„Kobieta z aksamitką”

„Kobieta z aksamitką”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

— Mówi pan, że wszystkie historie o korsykańskiej wendecie są do siebie podobne… — powiedział Gobert, były dowódca statków dalekomorskich, do starego kapitana Albana. — Cóż, ja znam jedną, przy której bledną wszystkie żałosne tragedyjki z makią w tle… Mnie, może mi pan wierzyć, zmroziła krew w żyłach!

— Tak, tak… — odparł kapitan, sceptyczny jak każdy, kto twierdzi, że to on zna najciekawsze historie i nie wierzy zupełnie w te, które opowiadają inni. — Co, pewnie znów ktoś kogoś zastrzelił? Ale niech pan mówi, posłuchamy, co mamy w końcu lepszego do roboty…

I zamówił kolejną kolejkę aperitifów z przekąskami dla swoich kompanów, z którymi co wieczór gawędził w kawiarni „Marynarskiej” w Tulonie.

— Zacznijmy od tego, że nikt nikogo nie zastrzelił — sprostował Gobert. — Takiej historii o korsykańskiej zemście jak moja z pewnością nigdy nie słyszeliście. Chyba że, tak jak ja, trzydzieści lat temu gościliście w Bonifacio. Wtedy być może ją znacie, bo sprawa była głośna i mówiło o niej całe miasteczko.

Rzeczywiście nikt z siedzących przy kawiarnianym stoliku nie miał okazji zawinąć do portu w Bonifacio.

— Tego się spodziewałem — pokiwał głową Gobert. — Mało kto tam zagląda. A szkoda, bo to jedno z najbardziej malowniczych korsykańskich miasteczek. Mija je chyba każdy, kto płynie na Wschód. Któż nie widział z oddali stareńkiej cytadeli o pożółkłych murach i zwieńczonych blankami baszt, zawieszonych na skale niczym orle gniazda?

— Do rzeczy! Chcemy usłyszeć historię! — zaprotestowali zniecierpliwieni słuchacze. — Może pan sobie darować opisy literackie!

— Dobrze, oto ona…

— W tamtych czasach byłem porucznikiem na torpedowcu, który włączono do eskadry towarzyszącej ministrowi marynarki podczas podróży studyjnej na Korsykę. Na wyspie miały powstać ruchome stanowiska obronne, a nawet coś więcej. Jak panom wiadomo, w pewnej chwili mówiono nawet o przekształceniu redy Porto-Vecchio, równie rozległej co reda Brestu, w prawdziwy port wojenny.

Minister odwiedził najpierw Calvi i Bastię. Później my popłynęliśmy z powrotem do Ajaccio, a on przejechał całą wyspę pociągiem. Na obiad zatrzymał się w Vizzavonie, gdzie prosto z makii wyszła mu na powitanie i przyjęła z wielką pompą i honorami delegacja miejscowych zbójców. Rozkaz do salwy honorowej dał sam Bellacoscia1. Minister nie szczędził mu słów uznania. Nie krył też podziwu dla jego świetnej aparycji oraz wspaniałej strzelby (na kolbie zbójca oznaczał nacięciem każdego zabitego człowieka) i pięknego noża (sprezentował mu go Edmond About2, radząc, by nie pozostawiał go w ranie).

— I co jeszcze? Wolne żarty! — przerwał mu obcesowo kapitan Alban.

— Wolne żarty? Skoro tak pan twierdzi, drogi kapitanie… Ale proszę zaczekać! Już dochodzimy do spraw poważnych.

Opuściliśmy Ajaccio i wieczorem przybiliśmy do portu w Bonifacio. Największe statki popłynęły dalej do Porto-Vecchio, a ja wraz z kilkoma innymi osobami zszedłem z ministrem na ląd.

Była rzecz jasna wielka feta: uroczysta kolacja, a później przyjęcie w merostwie. Leżące naprzeciw groźnej La Maddaleny3 Bonifacio starało się o ruchome stanowisko obronne. Wdzięczyło się więc i prezentowało swoje największe atuty, najpiękniejsze kwiaty i najurodziwsze kobiety. A czego jak czego, ale urody Korsykankom nie można odmówić…

Przy kolacji zobaczyliśmy kilka z nich — były naprawdę urzekające. Powinszowałem z tego powodu siedzącemu obok mnie przy stole korpulentnemu, kędzierzawemu młodzieńcowi — zacnemu, dobrodusznemu, przemiłemu chłopakowi, którego wszyscy nazywali „Pietro-Santo” i który pełnił wówczas funkcję sekretarza mera.

— Niech pan zaczeka na kobietę z aksamitką… — powiedział.

— Jest jeszcze piękniejsza? — spytałem z uśmiechem.

— Owszem — odparł poważnie. — Jeszcze piękniejsza, ale urodą innego rodzaju…


1 Bellacoscia („Pięknoudy”) — właściwie: François Antoine Bonelli (1827-1907), najsłynniejszy z korsykańskich zbójców-banitów, którzy po popełnieniu zbrodni honorowej wchodzili w konflikt z prawem i musieli szukać schronienia w makii. (Przyp. tłum.)

2 Edmond About (1828-1885) — francuski pisarz i publicysta, autor satyrycznej powieści Król gór (Le roi des montagnes) o rozbójnikach grasujących w Grecji za panowania Ottomanów. (Przyp. tłum.)

3 La Maddalena — miejscowość na Sardynii, baza włoskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o książce

Tytuł: Kobieta z aksamitką
Tytuł oryginału francuskiego: La femme au collier de velours
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1924
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 4840

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-7-4
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 20
Wielkość pliku: 430 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-8-1
Wielkość pliku: 200 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Złoty topór”

„Złoty topór”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Wiele lat temu byłem w Gersau, niewielkim kurorcie nad Jeziorem Czterech Kantonów, oddalonym o kilka kilometrów od Lucerny. Postanowiłem spędzić jesień w zaciszu tej uroczej miejscowości, której stare, spadziste dachy przeglądają się w romantycznych falach, na których niegdyś unosiła się łódź Wilhelma Tella, i dokończyć coś, nad czym wówczas pracowałem.

Było już po sezonie. Turyści rozpierzchli się, a wszystkie nieznośne samochwały, które zjechały z Niemiec ze swoimi alpensztokami, getrami i okrągłymi kapeluszami przystrojonymi nieodzownym piórkiem, wróciły wreszcie do swoich kufli z piwem, dań z kiszonej kapusty i „wielkich koncertów”, uwalniając od swojej obecności krainę między masywami Pilatusa, Mitten i Rigi. Przy moim stoliku w hotelu zostało tylko kilka darzących się sympatią osób. Wieczorami opowiadaliśmy sobie o spacerach, które odbyliśmy za dnia, albo wspólnie muzykowaliśmy.

Starsza pani w czarnej sukni i kapeluszu z czarną woalką, która gdy w pensjonacie było ludno i gwarno, nigdy z nikim nie rozmawiała i wyglądała jak uosobienie smutku, dała się poznać jako pierwszorzędna pianistka. Nie trzeba jej było długo prosić — chętnie grywała nam Szopena, a przede wszystkim kołysankę Schumanna. W jej wykonanie wkładała tyle uczucia, że łzy napływały nam do oczu.

Wszyscy byliśmy jej bardzo wdzięczni za to, że tak wspaniale umilała nam czas. Gdy więc nadeszła zima i przyszło nam się rozjechać, złożyliśmy się, by ofiarować jej coś na pamiątkę naszego wspólnego pobytu w Gersau. Ktoś z nas jechał akurat do Lucerny i miał dokonać zakupu. Wrócił pod koniec dnia ze złotą broszką w kształcie topora.

Tymczasem ani tego, ani następnego wieczora nie spotkaliśmy starszej pani. Wyjeżdżający goście powierzyli broszkę mnie. Bagaże starszej pani nie opuściły jeszcze hotelu, spodziewałem się więc, że lada chwila się pojawi. Właściciel uspokoił mnie, że nie mogło jej spotkać nic złego. Zapewnił, że znikała już wcześniej w podobny sposób i nie ma najmniejszych powodów do niepokoju.

W przeddzień wyjazdu wybrałem się na ostatni spacer brzegiem jeziora. Gdy przystanąłem na chwilę przy kaplicy Wilhelma Tella, w drzwiach świątyni stanęła starsza pani. Jak nigdy przedtem uderzył mnie wyraz bezbrzeżnego smutku malujący się na jej pobrużdżonej wielkimi łzami, noszącej ślady dawnej urody twarzy.

Spostrzegła mnie, opuściła woalkę i zeszła do jeziora. Bez wahania podszedłem i przywitałem się z nią. Przekazałem jej pozdrowienia i wyrazy ubolewania od pozostałych gości, którzy musieli wyjechać bez pożegnania. Na koniec wręczyłem jej prezent, który akurat miałem przy sobie.

Z łagodnym, nieobecnym uśmiechem otworzyła pudełko. Gdy zobaczyła, co jest w środku, zaczęła się straszliwie trząść. Odsunęła się gwałtownie, jakby obawiała się czegoś z mojej strony, i szalonym gestem cisnęła broszkę do jeziora.

Jeszcze nie zdążyłem otrząsnąć się ze zdumienia jej niezrozumiałą reakcją, a już zaczęła mnie przepraszać i zanosić się łzami. Choć miejsce było ustronne, znaleźliśmy jakąś ławkę i usiedliśmy.

Najpierw skarżyła się na zły los. Nic a nic z tego wszystkiego nie zrozumiałem. Wreszcie opowiedziała mi jednak osobliwą, ponurą historię swojego życia. To, co usłyszałem, na długo zapadło mi w pamięć. Nie znam bowiem nikogo, komu przypadłaby w udziale straszniejsza dola niż starszej pani w kapeluszu z czarną woalką, która z takim uczuciem grała nam kołysankę Schumanna.

— Wszystko panu opowiem — zaczęła. — Nigdy już tutaj nie wrócę. Przyjechałam, żeby ostatni raz zobaczyć te strony. Zaraz pan zrozumie, dlaczego wrzuciłam broszkę do jeziora…

— Urodziłam się w Genewie, w doskonałej rodzinie. Byliśmy bogaci, lecz niefortunne operacje giełdowe doprowadziły mojego ojca do ruiny i przedwczesnej śmierci. W wieku osiemnastu lat byłam piękną panną bez posagu. Moja matka straciła nadzieję, że kiedykolwiek wyda mnie za mąż. A bardzo chciała zabezpieczyć moją przyszłość, zanim połączy się z ojcem.

Kiedy miałam dwadzieścia cztery lata, pojawił się przez nikogo nieoczekiwany kandydat. Młody człowiek z Bryzgowii. Co roku przyjeżdżał na lato do Szwajcarii. Poznaliśmy go w kasynie w Évian. Zakochał się we mnie, a ja w nim. Nazywał się Herbert Gutmann.


Szczegółowe informacje o książce

Tytuł: Złoty topór
Tytuł oryginału francuskiego: La hache d’or
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1912
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 3523

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-5-0
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 16
Wielkość pliku: 342 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-6-7
Wielkość pliku: 199 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE

„Uczta kadłubków”

„Uczta kadłubków”, Gaston Leroux, Monika Szymaniak, 2020.

Kapitan Michał Alban miał tylko jedną rękę. Służyła mu ona do palenia fajki. Był starym wilkiem morskim. Poznałem go pewnego wieczoru wraz z czterema innymi wilkami morskimi, popijając aperitif przy kawiarnianym stoliku na nabrzeżu starego portu w Tulonie. Odtąd spotykaliśmy się regularnie przy kieliszkach i talerzykach z przekąskami, by pogawędzić, posłuchać plusku fal i popatrzeć na tańczące na wodzie łódki i zachodzące nad Tamarisem1 słońce.

Czterema pozostałymi wilkami morskimi byli: Zinzin, kapitan Dorat, Bagatelle i ten nicpoń Chanlieu. W swoim czasie przepłynęli rzecz jasna wszystkie morza i mieli mnóstwo przygód. Teraz zaś byli na emeryturze i spędzali czas, opowiadając sobie straszne historie. Tylko kapitan Alban nigdy niczego nie opowiadał. Nigdy też nie okazywał najmniejszego zdziwienia tym, co słyszał. Pozostali, poirytowani jego obojętną postawą, spytali w końcu:

— Hejże, kapitanie, nie przydarzyła się panu nigdy żadna straszna historia?

— I   owszem — odpowiedział kapitan, wyjmując fajkę z ust. — Przydarzyła. Jedna jedyna…

— To niechże ją pan opowie!

— Nie ma mowy!

— Dlaczego?

— Bo jest zbyt straszna… Nie dacie rady jej wysłuchać. Już wiele razy próbowałem ją opowiedzieć, ale zawsze wszyscy uciekali przed końcem.

Cztery wilki morskie zaczęły naigrawać się na wyprzódki. Zgodnie orzekły, że kapitan tylko szuka wymówki, żeby nic nie opowiedzieć, bo tak naprawdę nic mu się nie przydarzyło. Kapitan zmierzył ich wzrokiem. Nagle się zdecydował i odłożył fajkę na stół. Już sam ten gest, rzadko u niego spotykany, był straszny.

— Panowie — zaczął — opowiem wam, w jaki sposób straciłem rękę…

— W tamtym czasie (a było to ze dwadzieścia lat temu) miałem w Mourillonie2 niewielką willę. Dostałem ją w spadku, moja rodzina bowiem przez długi czas mieszkała w tych stronach i tutaj się urodziłem. Chętnie do niej wracałem, żeby wypocząć po dalekich rejsach. Poza tym lubiłem samą dzielnicę. Nikt mnie tutaj nie niepokoił. Moi sąsiedzi byli mało uciążliwi i rzadko ich widywałem. Byli to głównie ludzie morza i żołnierze wojsk kolonialnych. Palili sobie spokojnie opium ze swoimi przyjaciółkami i zajmowali się własnymi sprawami — jakimi nie wnikałem. Każdy ma swoje przyzwyczajenia, prawda? Ja nikomu nie przeszkadzałem i chciałem jedynie, aby i mnie nie przeszkadzano.

Pewnej nocy jednak mi przeszkodzono — w spaniu. Osobliwy hałas, którego źródła nie potrafiłem określić, sprawił, że zerwałem się z łóżka na równe nogi. Miałem jak zawsze otwarte okno. Nasłuchiwałem oszołomiony. Nie mogłem dociec, skąd brał się ten nieprawdopodobny harmider. Przypominało to łoskot piorunów albo walenie w bęben, i to nie byle jaki — jakby z dwieście pałeczek waliło wściekle w drewno, zamiast w oślą skórę.

Dźwięki dochodziły z willi naprzeciwko. Od pięciu lat nikt tam nie mieszkał i jeszcze poprzedniego dnia widziałem na murze tabliczkę z napisem „Na sprzedaż”. Z okna mojej sypialni na pierwszym piętrze, patrząc ponad murem odgradzającym otaczający willę ogródek, widziałem jej wszystkie okna i drzwi, także te na parterze. Nadal były zamknięte, tak samo, jak za dnia. Tylko przez szpary w okiennicach na parterze sączyło się światło… Pomyślałem sobie, że jakieś szemrane towarzystwo wkradło się do tego opuszczonego domu na obrzeżach Mourillonu i urządza sobie całonocną libację.

Dziwne bębnienie nie ustawało. Trwało jeszcze dobrą godzinę. Tuż przed świtem drzwi willi otwarły się, a na progu stanęła najcudowniejsza istota, jaką widziałem w życiu. Miała na sobie wieczorową suknię, a w ręku z nieopisanym wdziękiem trzymała lampę, której blask oświetlał jej godne bogini ramiona. Z miłym, łagodnym uśmiechem wypowiedziała słowa, które doskonale słyszałem w nocnej ciszy:

— Do widzenia, drogi przyjacielu, do zobaczenia w przyszłym roku!

Nie miałem pojęcia, do kogo mówiła. Obok niej nie było nikogo… Czekała na progu ze swoją lampą jeszcze przez krótką chwilę, aż ogrodowa furtka sama się otworzyła i sama zamknęła. Wtedy zamknęły się także drzwi willi i nic więcej nie zobaczyłem.


1 Tamaris — w XIX wieku miejscowość kąpieliskowa, dziś dzielnica La Seyne-sur-Mer, położona nad redą Tulonu, przeciwlegle do dzielnicy Mourillon. (Przyp. tłum.)

2 Le Mourillon — dzielnica Tulonu, położona na półwyspie między małą i wielką redą. W XIX wieku znajdowały się tam stocznie, magazyny i koszary francuskiej marynarki wojennej. (Przyp. tłum.)


Szczegółowe informacje o książce

Tytuł: Uczta kadłubków
Tytuł oryginału francuskiego: Le dîner des bustes lub Une histoire épouvantable
Autor: Gaston Leroux
Gatunek: opowiadanie
Zbiór: Opowiadania z dreszczykiem
Data powstania: 1911
Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak
Wydawca: Monika Szymaniak
Data wydania: 2.03.2020
Liczba słów: 5329

E-book PDF
ISBN: 978-83-944335-3-6
Całkowita liczba stron (z okładką włącznie): 21
Wielkość pliku: 424 KB

E-book EPUB
ISBN: 978-83-944335-4-3
Wielkość pliku: 184 KB

W SPRZEDAŻY JUŻ WKRÓTCE