwie trząść. Odsunęła się gwałtownie, jakby obawiała się czegoś z mojej strony, i szalonym gestem cisnęła broszkę do jeziora.

Jeszcze nie zdążyłem otrząsnąć się ze zdumienia jej niezrozumiałą reakcją, a już zaczęła mnie przepraszać i zanosić się łzami. Choć miejsce było ustronne, znaleźliśmy jakąś ławkę i usiedliśmy.

Najpierw skarżyła się na zły los. Nic a nic z tego wszystkiego nie zrozumiałem. Wreszcie opowiedziała mi jednak osobliwą, ponurą historię swojego życia. To, co usłyszałem, na długo zapadło mi w pamięć. Nie znam bowiem nikogo, komu przypadłaby w udziale straszniejsza dola niż starszej pani w kapeluszu z czarną woalką, która z takim uczuciem grała nam kołysankę Schumanna.

— Wszystko panu opowiem — zaczęła. — Nigdy już tutaj nie wrócę. Przyjechałam, żeby ostatni raz zobaczyć te strony. Zaraz pan zrozumie, dlaczego wrzuciłam broszkę do jeziora…

— Urodziłam się w Genewie, w doskonałej rodzinie. Byliśmy bogaci, lecz niefortunne operacje giełdowe doprowadziły mojego ojca do ruiny i przedwczesnej śmierci. W wieku osiemnastu lat byłam piękną panną bez posagu. Moja matka straciła nadzieję, że kiedykolwiek wyda mnie za mąż. A bardzo chciała zabezpieczyć moją przyszłość, zanim połączy się z ojcem.

Kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, pojawił się przez nikogo nieoczekiwany kandydat. Młody człowiek z Bryzgowii. Co roku przyjeżdżał na lato do Szwajcarii. Poznaliśmy go w kasynie w Évian. Zakochał się we mnie, a ja w nim. Nazywał się Herbert Gutmann.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Złoty topór
Tytuł oryginału francuskiego: La hache d’or
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1912
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3523

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-5-0
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 16
Wielkość pliku: 342 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-6-7
Wielkość pliku: 199 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Uczta kadłubków”

„Uczta kadłubków”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Kapitan Michał Alban miał tylko jedną rękę. Służyła mu ona do palenia fajki. Był starym wilkiem morskim. Poznałem go pewnego wieczoru wraz z czterema innymi wilkami morskimi, popijając aperitif przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie. Odtąd spotykaliśmy się regularnie przy kieliszkach i talerzykach z przekąskami, by pogawędzić, posłuchać plusku fal i popatrzeć na tańczące na wodzie łódki i zachodzące nad Tamarisem1 słońce.

Czterema pozostałymi wilkami morskimi byli: Zinzin, kapitan Dorat, Bagatelle i ten nicpoń Chanlieu. W swoim czasie przepłynęli rzecz jasna wszystkie morza i mieli mnóstwo przygód. Teraz zaś byli na emeryturze i spędzali czas, opowiadając sobie straszne historie. Tylko kapitan Alban nigdy niczego nie opowiadał. Nigdy też nie okazywał najmniejszego zdziwienia tym, co słyszał. Pozostali, poirytowani jego obojętną postawą, spytali w końcu:

— Hejże, kapitanie, nie przydarzyła się panu nigdy żadna straszna historia?

— I   owszem — odpowiedział kapitan, wyjmując fajkę z ust. — Przydarzyła. Jedna jedyna…

— To niechże ją pan opowie!

— Nie ma mowy!

— Dlaczego?

— Bo jest zbyt straszna… Nie dacie rady jej wysłuchać. Już wiele razy próbowałem ją opowiedzieć, ale zawsze wszyscy uciekali przed końcem.

Cztery wilki morskie zaczęły naigrawać się na wyprzódki. Zgodnie orzekły, że kapitan tylko szuka wymówki, żeby nic nie opowiedzieć, bo tak naprawdę nic mu się nie przydarzyło. Kapitan zmierzył ich wzrokiem. Nagle się zdecydował i odłożył fajkę na stół. Już sam ten gest, rzadko u niego spotykany, był straszny.

— Panowie — zaczął — opowiem wam, w jaki sposób straciłem rękę…

— W tamtym czasie (a było to ze dwadzieścia lat temu) miałem w Mourillonie2 niewielką willę. Dostałem ją w spadku, moja rodzina bowiem przez długi czas mieszkała w tych stronach i tutaj się urodziłem. Chętnie do niej wracałem, żeby wypocząć po dalekich rejsach. Poza tym lubiłem samą dzielnicę. Nikt mnie tutaj nie niepokoił. Moi sąsiedzi byli mało uciążliwi i rzadko ich widywałem. Byli to głównie ludzie morza i żołnierze wojsk kolonialnych. Palili sobie spokojnie opium ze swoimi przyjaciółkami i zajmowali się własnymi sprawami — jakimi nie wnikałem. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, prawda? Ja nikomu nie przeszkadzałem i chciałem jedynie, aby i mnie nie przeszkadzano.

Pewnej nocy jednak mi przeszkodzono — w spaniu. Osobliwy hałas, którego źródła nie potrafiłem określić, sprawił, że zerwałem się z łóżka na równe nogi. Miałem jak zawsze otwarte okno. Nasłuchiwałem oszołomiony. Nie mogłem dociec, skąd brał się ten nieprawdopodobny harmider. Przypominało to łoskot piorunów albo walenie w bęben, i to nie byle jaki — jakby z dwieście pałeczek waliło wściekle w drewno, zamiast w oślą skórę.

Dźwięki dochodziły z willi naprzeciwko. Od pięciu lat nikt tam nie mieszkał i jeszcze poprzedniego dnia widziałem na murze tabliczkę z napisem „Na sprzedaż”. Z okna mojej sypialni na pierwszym piętrze, patrząc ponad murem odgradzającym otaczający willę ogródek, widziałem jej wszystkie okna i drzwi, także te na parterze. Nadal były zamknięte, tak samo, jak za dnia. Tylko przez szpary w okiennicach na parterze sączyło się światło… Pomyślałem sobie, że jakieś szemrane towarzystwo wkradło się do tego opuszczonego domu na obrzeżach Mourillonu i urządza sobie całonocną libację.

Dziwne bębnienie nie ustawało. Trwało jeszcze dobrą godzinę. Tuż przed świtem drzwi willi otwarły się, a na progu stanęła najcudowniejsza istota, jaką widziałem w życiu. Miała na sobie wieczorową suknię, a w ręku z nieopisanym wdziękiem trzymała lampę, której blask oświetlał jej godne bogini ramiona. Z miłym, łagodnym uśmiechem wypowiedziała słowa, które doskonale słyszałem w nocnej ciszy:

— Do widzenia, drogi przyjacielu, do zobaczenia w przyszłym roku!

Nie miałem pojęcia, do kogo mówiła. Obok niej nie było nikogo… Czekała na progu ze swoją lampą jeszcze przez krótką chwilę, aż ogrodowa furtka sama się otworzyła i sama zamknęła. Wtedy zamknęły się także drzwi willi i nic więcej nie zobaczyłem.


1 Tamaris — w XIX wieku miejscowość kąpieliskowa, dziś dzielnica La Seyne-sur-Mer, położona nad redą Tulonu, przeciwlegle do dzielnicy Mourillon. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą. W XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Uczta kadłubków
Tytuł oryginału francuskiego: Le dîner des bustes lub Une histoire épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1911
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 5329

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 21
Wielkość pliku: 424 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-4-3
Wielkość pliku: 184 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Opowiadania z dreszczykiem”

„Opowiadania z dreszczykiem”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Opowiadania z dreszczykiem to zbiór opowiadań Gastona Leroux (1868-1927) — porównywanego do Arthura Conan Doyle’a i Edgara Allana Poe klasyka francuskiej literatury popularnej, autora takich powieści jak wielokrotnie adaptowany na potrzeby sceny i ekranu Upiór w operze czy opowiadająca o zagadce zbrodni niemożliwej Tajemnica żółtego pokoju. W skład tomu wchodzi sześć krótkich utworów prozatorskich wydanych w odcinkach we francuskiej prasie w latach 1911-1925: Uczta kadłubków (1911), Złoty topór (1912), Kobieta z aksamitką (1924), Gwiazdka Wicusia Wincenta (1924), Nasza Olimpia (1924) i Straszna oberża (1925). Dopiero w 1977 roku, pięćdziesiąt lat po śmierci autora, ukazały się one łącznie w zbiorze Histoires épouvantables (Straszne historie) nakładem wydawnictwa Nouvelles Éditions Baudinière.

Każde opowiadanie to jedna — przeżyta lub zasłyszana podczas podróży — straszna, niesamowita historia, którą opowiada swoim sceptycznym towarzyszom przy kieliszku aperitifu w kawiarni na nabrzeżu starego portu w Tulonie emerytowany wilk morski. Wszystkie historie osadzone są w malowniczej, pełnej lokalnego kolorytu scenerii: w tulońskim Mourillonie, na paryskim Montmartrze, w korsykańskim Bonifacio, w niemieckim Szwarcwaldzie czy w szwajcarskiej Jurze. Ich fabuła, łącząca w sobie elementy kryminału, sensacji, melodramatu, grozy i fantastyki (ostatecznie zjawiska nadprzyrodzone zawsze znajdują jednak racjonalne wyjaśnienie) ogniskuje się wokół frapującej, ponurej zagadki i kończy zaskakującą puentą. Misterna szkatułkowa kompozycja i wartka, pełna nieoczekiwanych zwrotów akcja budzi zaciekawienie i buduje napięcie. Błyskotliwe dialogi, wyraziste postaci, barwne szczegóły i sugestywna atmosfera sprawiają, że łatwo dać się wciągnąć i ponieść opowieści. Charakterystyczny dla Gastona Leroux dramatyczny, emfatyczny styl (tekst obfituje w wykrzykniki, wielokropki i wyróżnienia) przeciwważy duża doza autoironii, dystansu i humoru (często czarnego humoru i groteski).

Opowiadania z dreszczykiem dziś już raczej nikogo nie przestraszą, a współczesnemu czytelnikowi mogą się wydać dość staroświeckie. Ich intryga jest nieprawdopodobna, a stylistyka nieco efekciarska. Nadal jednak świetnie się je czyta, bo wciągają, bawią i dostarczają rozrywki. Oczywiste jest, że Gaston Leroux lubi opowiadać i robi to wyśmienicie — z ogromną lekkością, swobodą, werwą i wprawą, ale też i z przymrużeniem oka. Jego opowiadania stanowią rodzaj błyskotliwej, literackiej zabawy w starym, dobrym stylu i z pewnością spodobają się wszystkim tym, którzy lubią słuchać strasznych historii.


Szczegółowe informacje o e-booku

Tytuł: Opowiadania z dreszczykiem
Tytuł oryginału francuskiego: Quelques nouvelles terrifiantes (Groupe Ebooks Libres et Gratuits)
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Data powstania: 1911-1925
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 30 306

E-book PDF
ISBN: 978-83-956932-5-0
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 97
Wielkość pliku: 1,57 MB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-956932-6-7
Wielkość pliku: 265 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

« La sécheresse »

„Baśnie Szecherezadka”, Jeremi Przybora, 1966.
« Les contes de Shéhérazadet », Jeremi Przybora, Czytelnik, 1966.

Les grandes chaleurs d’été, qu’on ne connaît presque plus aujourd’hui, jouaient jadis un rôle plutôt important dans notre climat. Elles sévissaient habituellement aux mois de juin, de juillet et d’août, même si elles pouvaient tout aussi accabler mai et septembre d’un soleil impitoyable. Quand ces lointaines îles blanches d’un climat disparu me reviennent aujourd’hui en mémoire, des souvenirs colorés m’assaillent comme une nuée d’oiseaux exotiques. Et comme ma mémoire est courte et défaillante, c’est mon imagination, plus puissante et plus sûre, qui leur redonne de l’éclat. Il me suffit parfois de fermer les yeux pour me revoir, au cœur d’une canicule urbaine, à des dizaines d’années d’ici, les pieds enfoncés jusqu’aux chevilles dans l’asphalte ramolli de la rue. Je suis là, debout, au milieu du lit à sec d’un ancien torrent de véhicules, et je regarde autour de moi, en abritant de la main mes prunelles éblouies par le soleil. Aussi loin que porte le regard, ce ne sont que kiosques à sodas taris, caisses à fruits — parfois exotiques — vides, salons de thé pleins de vapeur échappée de samovars chauffés à blanc, tavernes à sec de bière aux seuils desquelles des clients aux panses gigantesques somnolent. À l’entrée d’un immeuble, un concierge à casquette de marin bleu foncé suce avidement le tuyau dont il arrose la rue. En vain. De temps à autre, il en aspire une petite grenouille desséchée, qu’il recrache aussitôt par terre, dégoûté.

Je me traîne vers la rivière asséchée, dont les flaques, telles des orbites béantes, semblent supplier un ciel sans nuage. Des fenêtres des maisons voisines, j’entends sortir des gémissements de robinets ouverts, qu’il n’y a plus besoin de fermer. Assis sur les bancs disposés le long des quais, les lecteurs déshydratés n’arrivent plus à humecter leurs doigts pour tourner les pages de leurs livres. Ils restent ainsi, interrompus au milieu de leur lecture, avec, dans les yeux, le désespoir de ne pouvoir assouvir ni leur curiosité ni leur soif. Je longe un pont aux arches flétries, qui plonge les racines de ses piliers dans le fond aride de la rivière. J’entends déjà rugir les animaux assoiffés du zoo voisin. Je rôde autour de la grille dans l’espoir de tomber sur un chameau. En effet, un groupe d’employés y est en train d’emporter le corps d’un dromadaire mort. Mes lectures instructives de naguère en tête, je cherche le fameux estomac qui sert aux chameaux de réserve d’eau. Je le trouve, effectivement ; l’eau n’est pas mauvaise du tout, mais elle finit trop rapidement. Je continue à errer, pour regagner enfin la rive gauche, avec son dédale de vieilles ruelles. Et voilà que mes yeux se posent sur l’écriteau placé sur la façade d’une maison proprette : « Pour assouvir votre soif convenablement et à prix raisonnable, choisissez la pension de madame Rumianek ». Plein d’espoir, je me précipite d’un pas alerte vers la porte, quand un monsieur fort déshabillé se penche par la fenêtre de cet établissement accueillant et s’écrie d’une petite voix plaintive :

— À boire ! À boire !

— Ça alors !… — me dis-je et j’enfile une autre ruelle qui m’égare dans un labyrinthe inextricable de soifs et de désirs, de canicule et de sécheresse.

Mais comment pourriez-vous comprendre ceci, vous, les jeunes générations de Polonais, nées sous le signe de cette arme moderne infaillible contre la soif qui est la machine à gazéifier l’eau* ?


* Les voiturettes de marchands d’eau gazéifiée faisaient partie intégrante du paysage urbain de la Pologne communiste (NDT).


« La sécheresse » („Susza”), « Les histoires caniculaires » („Opowieści upalne”), Les contes de Shéhérazadet (Baśnie Szecherezadka), Jeremi Przybora, Czytelnik, 1966. Traduction du polonais : Monika Szymaniak.