Monika Szymaniak

  • facebook
  • googleplus
  • linkedin
  • pinterest
  • twitter

Author Archives: Monika Szymaniak

About Monika Szymaniak

Tłumacz języka francuskiego – Traducteur français-polonais – French to Polish translator

« La hacherade »

Une photo du film « La hacherade » (« Siekierezada »)

Edward Żentara (Jan Pradera) dans le film « La hacherade » (1985) de Witold Leszczyński

Quelques jours passèrent, comme l’écrivent les romanciers. De cette manière, avec une seule phrase, ils croient régler la question de ces jours-là, question que, quels qu’ils soient, d’ailleurs, ces jours-là – sans couleur, sans contenu, sans amour, à la limite –, il est impossible de régler d’une seule phrase, d’un seul trait, d’un petit geste de la main, d’un mouvement léger et gracieux, comme on prend un chat pour le mettre sur ses genoux. Et moi, qu’est-ce que je fais, moi, sinon la même chose ? Mais, moi, au moins, cette phrase, elle me fait rire : « quelques jours passèrent » ! Je dirais même plus : elle me peine, elle m’outrage terriblement cette phrase-là. Comment ça ? « Quelques jours passèrent », et voilà, un point c’est tout. Comme si de rien n’était. En moins de temps qu’il n’en faut pour le dire. Ou pour cracher un pépin. Alors que moi… ô toi, Branche de pommier ! ô vous, terribles taillis ! que de fois, pendant ces quelques jours, n’avais-je pas agonisé, n’étais-je pas mort, n’étais-je pas ressuscité ? combien de besogne n’avais-je pas abattue sur l’aire de coupe, combien de sueur n’avait-elle pas coulé sur mon front ? combien de milliers de pensées n’avaient-elles pas traversé ma tête, tantôt en un rai de lumière clair et clément, tantôt en un terrible rai d’ombre sombre et torrentueux, serrant mon front d’un bandeau noir livide, voire trouant, trépanant mon crâne claquant ? que de fois, dis-je, pendant ces quelques jours, n’étais-je pas mort et n’étais-je pas ressuscité ? n’étais-je pas tombé sur les genoux et ne m’étais-je pas relevé de mon tomber sur les genoux ? ne m’étais-je pas envolé vers les domaines du bleu et ne m’étais-je pas enfoncé dans le fond des profondeurs ? ne m’étais-je pas abîmé dans les flots et n’avais-je pas émergé, si bellement, sur la crête de la vague, tel l’écume, tel un sourire vainqueur, pour redescendre et remonter de nouveau, encore et encore…

Quelques jours passèrent. Bref, je l’écris, cette phrase-là, mais si je le fais, je le fais non pas d’un mouvement léger de la main, d’un petit geste sympa, comme on prend un chat pour le mettre sur ses genoux. Je l’écris, cette phrase, ce « quelques jours passèrent », avec une extrême douleur, avec désespoir, car je n’ai pas de force pour les décrire, ces quelques jours-là, avec toute l’exactitude, toute la beauté et toute la terreur qu’ils méritent. Il n’a tout simplement plus de forces, celui qui en fait ici l’aveu. S’il ne vivait que la vie, il en aurait sûrement plus, de la force. Or, la vie, il la vit, oui, mais il vit aussi la mort – et comment ! ô combien il vit la mort ! ; l’éternité aussi, il la vit, l’éternité qui est entre la vie et la mort ; et l’amour aussi, il le vit, l’amour qui est au-dessus de tout ça, l’amour absolu pour toi, il le vit, petite fille, sans savoir du tout d’où lui viennent des forces pour vivre tout ça. Des fois, pourtant, il est fatigué. C’est-à-dire que, fatigué, il l’est toujours, mais des fois il est terriblement fatigué. Tellement fatigué en fait qu’il a l’impression qu’il va y passer. Qu’il va claquer, qu’il n’existe plus, qu’il ne vit plus. Mais non. Il est bien là, envers et contre tout, encore et toujours. Suspendu à la mèche de cheveux qui tombe sur tes yeux, que tu ne repousses pas derrière l’horizon en pente raide de ta petite tête.

La hacherade ou l’hiver des gens de la forêt, Edward Stachura, 1971. Traduction du polonais : Monika Szymaniak.

„Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami”

Un ange cornu avec des ailes de tôle Michel TremblayPierwszym powieściowym bohaterem, z którym w pełni się utożsamiłem (do tego stopnia, że się od tego rozchorowałem), był Robert z Dzieci kapitana Granta. To była jedna z najważniejszych książek końca mojego dzieciństwa i wciąż bardzo dokładnie pamiętam okoliczności, w których ją czytałem.

Robert Grant miał tyle lat, co ja (dwanaście), lecz w przeciwieństwie do mnie prowadził tak barwne życie, że po kilku stronach nie byłem pewien, czy go uwielbiam czy, z czystej zazdrości, nienawidzę.

Jego ojciec, szkocki marynarz pływający na statkach dalekomorskich, dwa lata wcześniej (był rok 1864) rozbił się gdzieś w okolicach 37. równoleżnika i wpadł w ręce tubylców, udało mu się jednak wrzucić do morza wiadomość w butelce. Zmoczony i rozmazany list odnalazł w brzuchu rekina inny szkocki marynarz, lord Glenarvan, a Robert Grant (co za szczęściarz!), wraz z lordem i jego młodą żoną, swoją siostrą Mary oraz francuskim geografem Paganelem, który pomylił statki, wyruszył w świat na pokładzie „Duncana”, żeby odnaleźć ojca. Czy to nie fart, jak na dwunastolatka?

Trzy tomy Dzieci kapitana Granta pożyczyłem z miejskiej biblioteki i nie rozstawałem się z nimi, nawet śpiąc: ten, który akurat czytałem, wkładałem sobie pod głowę, żeby móc we śnie wdychać jego zapach, dwa pozostałe zaś, leżące gdzieś na kołdrze, podążały w nocy śladem mojego ciała, tak że czułem ich pokrzepiającą obecność między udami, pod stopami czy w zagłębieniu lędźwi. Nadal sypiam z książkami, które czytam, rzadko odkładam je na szafkę nocną, ale z żadną inną nie spędziłem tak upojnych nocy jak z Dziećmi kapitana Granta.

Czytałem o przygodach Roberta tak długo, jak się tylko dało (dopóki mama nie przyszła wykręcić mi żarówki w nocnej lampce), a później przez większą część nocy śniłem o Atlantyku, Cieśninie Magellana, chilijskich krajobrazach i andyjskich Kordylierach… Na swoim łóżku, niczym na statku, ochoczo opuszczałem pokój przy rue Cartier i pędziłem ku 37. równoleżnikowi, by szukać początków Prądu Zatokowego.

Razem z Robertem stawałem się wilkiem morskim, uczyłem się dosiadać wspaniałego argentyńskiego konia czarnej maści od Thalcave’a (pięknego, półnagiego Patagończyka, którego opis na stronie 95 wprawił mnie w takie pomieszanie), przechodziłem w bród río de Raque i río de Tubal, wspinałem się po porfirowych ścianach zwanych quebradas, na próżno szukałem ojca w głębi sekwojowych lasów i na ośnieżonych górskich szczytach. O Robercie mówiono, że rośnie i szybko dojrzewa, że staje się mężczyzną. Ja, cały w okruszkach po herbatnikach albo ciasteczkach imbirowych, czytałem i, jak na złość, byłem wciąż tym samym małym chłopcem, który zazdrościł mu jego niezwykłych losów.

Pamiętam szczególnie jeden fragment, przez który nie spałem całą noc i dostałem gorączki, a nazajutrz rano nie mogłem wstać i pójść do szkoły, ku wielkiemu utrapieniu mojej mamy, która domyślała się, że to Dzieci kapitana Granta są przyczyną tej niezdrowej ekscytacji. Przeżyłem wtedy jedną z najpiękniejszych przygód w moim życiu…

Mniej więcej w połowie pierwszego tomu powieści zapada decyzja, że mężczyźni będą szukać kapitana Granta na piechotę w Chile i w Argentynie, kobiety zaś przepłyną na „Duncanie” Cieśninę Magellana i zaczekają na nich u wybrzeży Atlantyku. Z jednej strony żal mi było zostawiać Mary i lady Glenarvan, z drugiej zaś myśl o przemierzeniu pieszo Ameryki Południowej wydała mi się niezwykle ekscytująca.

Górskie krajobrazy, które napotykali po drodze Robert i jego towarzysze, robiły na mnie kolosalne wrażenie: przecież dotychczas znałem jedynie Mont Royal – nic nieznaczące wzgórze, miejsce niedzielnego wypoczynku wystrojonych odświętnie Montrealczyków, którego sylwetkę widziałem ze swojego balkonu w głębi rue Mont-Royal. Za to andyjskie Kordyliery! Lodowce, potoki spadające z wysokości kilkuset metrów (w moim kanadyjskim wydaniu encyklopedii Larousse’a wyczytałem, że jeden metr to trzy stopy i trzy cale), zawieszone nad przepaścią kamienne płaskowyże, burze wiatrowe i deszczowe zrywające się niespodziewanie i cichnące tak nagle, że trudno było uwierzyć, że w ogóle przeszły, różowe wschody i pomarańczowe zachody słońca! Posiłki złożone z suszonego mięsa, wszelkiego rodzaju roślin strączkowych doprawionych papryką, świeżo upolowanej dziczyzny, wody z górskich potoków i równinnych strumieni, od których ślinka napływała mi do ust, stanowiły jakże miłą odmianę po nieśmiertelnych tłuczonych ziemniakach i obowiązkowym zielonym groszku nr 1! I po tym wszystkim miałbym znów jeść pâté chinois*?

Wreszcie doszedłem do rozdziału, który wprawił mnie dosłownie w stan lewitacji. Na wysokości dwunastu tysięcy stóp nad ziemią członkowie ekspedycji zatrzymali się na noc na oblodzonym płaskowyżu zawieszonym nad ogromną doliną, którą w następnych dniach mieli przedostać się ku argentyńskiej pampie. Noc minęła spokojnie, wszyscy zasnęli, wyczerpani, lecz zadowoleni. O świcie zbudził ich straszliwy huk. Cytuję samego Juliusza Verne’a:

W wyniku właściwego Kordylierom zjawiska przemieszczał się i zsuwał ku nizinie cały, szeroki na kilka mil, masyw.

– Trzęsienie ziemi! – wykrzyknął Paganel.

Płaskowyż, na którym się schronili, zaczął zjeżdżać w dół! Byłem razem z nimi, spadałem razem z nimi, ośnieżone szczyty wirowały mi przed oczami, góry same zmieniały kształt, dopiero co rozjaśnione świtem niebo chybotało się jak wtedy, gdy na „Duncanie” przepływałem Cieśninę Magellana, namiot plątał mi się pod nogami, broń, drewno na opał, sprzęty do gotowania, żar z niedogaszonego ogniska przelatywały tuż obok mnie, jechałem gigantyczną górską kolejką, która uwoziła mnie nieuchronnie w dół doliny, mknąłem na spotkanie śmierci, a właściwie już leżałem bez życia – zagrzebany w pościeli, z rozszerzonymi ze strachu oczami, z walącym jak oszalałe sercem.

Najgorsze, że na początku następnego rozdziału, kiedy już przeszło trzęsienie ziemi i wszyscy zaczęli pomału wracać do siebie, okazało się, że Robert zniknął! Czarna rozpacz zapanowała w Chile i w rozkopanym łóżku przy rue Cartier. Członkowie ekspedycji szukali chłopca przez trzy dni, a ja z napięcia przestałem oddychać. Robert Grant nie mógł umrzeć, JA nie mogłem umrzeć! Historia nie mogła się toczyć dalej beze mnie, zostało jeszcze trzysta stron, to ja byłem jej bohaterem, to ja straciłem ojca i wyruszyłem ze Szkocji w świat, żeby go odszukać, to ja wyrastałem na mężczyznę pośród Patagończyków i marynarzy dalekomorskich! Juliusz Verne, mój ulubiony pisarz wszystkich epok i narodowości, nie mógł mi tego zrobić!

W końcu jednak nadeszło wybawienie. Obraz ten, jeden z najbardziej sugestywnych, które pamiętam z dzieciństwa, przywołuję jeszcze teraz, czterdzieści lat później, gdy zdarza mi się cierpieć w nocy na bezsenność, bo wiem, że pozwoli mi usnąć, bez względu na to, jakie strapienie nie daje mi spać. Po trzech dniach życia w obawie, że nigdy nie odnajdzie zaginionego chłopca, lord Glenarvan spostrzega na horyzoncie, het, daleko na niebie, jakiś punkt… Punkt staje się coraz większy… To ogromny andyjski kondor trzymający w szponach Roberta Granta! Na ilustracji widać było chłopca zaczepionego za ubranie, zwisającego w bezwolnej pozie Chrystusa z Piety Michała Anioła. Przez trzy dni leciałem niesiony przez kondora! Z emocji gwałtownie zamknąłem książkę i przytuliłem do siebie. Próbowałem odtworzyć w wyobraźni te trzy doby, zobaczyć z lotu ptaka rozpościerające się pode mną andyjskie Kordyliery, gniazdo uwite na niedostępnej granitowej iglicy, poczuć ponownie głód, pragnienie, ale i zachwyt, że przez chwilę byłem dzieckiem wielkiego kondora.

Kondora zabito, Robert Grant odzyskał świadomość, a ja dalej wisiałem trzymany za podarte ubranie w ptasich szponach. Nie chciałem wracać na ziemię, chciałem zostać tam, na dachu świata, chociaż do następnego dnia. Gasząc lampkę nocną, miałem nadzieję, że przyśni mi się porywisty wiatr i szum ogromnych, jedwabistych skrzydeł.

Un ange cornu avec des ailes de tôle (Rogaty anioł z blaszanymi skrzydłami), Michel Tremblay, Léméac / Actes Sud, 1994. Tłumaczenie z francuskiego: Monika Szymaniak.


*Pâté chinois („chińska zapiekanka”) – tradycyjne danie kuchni quebeckiej złożone z zapieczonych warstw mielonego mięsa wołowego, kukurydzy i ziemniaczanego purée.

 

« La poupée »

Une photo de la série télévisée « La poupée » de Ryszard Ber

Jerzy Kamas (Stanisław Wokulski) dans la série télévisée « La poupée » (1977) de Ryszard Ber

Puis, de nouveau, après avoir expédié en quelques heures les affaires de Suzin, il déambulait dans Paris. Il errait dans des rues inconnues, se noyait dans une foule innombrable et plongeait dans le chaos apparent de choses et d’événements, au fond duquel il découvrait un ordre et un principe sous-jacents. Ou encore, pour se changer les idées, il buvait du cognac, jouait aux cartes ou à la roulette, ou se livrait à la débauche.

Il lui semblait que, dans ce foyer volcanique de la civilisation, quelque chose d’extraordinaire lui arriverait, qu’une nouvelle époque de sa vie s’ouvrirait. Il sentait que des informations et des opinions, jusque-là éparses, convergeaient vers un tout, vers un système philosophique lui expliquant de nombreux mystères du monde et de son existence.

« Qui suis-je ? » s’interrogeait-il parfois, et se forgeait peu à peu une réponse :

« Je suis un potentiel humain perdu. J’avais d’immenses talents et de l’énergie, mais je n’ai rien fait pour la civilisation. Les hommes éminents que je rencontre ici, n’ayant pas la moitié des forces que j’ai, laissent après eux des machines, des édifices, des œuvres d’art, des idées nouvelles. Et moi, que laisserai-je ? Sinon mon magasin, lequel, sans la surveillance de Rzecki, serait aujourd’hui tombé en faillite… Et pourtant, je n’étais pas resté sans rien faire : je m’étais démené comme un beau diable ; or, sauf un hasard favorable, je n’aurais même pas les ressources que j’ai… »

Puis, il se mettait à réfléchir : en quoi avait-il gaspillé ses forces et sa vie ?

En lutte contre un milieu avec lequel il ne cadrait pas. Lorsqu’il avait eu envie d’étudier, il n’avait pas pu le faire, car son pays avait besoin non pas de scientifiques, mais de garçons et de commis de magasin. Lorsqu’il avait voulu servir la société, ne fût-ce qu’en faisant le sacrifice de sa vie, il s’était vu proposer des rêves chimériques au lieu d’un programme, puis reléguer aux oubliettes. Lorsqu’il avait cherché du travail, on ne lui en avait pas donné ; on lui avait plutôt montré le chemin facile d’un mariage d’argent avec une femme plus âgée que lui. Lorsque, finalement, tombé amoureux, il avait souhaité devenir un père de famille légitime, un gardien du foyer domestique, dont la sainteté était prônée par tous, on lui avait opposé une fin de non-recevoir. Maintenant, il ne savait même plus si la femme dont il était fou était tout simplement une coquette pimbêche, ou bien, comme lui, une âme égarée qui n’avait pas su trouver sa voie dans la vie. À en croire ses actes, c’était une fille à marier à la recherche d’un bon parti ; à en croire ses yeux, c’était un ange auquel les conventions humaines avaient brûlé les ailes.

« Si je me contentais d’avoir quelques dizaines de milliers de roubles annuels et des partenaires à mon whist, je serais l’homme le plus heureux de Varsovie, se disait-il. Mais puisque, à part de l’estomac, je possède une âme éprise d’amour et de savoir, je suis voué à y mourir. Certaines espèces d’individus, comme certaines espèces de plantes, ne mûrissent pas sous cette latitude… »

Lalka (La poupée), Bolesław Prus, 1890. Traduction du polonais : Monika Szymaniak.