Monika Szymaniak

  • facebook
  • googleplus
  • linkedin
  • pinterest
  • twitter

Author Archives: Monika Szymaniak

About Monika Szymaniak

Tłumacz języka francuskiego – Traducteur français-polonais – French to Polish translator

„Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami”

Un ange cornu avec des ailes de tôle Michel TremblayPierwszym powieściowym bohaterem, z którym w pełni się utożsamiłem (do tego stopnia, że się od tego rozchorowałem), był Robert z Dzieci kapitana Granta. To była jedna z najważniejszych książek końca mojego dzieciństwa i wciąż bardzo dokładnie pamiętam okoliczności, w których ją czytałem.

Robert Grant miał tyle lat, co ja (dwanaście), lecz w przeciwieństwie do mnie prowadził tak barwne życie, że po kilku stronach nie byłem pewien, czy go uwielbiam czy, z czystej zazdrości, nienawidzę.

Jego ojciec, szkocki marynarz pływający na statkach dalekomorskich, dwa lata wcześniej (był rok 1864) rozbił się gdzieś w okolicach 37. równoleżnika i wpadł w ręce tubylców, udało mu się jednak wrzucić do morza wiadomość w butelce. Zmoczony i rozmazany list odnalazł w brzuchu rekina inny szkocki marynarz, lord Glenarvan, a Robert Grant (co za szczęściarz!), wraz z lordem i jego młodą żoną, swoją siostrą Mary oraz francuskim geografem Paganelem, który pomylił statki, wyruszył w świat na pokładzie „Duncana”, żeby odnaleźć ojca. Czy to nie fart, jak na dwunastolatka?

Trzy tomy Dzieci kapitana Granta pożyczyłem z miejskiej biblioteki i nie rozstawałem się z nimi, nawet śpiąc: ten, który akurat czytałem, wkładałem sobie pod głowę, żeby móc we śnie wdychać jego zapach, dwa pozostałe zaś, leżące gdzieś na kołdrze, podążały w nocy śladem mojego ciała, tak że czułem ich pokrzepiającą obecność między udami, pod stopami czy w zagłębieniu lędźwi. Nadal sypiam z książkami, które czytam, rzadko odkładam je na szafkę nocną, ale z żadną inną nie spędziłem tak upojnych nocy jak z Dziećmi kapitana Granta.

Czytałem o przygodach Roberta tak długo, jak się tylko dało (dopóki mama nie przyszła wykręcić mi żarówki w nocnej lampce), a później przez większą część nocy śniłem o Atlantyku, Cieśninie Magellana, chilijskich krajobrazach i andyjskich Kordylierach… Na swoim łóżku, niczym na statku, ochoczo opuszczałem pokój przy rue Cartier i pędziłem ku 37. równoleżnikowi, by szukać początków Prądu Zatokowego.

Razem z Robertem stawałem się wilkiem morskim, uczyłem się dosiadać wspaniałego argentyńskiego konia czarnej maści od Thalcave’a (pięknego, półnagiego Patagończyka, którego opis na stronie 95 wprawił mnie w takie pomieszanie), przechodziłem w bród río de Raque i río de Tubal, wspinałem się po porfirowych ścianach zwanych quebradas, na próżno szukałem ojca w głębi sekwojowych lasów i na ośnieżonych górskich szczytach. O Robercie mówiono, że rośnie i szybko dojrzewa, że staje się mężczyzną. Ja, cały w okruszkach po herbatnikach albo ciasteczkach imbirowych, czytałem i, jak na złość, byłem wciąż tym samym małym chłopcem, który zazdrościł mu jego niezwykłych losów.

Pamiętam szczególnie jeden fragment, przez który nie spałem całą noc i dostałem gorączki, a nazajutrz rano nie mogłem wstać i pójść do szkoły, ku wielkiemu utrapieniu mojej mamy, która domyślała się, że to Dzieci kapitana Granta są przyczyną tej niezdrowej ekscytacji. Przeżyłem wtedy jedną z najpiękniejszych przygód w moim życiu…

Mniej więcej w połowie pierwszego tomu powieści zapada decyzja, że mężczyźni będą szukać kapitana Granta na piechotę w Chile i w Argentynie, kobiety zaś przepłyną na „Duncanie” Cieśninę Magellana i zaczekają na nich u wybrzeży Atlantyku. Z jednej strony żal mi było zostawiać Mary i lady Glenarvan, z drugiej zaś myśl o przemierzeniu pieszo Ameryki Południowej wydała mi się niezwykle ekscytująca.

Górskie krajobrazy, które napotykali po drodze Robert i jego towarzysze, robiły na mnie kolosalne wrażenie: przecież dotychczas znałem jedynie Mont Royal – nic nieznaczące wzgórze, miejsce niedzielnego wypoczynku wystrojonych odświętnie Montrealczyków, którego sylwetkę widziałem ze swojego balkonu w głębi rue Mont-Royal. Za to andyjskie Kordyliery! Lodowce, potoki spadające z wysokości kilkuset metrów (w moim kanadyjskim wydaniu encyklopedii Larousse’a wyczytałem, że jeden metr to trzy stopy i trzy cale), zawieszone nad przepaścią kamienne płaskowyże, burze wiatrowe i deszczowe zrywające się niespodziewanie i cichnące tak nagle, że trudno było uwierzyć, że w ogóle przeszły, różowe wschody i pomarańczowe zachody słońca! Posiłki złożone z suszonego mięsa, wszelkiego rodzaju roślin strączkowych doprawionych papryką, świeżo upolowanej dziczyzny, wody z górskich potoków i równinnych strumieni, od których ślinka napływała mi do ust, stanowiły jakże miłą odmianę po nieśmiertelnych tłuczonych ziemniakach i obowiązkowym zielonym groszku nr 1! I po tym wszystkim miałbym znów jeść pâté chinois*?

Wreszcie doszedłem do rozdziału, który wprawił mnie dosłownie w stan lewitacji. Na wysokości dwunastu tysięcy stóp nad ziemią członkowie ekspedycji zatrzymali się na noc na oblodzonym płaskowyżu zawieszonym nad ogromną doliną, którą w następnych dniach mieli przedostać się ku argentyńskiej pampie. Noc minęła spokojnie, wszyscy zasnęli, wyczerpani, lecz zadowoleni. O świcie zbudził ich straszliwy huk. Cytuję samego Juliusza Verne’a:

W wyniku właściwego Kordylierom zjawiska przemieszczał się i zsuwał ku nizinie cały, szeroki na kilka mil, masyw.

– Trzęsienie ziemi! – wykrzyknął Paganel.

Płaskowyż, na którym się schronili, zaczął zjeżdżać w dół! Byłem razem z nimi, spadałem razem z nimi, ośnieżone szczyty wirowały mi przed oczami, góry same zmieniały kształt, dopiero co rozjaśnione świtem niebo chybotało się jak wtedy, gdy na „Duncanie” przepływałem Cieśninę Magellana, namiot plątał mi się pod nogami, broń, drewno na opał, sprzęty do gotowania, żar z niedogaszonego ogniska przelatywały tuż obok mnie, jechałem gigantyczną górską kolejką, która uwoziła mnie nieuchronnie w dół doliny, mknąłem na spotkanie śmierci, a właściwie już leżałem bez życia – zagrzebany w pościeli, z rozszerzonymi ze strachu oczami, z walącym jak oszalałe sercem.

Najgorsze, że na początku następnego rozdziału, kiedy już przeszło trzęsienie ziemi i wszyscy zaczęli pomału wracać do siebie, okazało się, że Robert zniknął! Czarna rozpacz zapanowała w Chile i w rozkopanym łóżku przy rue Cartier. Członkowie ekspedycji szukali chłopca przez trzy dni, a ja z napięcia przestałem oddychać. Robert Grant nie mógł umrzeć, JA nie mogłem umrzeć! Historia nie mogła się toczyć dalej beze mnie, zostało jeszcze trzysta stron, to ja byłem jej bohaterem, to ja straciłem ojca i wyruszyłem ze Szkocji w świat, żeby go odszukać, to ja wyrastałem na mężczyznę pośród Patagończyków i marynarzy dalekomorskich! Juliusz Verne, mój ulubiony pisarz wszystkich epok i narodowości, nie mógł mi tego zrobić!

W końcu jednak nadeszło wybawienie. Obraz ten, jeden z najbardziej sugestywnych, które pamiętam z dzieciństwa, przywołuję jeszcze teraz, czterdzieści lat później, gdy zdarza mi się cierpieć w nocy na bezsenność, bo wiem, że pozwoli mi usnąć, bez względu na to, jakie strapienie nie daje mi spać. Po trzech dniach życia w obawie, że nigdy nie odnajdzie zaginionego chłopca, lord Glenarvan spostrzega na horyzoncie, het, daleko na niebie, jakiś punkt… Punkt staje się coraz większy… To ogromny andyjski kondor trzymający w szponach Roberta Granta! Na ilustracji widać było chłopca zaczepionego za ubranie, zwisającego w bezwolnej pozie Chrystusa z Piety Michała Anioła. Przez trzy dni leciałem niesiony przez kondora! Z emocji gwałtownie zamknąłem książkę i przytuliłem do siebie. Próbowałem odtworzyć w wyobraźni te trzy doby, zobaczyć z lotu ptaka rozpościerające się pode mną andyjskie Kordyliery, gniazdo uwite na niedostępnej granitowej iglicy, poczuć ponownie głód, pragnienie, ale i zachwyt, że przez chwilę byłem dzieckiem wielkiego kondora.

Kondora zabito, Robert Grant odzyskał świadomość, a ja dalej wisiałem trzymany za podarte ubranie w ptasich szponach. Nie chciałem wracać na ziemię, chciałem zostać tam, na dachu świata, chociaż do następnego dnia. Gasząc lampkę nocną, miałem nadzieję, że przyśni mi się porywisty wiatr i szum ogromnych, jedwabistych skrzydeł.

Un ange cornu avec des ailes de tôle (Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami), Michel Tremblay, Léméac / Actes Sud, 1994. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.


*Pâté chinois („chińska zapiekanka”) – tradycyjne danie kuchni quebeckiej złożone z zapieczonych warstw mielonego mięsa wołowego, kukurydzy i ziemniaczanego purée.

 

« La poupée »

Une photo de la série télévisée « La poupée » de Ryszard Ber

Jerzy Kamas (Stanisław Wokulski) dans la série télévisée « La poupée » (1977) de Ryszard Ber

Puis, de nouveau, après avoir expédié en quelques heures les affaires de Suzin, il déambulait dans Paris. Il errait dans des rues inconnues, se noyait dans une foule innombrable et plongeait dans le chaos apparent de choses et d’événements, au fond duquel il découvrait un ordre et un principe sous-jacents. Ou encore, pour se changer les idées, il buvait du cognac, jouait aux cartes ou à la roulette, ou se livrait à la débauche.

Il lui semblait que, dans ce foyer volcanique de la civilisation, quelque chose d’extraordinaire lui arriverait, qu’une nouvelle époque de sa vie s’ouvrirait. Il sentait que des informations et des opinions, jusque-là éparses, convergeaient vers un tout, vers un système philosophique lui expliquant de nombreux mystères du monde et de son existence.

« Qui suis-je ? » s’interrogeait-il parfois, et se forgeait peu à peu une réponse :

« Je suis un potentiel humain perdu. J’avais d’immenses talents et de l’énergie, mais je n’ai rien fait pour la civilisation. Les hommes éminents que je rencontre ici, n’ayant pas la moitié des forces que j’ai, laissent après eux des machines, des édifices, des œuvres d’art, des idées nouvelles. Et moi, que laisserai-je ? Sinon mon magasin, lequel, sans la surveillance de Rzecki, serait aujourd’hui tombé en faillite… Et pourtant, je n’étais pas resté sans rien faire : je m’étais démené comme un beau diable ; or, sauf un hasard favorable, je n’aurais même pas les ressources que j’ai… »

Puis, il se mettait à réfléchir : en quoi avait-il gaspillé ses forces et sa vie ?

En lutte contre un milieu avec lequel il ne cadrait pas. Lorsqu’il avait eu envie d’étudier, il n’avait pas pu le faire, car son pays avait besoin non pas de scientifiques, mais de garçons et de commis de magasin. Lorsqu’il avait voulu servir la société, ne fût-ce qu’en faisant le sacrifice de sa vie, il s’était vu proposer des rêves chimériques au lieu d’un programme, puis reléguer aux oubliettes. Lorsqu’il avait cherché du travail, on ne lui en avait pas donné ; on lui avait plutôt montré le chemin facile d’un mariage d’argent avec une femme plus âgée que lui. Lorsque, finalement, tombé amoureux, il avait souhaité devenir un père de famille légitime, un gardien du foyer domestique, dont la sainteté était prônée par tous, on lui avait opposé une fin de non-recevoir. Maintenant, il ne savait même plus si la femme dont il était fou était tout simplement une coquette pimbêche, ou bien, comme lui, une âme égarée qui n’avait pas su trouver sa voie dans la vie. À en croire ses actes, c’était une fille à marier à la recherche d’un bon parti ; à en croire ses yeux, c’était un ange auquel les conventions humaines avaient brûlé les ailes.

« Si je me contentais d’avoir quelques dizaines de milliers de roubles annuels et des partenaires à mon whist, je serais l’homme le plus heureux de Varsovie, se disait-il. Mais puisque, à part de l’estomac, je possède une âme éprise d’amour et de savoir, je suis voué à y mourir. Certaines espèces d’individus, comme certaines espèces de plantes, ne mûrissent pas sous cette latitude… »

Lalka (La poupée), Bolesław Prus, 1890. Traduction du polonais : Monika Szymaniak.

„Proust–Visconti”

« Proust–Visconti : histoire d'une affinité élective »Wielu z nas próbowało sobie wyobrazić, co znalazłoby wyraz w innym filmie widmie: niezrealizowanej przez Luchina Viscontiego ekranizacji W poszukiwaniu straconego czasu, podzielając zdanie Antoine’a Compagnona, że „reżyser Zmysłów, Geparda i Niewinnych (nakręconych na podstawie powieści Gabriela d’Annunzia) prawdopodobnie lepiej poradziłby sobie z niejednoznacznością rozpiętego między dwoma stuleciami dzieła Marcela Prousta2 niż twórcy filmowi, którzy podjęli się tego ryzykownego przedsięwzięcia. Fascynację tę tłumaczy częściowo obsada filmu, która zapowiadała się niezwykle spektakularnie. Barona de Charlusa miał zagrać Marlon Brando (wybór, który nie dziwił nikogo, kto znał geniusz tego aktora lub widział, jak w Gepardzie przypominający kowboja Burt Lancaster zamienia się w sycylijskiego księcia). Narratorem byłby Alain Delon, księżną de Guermantes – Silvana Mangano, a Franciszką – Simone Signoret. Wiele emocji wzbudziła pogłoska o niespodziewanym powrocie na ekrany legendy kina Grety Garbo, która miała się wcielić w rolę królowej Neapolu, największej z arystokratek sportretowanych w powieści (Garbo rzeczywiście zgodziła się wystąpić w filmie, wycofała się jednak po tym, jak Visconti przedwcześnie i z wielkim hukiem podał ten fakt do publicznej wiadomości). O atrakcyjności niezrealizowanego projektu Luchina Viscontiego stanowi jednak nie tyle plejada gwiazd, które po raz pierwszy spotkałyby się na planie filmowym, czy śmiałość wyzwania, którym byłoby bezsprzecznie napisanie scenariusza – inaczej adaptacje Volkera Schlöndorffa (Miłość Swanna) i Raúla Ruiza (Czas odnaleziony), z których każda ma znakomitą obsadę, wycyzelowany scenariusz i wystawną scenografię, oddziaływałyby równie silnie.

Tym, co sprawia, że długo jeszcze myśleć będziemy o filmie, który nigdy nie powstał, jest raczej niezwykłe podobieństwo łączące Luchina Viscontiego i Marcela Prousta. Urodzony w 1906 roku, siedem lat przed ukazaniem się W stronę Swanna, Luchino Visconti di Modrone to najprawdziwszy Guermantes – potomek rodu, który przez dwa stulecia władał Mediolanem, wzniósł tamtejszą katedrę i odegrał kluczową rolę w historii najsłynniejszej sceny operowej świata, Teatro alla Scala. „Zupełnie jak narrator W poszukiwaniu straconego czasu – pisze w wyśmienitej biografii filmowca Laurence Schifano – każdego wieczoru, a już zwłaszcza wtedy, gdy rodzice przyjmowali gości, Luchino wyczekiwał chwili, gdy usłyszy kroki swojej matki i szelest jej jedwabnej sukni na schodach […]”3.

Między życiorysami obu artystów można znaleźć zbieżności i analogie, o których nikt by dziś nie pamiętał, gdyby nie idące za nimi frapujące artystyczne pokrewieństwo. W obu biografiach pojawiają się lamperie z hotelu Ritz oraz, poznani w salonach dzielnicy Saint-Honoré, gościnna przyjaciółka artystów Misia Sert i poeta Jean Cocteau. Ciekawym zbiegiem okoliczności w Nie ma Albertyny pojawia się nawet „markiz Visconti-Venosta”4. Życie obu rozjaśniała gwiazda niezapomnianych artystek: Visconti zaprosił na deski operowe Marię Callas, Proust scalił w jedną wspaniałą postać – Bermę – Sarę Bernhardt i Réjane. Obaj przeżyli podobny dramat: tragiczną śmierć pracownika. Kiedy samolot Alfreda Agostinelliego, kierowcy, którego darzył wielkim uczuciem, rozbił się nad Morzem Śródziemnym, Prousta przytłoczył smutek i „poczucie winy, bo gdyby Alfred go nie poznał, nie dostałby tyle pieniędzy i nie nauczyłby się latać”5. Młody hrabia Visconti zaś winił się za śmierć kierowcy z rodzinnego zamku w Grazzano, który zginął w nieszczęśliwym wypadku w dniu, w którym zmusił go do wyjazdu: „Czuł się do tego stopnia odpowiedzialny, że aż do śmierci wypłacał rentę rodzinie zmarłego. […] Chciał całkowicie zatracić się w samotności i pokucie, unicestwiając wszystko, czym do tej pory był. Żadna kara nie była wystarczająca, by odkupić jego winę”6.

Lecz przecież „życiorys nie wyjaśnia wszystkiego: nie wyjaśnia geniuszu”7. Powyższe fakty miałyby jedynie anegdotyczne znaczenie, gdyby nie widoczne na pierwszy rzut oka podobieństwo charakterystycznych dla obu twórców motywów, takich jak rozpamiętywanie i mitologizowanie czasów dzieciństwa, odmalowywanie świata skazanego na zagładę, Wenecja czy wreszcie „przeklęty ród” inwertytów. Gilles Deleuze sporządza następujący spis „tematów łączących Viscontiego z Proustem”: „kryształowy świat arystokracji; jego wewnętrzny rozpad; wielkie wydarzenia historyczne widziane ze specyficznej perspektywy (sprawa Dreyfusa, I wojna światowa); spóźniona świadomość straconego czasu, pozwalająca jednak nadać sztuce jedność i odnaleźć czas; warstwy społeczne definiowane na podstawie duchowej wspólnoty, a nie pochodzenia…”8.

W 1969 roku, w rozmowie na temat swojego przyszłego filmu, Visconti opowiadał:
„Interesuję się Proustem od pięćdziesięciu lat. W poszukiwaniu straconego czasu odkryłem jako bardzo młody człowiek. Pewnego dnia zobaczyłem ojca zatopionego w lekturze jakiejś właśnie sprowadzonej z Paryża książki. Było to koło roku 1920. Książka nosiła tytuł W stronę Swanna, została wydana przez Gallimarda i miała skromną, kremowobiałą okładkę z czarno-czerwonym obramowaniem. Spostrzegłszy, że dziwi mnie, co go w niej tak zainteresowało, ojciec przestał na chwilę czytać i wyznał, że za każdym razem, gdy przewraca kartkę, cierpi na myśl o tym, że ta fenomenalna powieść wkrótce się skończy.”
Trudno nie widzieć w tym, nadzwyczaj proustowskim, zdającym się wypływać z samej materii książki, wspomnieniu czegoś w rodzaju sceny pierwotnej. W późniejszym czasie doskonale znający francuski Visconti będzie zawsze zabierał ze sobą na wakacje któryś z tomów W poszukiwaniu straconego czasu. Jak pisze Jean-Yves Tadié, „biografowie często zapominają o tym, że w życiu przyszłego pisarza [tutaj zaś przyszłego filmowca] przeczytane książki mają większe znaczenie niż spotkani ludzie; rozwodzą się na temat przygodnie poznanej pani domu, słowem nie wspominając o Racinie czy Balzacu”9. Lektura W poszukiwaniu straconego czasu była bez wątpienia jednym z najważniejszych wydarzeń w życiu Viscontiego; można też śmiało powiedzieć, że tworzył po części po to, by zapobiec skończeniu się tej „fenomenalnej powieści”. W jego filmach pojawiają się w różnych wcieleniach Swann i Odeta, narrator i Albertyna, Charlus i Morel; słychać sonatę Césara Francka, pierwowzór sonaty Vinteuila; widać Ryszarda Wagnera i siostrę królowej Neapolu, Elżbietę Bawarską; panie Verdurin zostają księżnymi de Guermantes i całe światy odchodzą w niebyt w trakcie jednego wytwornego przyjęcia.

Proust–Visconti : l’histoire d’une affinité élective (Proust-Visconti: powinowactwo z wyboru), Florence Colombani, Philippe Rey, 2006. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.


2Antoine Compagnon, Proust entre deux siècles, Seuil, Paryż 1989, s. 24. Ten cytat i wszystkie następne w moim przekładzie – przyp. tłum.
3Laurence Schifano, Visconti, les feux de la passion, Flammarion, Paryż 1987, str. 69 (wydanie polskie: Luchino Visconti: ogień namiętności, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 2010, tłum. Elżbieta Radziwiłłowa).
4Marcel Proust, W poszukiwaniu straconego czasu (La recherche du temps perdu), t. IV, red. Jean-Yves Tadié, seria „Bibliothèque de la Pléiade”, Gallimard, Paryż 1987-1989, s. 216.
5Jean-Yves Tadié, Marcel Proust, seria „Biographies”, Gallimard, Paryż 1996, s. 731.
6Laurence Schifano, op. cit, s. 126-127.
7Brian Rogers i Jean-Yves Tadié, wstęp do Miłości Swanna (Un amour de Swann), W poszukiwaniu straconego czasu (La recherche du temps perdu), t. I, s. 1181.
8Gilles Deleuze, Cinéma 2. L’Image-Temps, Minuit, Paryż 1985, s. 128 (polskie wydanie: Kino, Wydawnictwo słowo/obraz terytoria, 2008, tłum. Janusz Margański).
9Jean-Yves Tadié, op. cit., s. 75.